Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Z Peru i Boliwii po Beskidzki Diament

Irena Greń

 

Z Peru i Boliwii po Beskidzki Diament

 

 

Nie pamiętam dokładnie jak dowiedziałam się o podróży Tomka Kędziora do Peru i Boliwii. Wśród PTTK-owskiej braci krążyły domysły, przypuszczenia, strzępki informacji. Kiedy sprawca zamieszania pojawił się na wtorkowym zebraniu, oczywiście natychmiast został zasypany gradem tysiąca pytań. Ten niezwykle sympatyczny, młody, wysportowany mężczyzna przyjął je wszystkie spokojnie i systematycznie zaczął na nie odpowiadać. Tak zrodził się pomysł prelekcji, a właściwie dwóch, bo przecież materiału, nie tylko fotograficznego, okazało się, Tomek przywiózł mnóstwo! Ale od początku. Wyprawa trwała od 29 sierpnia do 29 października2009 r.

 

 

Peru

 

Prelekcję podążającą śladami dawnego imperium Inków, Tomek wygłosił 12 listopada w Miejskim Domu Kultury w Skoczowie w sali „Pod Pegazem”, wplatając się w cykl prelekcji poświęconych podróżom. Wspominając swój pobyt w Ameryce Południowej w październiku 2009 roku prelegent zaprosił liczne grono słuchaczy do atrakcyjnego turystycznie kraju. W Peru, czterokrotnie większym od Polski, nie brakuje atrakcji związanych z turystyczną marszrutą, zabytków indiańskich kultur – Inków, tajemniczych rysunków Nasca, czy kondorów z ponad trzymetrowymi skrzydłami. Tomek wspomniał również o polskiej obecności zaakcentowanej przez niezwykły projekt najwyżej położonej na świecie trasy kolejowej autorstwa Ernesta Malinowskiego. Prelegent snuł opowieść: – „W Peru mogliśmy zobaczyć proces płukania złota i pić herbatę z liści koki, które stosuje się tam powszechnie jako środek wspomagający organizm w trudnym wysokogórskim klimacie. Poza trudnościami klimatycznymi szokiem dla nas okazały się też niektóre specjały narodowej kuchni peruwiańskiej, szczególnie sok z żaby, który przez towarzyszy podróży został określony jako całkiem niezły, ale ja się go pić nie odważyłem.

 

Smakowała mi za to potrawa z pieczonej świnki morskiej, przypominająca w smaku mieszankę kurczaka z królikiem”. Na wielu zdjęciach prezentowanych w MDK podziwialiśmy ruiny Machu Picchu, wody jeziora Titicaca z Indianami Uros spędzającymi całe życie na wyspach budowanych z trzciny, czy architekturę kolonialną. Uczestnicy wyprawy przemierzający szlak autobusem i samolotem trafiali często na nocleg do bambusowych chatek, w których często pomieszkiwały sobie osobliwości świata owadziego, budzące w nas mieszane uczucia, mimo, że podróżnik zapewniał o ich nieszkodliwości. Podziwialiśmy także zwierzęta: lamy, alpaki, tresowane pelikany i lwy morskie. Bogata narracja, wysokie poczucie humoru i bogactwo zdjęć sprawiło, że czas pierwszego spotkania z Tomkiem przebiegł niepostrzeżenie. Zachęceni przeżyciami już szykowaliśmy się na druga część opowieści.

 

Boliwia

 

3 grudnia druga prelekcja Tomasza Kędziora zabrała nas na szlaki Ameryki Południowej, a konkretnie do Boliwii, gdzie globtrotter znalazł się jadąc znad jeziora Titicaca do La Paz.

