Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Skoczowski tułacz Jan Sławiczek-Kowalik

Jan Broda

Skoczowski tułacz Jan Sławiczek-Kowalik

 

Było nas na I kursie bobreckiego seminarium nauczycielskiego w 1925 r. blisko 40 z terenu Śląska Cieszyńskiego w granicach od Ostrawicy po Białkę i od lesistego Beskidu po Żabi Kraj na północy. Większą część stanowili koledzy z Zaolzia, a Przedolzie reprezentowali: Jeżowicz, Fukała i Kula z Hażlacha, Francus i ja z Krasnej, Kantor z Gumien, Pieczka z Zamarsk, Raszka z Si-moradza, Sztwiertnia z Ustronia, Hub-czyk i Sławiczek ze Skoczowa. Część kolegów mieszkała w internacie, przyległym do budynku seminaryjnego, część w alumneum w Cieszynie bądź na prywatkach, reszta dochodziła lub dojeżdżała pociągiem.


Wychowawcą naszego kursu byłprof. Andrzej Kożdoń, nauczyciel nader wyrozumiały, broniący swych wychowanków w niejednej sytuacji podbramkowej w czasie konferencji klasyfikacyjnych, a wykładał nie werbalnie, ale doświadczalnie swe przedmioty: fizykę i chemię. Zwłaszcza dział raczkującej wtedy radiofonii tak nam wszczepił w chłopięce umysły, że prawie każdy z nas budował sobie w domu własny aparat kryształkowy, który mnie samego omal nie ogłuszył w czasie jednej z burz.


Z innych profesorów na wyszczególnienie zasługiwali — Alojzy M i 1 a t a, doskonały metodyk i pedagog w dziedzinie geografii, założyciel Koła Krajoznawczego w seminarium, do którego należało przeszło 75% uczniów. Jego wykłady z geografii Polski były fascynujące, —Karol H ł a w i c z k a, nauczyciel śpiewu i muzyki, który zachęcał nas do zbieractwa pieśni ludowych i tańców, gdziekolwiek będziemy w przyszłości pracowali. Ten apel wydał chyba najpełniejszy owoc. Jego wychowankiem był Jan Tacina, zwany „śląskim Kolber-giem" i Jan Sztwiertnia, autor opery cieszyńskiej „Szałaśnicy" i wielu kompozycji śpiewno-muzycznych, opartych na rodzimym folklorze.


W tym to zespole kursowym dorastał skoczowianin Jan Sławiczek (ur. 1910 r.), wszechstronnie uzdolniony kolega, choć nie przykładał się zbytnio do żadnego z przedmiotów. Celował jako rysownik i grafik, potrafił wypowiadać się obrazowo i rzeczowo na różne tematy. Mając dobry głos i słuch (tenor), bawił studencką brać w pociągu na trasie Skoczów — Cieszyn śpiewając arie ze znanych oper czy operetek. Ponadto był świetnym propagatorem nowości literackiego rynku, cytując poezje Tuwima, Boya-Żeleńskiego czy Kasprowicza, zachęcając do czytania Żeromskiego, Przybyszewskiego albo „Płci i charakteru" Weiningera. A że każdemu chętnie pomagał, był bardzo lubiany, podobnie jak kol. J. Sztwiertnia.


Kiedy w 1927 r. zacząłem wydawać gazetkę klasową „Ku rozrywce i nauce", zaczął ją Jan Sławiczek zasilać swymi literackimi pierwocinami. Należały do nich: „Nad Bładnicą" (nowelka), „Śni mi się droga" (wiersz), „Kraków" (szkic historyczny). Pierwsze jego prace drukowane pojawiły się w „Orlim Locie" w latach 1928/29. Były to: „Wrażenia z Tatr" i „Przygarść wrażeń zjazdowych z Wilna". Nieco wierszy pozostało w rękopisie. Kolejne lata były okresem niepowodzeń i zaskoczeń. Oto dyr. Sznapka dał pod koniec kursu IV swemu gronu do zrozumienia, że liczebność kursu należy zmniejszyć przynajmniej o 1/4 do przyszłorocznej matury. Pod nóż poszło więc około 10 kandydatów. Wśród nich znalazł się też J. Sławiczek. Usadowił się na kolejny rok w Białej i tam zdał maturę w 1931 r. Ale przyjaźń zrodzona w poprzednich latach zaowocowała założonym w Skoczowie dnia 31 października 1929 r. związkiem koleżeńskim „A-KORD", do którego J. Sławiczek zjednał 12 kolegów seminaryjno-gimna-zjalnych, opracował tymczasowy statut, z którego wynikały takie oto zadania:

— praca nad kształtowaniem siebie na uświadomioną  jednostkę   społeczną,


—zacieśnienie węzłów przyjaźni koleżeńskiej i — jako zasadniczy cel istnienia związku — ratowanie w każdym ośrodku pracy zawodowej reliktów kultury materialnej i duchowej.