 

Największych przeżyć dostarczył mu zjazd rowerowy tzw. „Drogą śmierci” rozpoczynający się na wysokości 4700, a kończący w dolinie na wysokości 1100 m n.p.m. Przewodnik wyprawy solennie zapewniał, że pod jego opieką jeszcze nikt nie zginął. Nizinne i tropikalne części kraju przywitały ich świecącymi w nocy oczami kajmanów, anakond, termitami i setkami dokuczliwych, także jadowitych owadów, gdzie w domkach na palach z moskitierami turyści szukali schronienia. To uroki pampy i dżungli. Wrażenie robiły nagrane odgłosy nocy, budzące wyobraźnię. Uciążliwości marszu wśród potężnych drzew i lian równoważyło piękno motyli. W boliwijskich rzekach spotkać też można było różowe delfiny, które wedle wierzeń indiańskich noszą w sobie dusze zmarłych. Piranie dopełniały kolorytu emocji rzecznych.

 

– Chociaż Boliwia to jedno z biedniejszych państw Ameryki Południowej, nie brakuje tam pięknych pań szykownie ubranych. Kobiety noszą meloniki jako znak elegancji i dobrobytu. Największą furorę wśród Indian robiły słowiańskie blondynki, a szczególnie te o niebieskich oczach. – opowiadał Tomek. W La Paz można zaopatrzyć się tanio w złoto, srebro, platynę. W tym mieście na ulicy czarownic miesza się w sposób oszałamiający wpływ katolicyzmu z szamanizmem. Tu można nabyć zakonserwowane płody lamy, które dla rzekomego zapewnienia pomyślności zakopuje się pod nowo wybudowanymi domami. W stolicy ogromnym zainteresowaniem cieszy się targ szamanów pełen magicznych akcesoriów. Całości dopełniły filmiki prezentujące kulturę folklorystyczną prezentowaną turystom w jadłodajniach. Podróże mają to do siebie, że kiedy raz się ich zakosztuje, jakaś niewidzialna siła popycha do kolejnych i kolejnych wojaży.

 

20-25 lipca 2011r. zdobycie Kilimandżaro

 

Kilimandżaro a dokładniej szczyt Uhuru na wulkanie Kibo, położony jest na wysokości 5 895 m n.p.m. jest najwyższą górą, jaką dotychczas zdobył Tomek Kędzior. A jak do tego doszło?

 

Gdy tylko pojawiła się okazja uczestniczenia w takiej wyprawie, zapisał się na wycieczkę organizowaną przez jedno z biur globtrotterskich. W tą podróż wybrał się sam… Swoich towarzyszy poznał już w podróży i okazało się, że łączy ich ta sama pasja – góry.

 

– W programie było zwiedzanie dwóch państw, Kenii i Tanzanii, a także Zanzibaru, wyspy na oceanie Indyjskim oraz zdobycie Kilimandżaro. Celowo wybrałem taki plan, ponieważ pomyślałem, że jeśli nie będę w stanie wejść na górę, skorzystam z pozostałych opcji. W Kenii udaliśmy się na przykład na safari – mówi Tomek Okazało się, że nawet dla zaprawionego miłośnika gór wejście na szczyt dachu Afryki nie jest proste. Grupa osób, z którą wchodził na szczyt, liczyła 7 osób, a szło z nimi trzech przewodników i siedemnastu tragarzy, którzy nieśli wszystkie bagaże. Przy wejściu do parku narodowego, gdzie znajduje się szczyt. trzeba było zapłacić 60 dolarów. Wejście i zejście trwało sześć dni. Wędrówkę rozpoczęto na wysokości 980 metrów n.p.m. i dziennie pokonywali około 10 do 15 kilometrów, a szli najbardziej uczęszczaną i najłagodniejszą drogą, ale niestety była ona mało widokowa. Pierwszego dnia droga prowadziła przez las deszczowy, a marszrucie towarzyszyły opady mżawki, co jest tam dość częstym zjawiskiem. Dopiero powyżej 2700 m n.p.m. zaczyna ubywać roślinności, a krajobraz zmienia się całkowicie na górski.