Zebrania filomackie odbywały się początkowo dwa razy w roku (święta lub wakacje), każdorazowo u kogoś innego z członków. Każdy zobowiązany był przynieść na spotkanie jakiś płód swego ducha i z tego dorobku układano program zebrania. Oto przykłady: Program gwiazdkowy w 1930 r. u kol. Sztwiertni w Wiśle-Równem:


1. Wieczerza wigilijna i śpiew kolęd

2. Nowela abstynencka (J. Broda)

3. Szkic literacki (J. Sławiczek)

4. Kolędy (J. Gałuszka, cytra)

5. Uczymy się hasła „Akordu" (J. Sztwiertnia)

6. Wycieczka piesza na Baranią (nazajutrz rano)

7. Pozowanie do rysunku „Wigilia na Równem" (L. Klimek)

Program wielkanocny u kol. Plachego w Skoczowie:

1. Co to jest teoria ewolucji (J. Tacina)

2. Jak zapisywać nazwy ludowe w terenie (J. Sławiczek)

3. Śpiew pieśni ludowych

4. Dyskusja nad „Wyrąbanym chodnikiem" G. Morcinka

Ostatni wakacyjny przedwojenny zjazd u J. Brody w Gutach:

1. Guty w literaturze pięknej (J. Broda)

2. Nauczyciel a środowisko (J. Sławiczek)

3. Czytanie poematu „Umarły pisarz" (F. Piachy)

4. Omawianie tematyki prac do specjalnego numeru „Zarania Śląskiego"

5. Zbiórka na „Zieleźnioczek" S. Ligonia


Kolega J. Sławiczek prowadził bogatą korespondencję, a kiedy brakowało mu pieniędzy na znaczek, list pełen życiowego wigoru wysyłał z dopiskiem: opłatę uiści adresat.


Ponieważ jego przedwojenna korespondencja ze mną nie zachowała się, przytoczę parę urywków z listów Jana Sławiczka do naszego serdecznego przyjaciela Karola Pieczki.


„O zdrowie i powodzenie nie pytam, bo jestem w tym wypadku tego zdania, że zdrowie zależy od spokojnego sumienia, a o swym powodzeniu człowiek decyduje sam. Moja sprawa ze szkołą przedstawia się nijako. Pani Kopkowej (sąsiadka) zdechł zeszłej nocy kocur. Był on młody (jak ja). Miał może 20 lat. Ryby i szczupaki miasta Skoczowa urodzone w Wiśle, wniosły skargę do Wydziału Oświetlenia Publicznego, że się je łapie przez osoby do tego nie powołane."


Końcem tego miesiąca z trasy do Poznania pisał temuż Karolowi:


„Błąkam się po mieście Ostrowie. Ja-gosz dotrzymuje mi kroku i towarzystwa. Ulice tu na ogół puste. Miasto nie posiada żadnych zabytków architektonicznych. Ale jest za to czyste. (...) Panny są tu nad podziw urodziwe. Jagosz nosi różaniec w „kapsie" i modli się do każdej by do obrazka ślicznego."
W następnym liście dzieli się wrażeniami ze swej 1500 km wędrówki po Polsce w poszukiwaniu uczelni, która by go przyjęła w swe mury, a kiedy ją znalazł w Białej, poświęcił już czas na naukę. W listach z tego okresu dzielił się nowościami klasowymi i własnymi osiągnięciami w nauce. O czym rozmyślał w wolnych chwilach świadczy lista pytań z prośbą o odpowiedź, zawarta w następnym liście: Po co człowiek żyje na świecie? Czy kobieta jest również człowiekiem? Czy istnieje opatrzność Boża?


Ale to były tylko chwilowe odskocznie od szarej rzeczywistości, do których później nie wracał. Pochłaniały go inne nastroje, optymizm i humor.


„Ogromnie chciałbym być sławnym.
 pisze Sława to jest coś, dla czego warto żyć. Po nadziei zbawienia wiekuistego, winna być jedynym celem życia."


Na pustą kieszeń stale narzekał i zapożyczał się u kolegów. Oto w liście do tegoż Karola z marca 1931 r. prosi:


„Mam przeraźliwie wielkąprośbę: mógłbyś mi pożyczyć 20 zł i uchronić mnie od przykrych ewentualności niezapłacenia taksy szkolnej? Po maturze oddam Ci wraz ze starym długiem."