 

Szlak wiódł przyjemną drogą, bez stromych podejść. Można by było go porównać do beskidzkich szlaków, bez osuwisk i śniegu. Tylko sam szczyt stopniem trudności dorównuje naszym Rysom. Podczas trekkingu Tomek podziwiał lodowce, świadom, że podobno mają stopnieć do 2020 roku. Na trasie uczestnicy pokonywali zmęczenie i chłód związany z wysokością. Turyści mieli zapewnione noclegi w drewnianych domkach, zaś tragarze spali w namiotach, które stanowiły część niesionych przez nich bagaży. Strawę tworzyły wysoko węglowodanowe produkty. Kucharz, uczestnik wyprawy gotował smaczne zupy. Po wyjściu na wysokość 4700 m n.p.m. czekała ich bardzo krótka noc. Zostali obudzeni o 23 i przed północą zaczęli atak na szczyt. Temperatura była tak niska, że sama kurtka nie spełniała warunków termicznych.

 

Koniecznym stało się założenie dodatkowego polaru. Za poradą przewodnika pozostawali wiecznie w ruchu, spokojnie powoli przemieszczając się do przodu, przerwy na odpoczynek nie przekraczały pięciu minut. Takie pauzy dawały gwarancje utrzymania ciepłoty ciała. Bezruch niósł za sobą konieczność znoszenia przenikliwego zimna. Po sześciu godzinach marszu w takich warunkach zdobyli Gilman’s Point znajdujący się na wysokości 5 685 metrów nad poziomem morza. W tym miejscu wiele osób rezygnuje z dalszej marszruty, choć dalsza droga wiedzie już po wypłaszczeniu, brzegiem wulkanu. Około godziny ósmej rano cel wspinaczki został osiągnięty. Ze szczytu rozciąga się widok na lodowce otulające szczyt, a reszta to nie w chmurach. Niestety nie da się tam zbyt długo przebywać, ponieważ warunki klimatyczne należą do trudnych – 500 hPa, a temperatura sięga minus 10 stopni.

 

Słabe nasycenie tlenem powietrza powoduje zawroty głowy i trudności z oddychaniem, zaś szybkie przemieszczanie się skutkuje natychmiastową zadyszkę. Nasz zdobywca uważa, że każda osoba ze średnią kondycją fizyczną może pokusić się o taki wyczyn, choć z 7 startujących osób do szczytu doszła tylko piątka. Trzeba jednak pamiętać, że decydująca jest tu aklimatyzacja organizmu. Znajomości z tej wyprawy okazały się na tyle trwałe, że zaowocowały wspólną wyprawą na Gerlach. W roku 2012 Tomasz Kędzior podjął się jeszcze jednego wyzwania turystycznego. Postanowił sięgnąć po Diamentową Odznakę Głównego Szlaku Beskidzkiego. Znając jego dokonania, kondycję fizyczną i samozaparcie, czułam, że jeśli komuś z naszego PTTK-owskiego grona ma to się udać, to na pewno Jemu. Piszę ten tekst, wiedząc, że Tomek dopiął swego. Długo ukrywał fakt podjęcia decyzji o marszu i kiedy mój małżonek dostał informację od niego, że rusza z Wołosatego, w napięciu oczekiwaliśmy na każdy telefon, czy sms z jego strony. Zaczęliśmy żyć w rytm jego wędrówki codziennie domniemując, gdzie jest i sprawdzając pogodę na dzień następny. I tak aż do szczęśliwego finału. Pamiętam, kiedy Tomek zadzwonił z Ustronia z wiadomością, że jest, dotarł szczęśliwie do mety. Krzysztof – mój mąż – zaoferował mu natychmiast, że przywiezie go do Skoczowa. Tomek grzecznie odmówił, stwierdzając, że chce dojść i zadzwoni, kiedy będzie na miejscu. Ha! Gdyby Krzysztof wiedział, którą drogą Tomek wraca, pewnie pobiegł by mu naprzeciw, a tak pozostało uszanować jego wolę i czekać.