Z powodu braku pieniędzy nie doszła też do skutku projektowana od dawna wycieczka wakacyjna w Tatry.


Jan Sławiczek, powszechnie zwany „Jónkiem skoczowskim", od września 1931 r. do wybuchu wojny „rechtorzył" w Wyrach koło Mikołowa. Poza szkołą udzielał się w pracy społecznej na rzecz tamtejszego środowiska. Wygłaszał referaty na konferencjach, prowadził lekcje pokazowe, publikował szereg swych prac w prasie regionalnej i pedagogicznej, występował w radiu. Bogacił swój księgozbiór i zbierał materiały do obszerniejszej pracy o przydrożnych kapliczkach i o. macierzyństwie. Opracował i opublikował następujące tematy: O współpracę nauczyciela śląskiego z redakcją Słownika geograficznego Polski („Zaranie Śląskie", «1932),polemizował z G. Morcinkiem po wydaniu jego monografii „Śląsk" („Nowiny Śląskie", 1932). W tym samym roku wydał publikację „Z dziejów ewangelickiego zboru w Skoczowie". W 1939 r. opublikował — „Bezrobocie i jego wpływ na dzieci szkolne na obszarze Łazisko-Wyrskim" (Włocławek) i „Wesele w okolicach Oldrzychowic" („Świetlica").


Tak więc z dość sporym dorobkiem badawczo-literackim zamykał swój przedwojenny okres życia. Nie zaniedbał też samokształcenia, zdając w latach 1933-39 egzaminy WKN-owskie z sześciu przedmiotów: religii, języka polskiego, historii, historii sztuki, geografii i rysunku. Ponadto jako eksternista w roku akademickim 1933/34 uczęszczał na zajęcia na wydziale filozofii UJ w Krakowie,


Po ostatnim zjeździe „Akordu" w Górkach w 1939 r., odbył się mój ślub w Ligotce Kameralnej. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy klęcząc przy ołtarzu w wypełnionym kościele wysłuchaliśmy Marsza weselnego Men-delsona, odegranego przez nieznanego organistę, zaś po ceremonii sakralnej pieśń Ave Maria odśpiewał J. Sławiczek. Wtedy odgadłem, a raczej zobaczyłem, że organistą był J. Sztwiertnia. Obaj byli na weselu, zaś nazajutrz Sztwiertnia zaprosił nas nowożeńców do Wisły, gdzie odbyliśmy w trójkę wywiad z pisarzem Hulką-Laskowskim, autorem „Śląska za Olzą".


W sierpniu spotkaliśmy się znowu u L. Brożka w muzeum cieszyńskim, skąd Sławiczek pojechał ze mną do Gutów, gdzie namalował szkic kościoła drewnianego z 1563 r.


Kiedy w pierwszym tygodniu wojny zawitałem do Skoczowa, nie zastałem tu ani J. Sławiczka, ani Hubczyka, Klimka czy K. Brody. Końcem września zjawił się skoczowski Jónek ze swej ucieczki na Kielecczyznę. Do Skoczowa nie wracał ze względu na swe bezpieczeństwo. Bolał też nad tym, że mu w Wyrach skon-

fiskowano bogatą bibliotekę sileziaków. To było ostatnie moje z nim spotkanie. Ale rozmawiamy przez listy, które mówią o jego bogatych w wydarzenia losach. ,


Pierwszy raz odezwał się ze Steinatal w niemieckiej Hesji w 1946 roku jako Jan Kowalik. Adresatem była nasza ostała grupka „Akordzistów"


„Poza Wami przyjaciół jak Wy nie znalazłem. Toteż wszystkie myśli moje związane z Ojczyzną, stale są przy Was.(...)


Po ucieczce ze Skoczowa dostałem się na lokomotywie z Dziedzic do Guberni i dzięki koledze z Wyr usadowiłem się na krótki czas w Harbutowicach k. Kalwarii. Potem pracowałem na tartaku k. Myślenic, przygotowując równocześnie materiały do broszury „Nauczyciel w środowisku" i materiały ludoznawcze do budownictwa między Skawą a Rabą. Z kolei pracowałem przy ładowaniu drzewa na stacjach w Krakowskiem i Miecho-wskiem.


Stamtąd przeniosłem się na zaproszenie kierownika z Wyr, Kowalika, do Radziejowic pod Żyrardowem. Tam pracowałem w mleczarni mszczonowskiej jako kontroler mleka. Zarobione pieniądze obracałem na zakup książek i obrazów. Zbiory te, wysokiej wartości skonfiskowało mi potem Gestapo. Przebywając w Radziejowicach nawiązałem też bliższy kontakt z p. Hulką-Laskowskim i jego rodziną. (...)"


Z przekazanej mi korespondencji Hu-lki-Laskowskiego wynika, że J. Sławiczek poza pracą fizyczną w mleczarni mszczonowskiej i na rozjazdach w terenie, w latach 1941 -43 brał czynny udział w akcji podziemnej AK, markując to zbieractwem materiałów dotyczących macierzyństwa, o czym mówił Hulce-Laskowskiemu, prosząc go jednocześnie o pomoc fachową. Pisarz w liście z 26 lutego 1942 r. daje mu obszerne wskazówki, jak podchodzić do materiałów już publikowanych, a jak do wypowiedzi zebranych od ludzi w terenie. Szkicuje mu nawet schemat przyszłego opracowania tematu, radząc ograniczyć się do zawężonego tematu: Matka — dziecko. Praca ta wraz z materiałami

o obrzędach weselnych zginęła gdzieś w hitlerowskich piecach. Dobrze, że jej właściciel ocalał i ostrzeżony na czas, pod przybranym nazwiskiem Jan Kowalik, przedostał się do Niemiec i tam znalazł pracę w cementowni we Wrexen (Westfalia). Tam, dzięki opiece malarza Edelhoffa przetrwał dwa kolejne lata wojny, aż do wyzwolenia przez armię amerykańską. Amerykanie zlecili mu kierownictwo obozu polskich wysiedleńców w Waldeck (Hesja). Tam zaczął wydawać dwutygodnik „Polak w Waldeck", założył polską bibliotekę, w znacznej części z własnych zasobów założył szkółkę dla gruźliczych dzieci, ucząc je polskiego pacierza i języka. Pod koniec 1946 r. sam zachorował na płuca, serce


1 żołądek. Przekazano go do sanatorium w Steinatal nad Menem. Na łożu boleści zrodziła się potrzeba pisania wierszy.


Ból ciała uśnierzała tęsknota za ojczystym krajem, zwłaszcza ziemią cieszyńską, gdzie na skoczowskim cmentarzu spoczęła niedawno jego matka. Wspomina ją domową gwarą w jednym z wierszy ze zbioru „Wiatr w gałęziach" (Monachium, 1948):


„Nie wierzym mamulko, że leżysz

pod rużom ty klynczysz przy łóżku, Janiczek

rozblysko, to za tnie rzykosz, boch przeca

„w podróży"...

jak usnym, podyńdziesz, uśmiych-niesz sie zbliska Jo wtedy mamo przez syn cie

zawołóm, a ty mi nad głowom przeżegnosz

złe losy"


W 1949 r., po likwidaq'i sanatorium, w którym przez jakiś czas po wyzdrowieniu był administratorem, wraca do Wrexen, gdzie pracuje w biurze Ofiar Wojny. W listopadzie 1950 r. wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Zaczął się dlań nowy etap życia pod niebem amerykańskim, trwający do dziś. Ale ta droga nie była usłana różami. W jednym z listów pisał:


„Pojechałem do Ohio (Cleveland) i pracowałem jako zamiatacz w fabryce wełny, potem czyściłem na nocną szychtę kina w mieście. Po trzech miesiącach (w maju 1952 r.) udałem się w długą podróż w poprzek Ameryki i wylądowałem nad Oceanem Spokojnym w uroczej Kalifornii, w San Francisco. Tu pracowałem jakiś czas w szpitalu jako posługacz, potem byłem chłopcem do noszenia talerzy w restauracji, wreszcie myłem naczynia w innej kafeterii, ale ponieważ praca ta spełniana musiała być w amerykańskim tempie, więc po dziesięciu dniach moje serce zrobiło plajtę i rzuciłem ten zawód. Teraz jestem w związku zawodowym kelnerów, ale od kilku tygodni
jako, że jest sezon ogórkowy  jestem bez pracy, ale... opracowuję ważne problemy zagadnień polsko-niemieckich i śledzę rozwój stosunków po II wojnie światowej; pracuję również dorywczo nad zbiorem opowieści. Słowem klepię biedę, maślanka i kartofle są moim normalnym jedzeniem, dopóki nie złapię znowu pracy.


Założyłem tu małe pismo „Polak w Kalifornii" (1951
54) i pchamy wraz z kilku ludźmi ten wózek..."


Był także w tym czasie współredaktorem „Kroniki" (Frankfurt), „Słowa Katolickiego" (Monachium), „Szlaku" . ..Ostatnich Wiadomości" (Manheim) oraz „Migrant Echo" (San Francisco). Tę wielokierunkowość działania zawdzięczał w znacznej mierze Emmie Mock, którą poślubił w połowie 1952 r. i która do dziś pomaga mu w pracach wydawniczych.


W kwietniu 1954 r., w trakcie starań o pracę w uniwersytecie Harwarda zachorował i przebywał na leczeniu serca w Munster (RFN), skąd wrócił końcem lata podleczony. Szybko przygotował do druku swą pracę „Polska w bibliografii niemieckiej 1954—1956" i wysłał ją do Instytutu Literackiego w Paryżu, gdzie wyszła w 1958 r. Następną publikacją była bibliografia paryskiej „Kultury" za lata 1947—1957 (wyszła w 1959 r.). W czołowej pracy zbiorowej pod red. T. Terleckiego „Literatura polska na obczyźnie 1940—1960" t. II (Londyn 1965), znajdują się dwie jego obszerne prace: „Czasopiśmiennictwo polskie w świecie" oraz „Bibliografia bibliografii", w której sygnalizuje polonica w literaturze poszczególnych krajów świata. Powyższe prace są wspólnym działem państwa Sławiczków. Wraz z prof. Władysławem Chojnackim z Warszawy wydali w 1960 r. w Poznaniu „Bibliografię niemieckich bibliografii, dotyczących Polski w latach 1900—1958".


Ta kilkuletnia praca badawcza nad bibliografiami na tyle wyczerpała jego siły, że znalazł się w szpitalu. Pisał o tym w liście pożegnalnym z 10 grudnia 1964 r.:


„Wczoraj przewieziono mnie do szpitala uniwersyteckiego w Stanford. Jutro o godz. 1.30 będą mnie operowali. Podejrzewają raka żołądka. Przy moim sercu i leukomicznej (białaczkowej
JB) dyspozycji krwi nie wiem czy taką operację przetrzymam. Więc na wszelki wypadek chciałbym się z Tobą i Akordowymi wiernymi Przyjaciółmi pożegnać. Dziękuję za dobrą pamięć i nie ustawajcie w pracy nad sobą i dla Polski (...) Trochę mi żal, że nie będę mógł powykańczać rozpoczętych prac badawczych."


Miesiąc później (styczeń 1965 r.), kiedyśmy Akordziści w żałobnym nastroju oczekiwali wiadomości o śmierci, doszła nas wieść radosna:


„Stała się rzecz mało prawdopodobna
przeżyłem operację. Nowotwór okazał się nie złośliwym. Wycięto sporą część żołądka i drobną część wątroby, a obecnie ciągle jeszcze zaatakowane są nerki, ale sądzę, że będę jeszcze jakiś czas ciągnął..."


I ku naszej radości ciągnie dalej, by ukończyć podjętą koronną pracę swego życia — „Bibliografię czasopism polskich poza granicami kraju od września 1939—1973". Wydał ją w czterech tomach KUL w 1976 r., w nakładzie 725 egz., uzupełniając to tomem piątym (1988) za lata 1973-1984. Dziełem tym, jedynym dotąd w świecie, zasłużył sobie Kowalik-Sławiczek na godną nazwę następcy Estreichera na terenie międzynarodowym. Dzieło to, to nie tylko sucha bibliografia, która Kowalików kosztowała 25 lat żmudnej pracy, ale to jednocześnie wyłowiona i przekazana żywa historia Polski okresu wojny i ciężkich lat powojennych, pisana w trudzie na wszystkich frontach świata.


Po 1970 r. przenieśli się Kowalikowie na ostatnią swą placówkę w San Jose, gdzie we własnym domku z ogródkiem, na przemian chorując, pracują w swej ulubionej dziedzinie  bibliografii, przyjmując często gości z kraju. Odskocznią od szarej codzienności są drukowane tomiki poetyckie: „U drzwi Twoich" (Paryż 1957), „Exul familia" (Albany 1983), „Krzyż Malika", opowiadanie (Albany 1985), „Zatrzymać czas" (Albany 1987) i „Zapis w kalendarzu" (Albany 1989).


W ostatnim liście z końca 1990 r. poza życzeniami świątecznymi przesłał sprawozdanie ze swego 80 lecia, parę nowych wierszy i kopię życiorysu z miejscowego „Who is who". Kraj o nim zapomniał, świat nie!


Na zakończenie fragment Jego poezji:


Skoczów nad Wisłą

Krajobraz zamkniętych powiek. Zegar wydzwania dwunastą. Księżyc naostrzył sierp rzeki i czeka na twoje serce, gdy w śnie odwiedzisz to miasto.

 

Kalendarium pochodzi z „Kalendarza Skoczowskiego” 1993, udostępnionego dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.