 

Kiedy zabrzęczał telefon, porwał aparat fotograficzny, zbiegł na ulicę, by przywitać Diamentowego Tomka i tak powstało zdjęcie, które bardzo długo zdobiło naszą stronę internetową. Wyczyn Tomka został zweryfikowany i Jego nazwisko wpisano na listę zdobywców Diamentowej Odznaki Głównego Szlaku Beskidzkiego pod numerem 33 na stronie Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej. Czym jest Główny Szlak Beskidzki i jakie warunki trzeba spełnić, by weryfikacja odbyła się pomyślnie? Oto, co pisze Jerzy Kapłon z Centralnego Ośrodka Turystycznego w Krakowie:

 

„Główny Szlak Beskidzki został wyznakowany w latach 1924-35 z inicjatywy Kazimierza Sosnowskiego, jednego z najbardziej znanych animatorów ruchu turystycznego w Beskidach, autora wydanego w 1914 roku pionierskiego przewodnika po Beskidach Zachodnich. Uważał on, że szlaki turystyczne i schroniska powinny być tak sytuowane, by dać turyście możliwość wędrowania i noclegu w schronisku odległym o dzień marszu, a osią zagospodarowania gór powinien być jeden szlak główny, który wiódłby najbardziej atrakcyjnymi terenami górskimi. Idea ta została zrealizowana właśnie pod nazwą Główny Szlak Beskidzki, którego przebieg został w znacznej części zaprojektowany przez Mieczysława Orłowicza, działacza turystycznego, twórcy Akademickiego Klubu Turystycznego we Lwowie. Trasa jego przebiegu w Gorganach została zrealizowana zgodnie z propozycją prezesa Oddziału Lwowskiego PTT – Adama Lenkiewicza. Szlak ten, długości nieomal 750 km, także rozpoczynający się w Ustroniu, prowadził aż po Stoh (1653m npm) w Górach Czywczyńskich, do zbiegu granic Polski, Czechosłowacji i Rumunii na kresach Karpat Wschodnich II Rzeczpospolitej. W 1935 r., na zjeździe Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Stanisławowie nadano mu imię marszałka Józefa Piłsudskiego. Po wyznakowaniu szlaku rozwijano również infrastrukturę turystyczną – budowano schroniska, schrony niezagospodarowane, oraz szlaki łącznikowe. Obecnie trasa różni się od przedwojennej – jej modyfikacja była konieczna w związku zmianami granic po II wojnie światowej. Jest skrócony o tereny Karpat Wschodnich, które pozostały poza granicami Polski, zmieniono też nieco jego przebieg w Bieszczadach. Przystosowanie szlaku do zmian terytorialnych zrealizowali: Władysław Krygowski i Edward Moskała. Od 1973 r. nosi on imię Kazimierza Sosnowskiego, zaś imię Mieczysława Orłowicza otrzymał Główny Szlak Sudecki. Aktualnie Główny Szlak Beskidzki przebiega od Ustronia w Beskidzie Śląskim, do Wołosatego w Bieszczadach. Jest to najdłuższy w Polsce szlak pieszy – ma 519 km. Wiedzie przez kilka grup górskich, pokazując różnorodny krajobraz, a także liczne ciekawostki przyrodnicze i historyczne. Główny Szlak Beskidzki ma szczególne znaczenie dla uprawiania turystyki górskiej. Jest klamrą spinającą cały obszar Karpat, a jego pokonanie jest znaczącym osiągnięciem dla każdego turysty. Ustanowienie odznaki i jej rozpropagowanie będzie ważnym elementem promocji turystyki górskiej, oraz uznania roli PTTK w tworzeniu szlaków turystycznych”

 

Zapraszam do obejrzenia foto relacji Tomka z pokonywania Głównego Szlaku Beskidzkiego, która znajduje się na stronie internetowej Koła www.pttk.skoczow.ox.pl w zakładce Fotorelacje 2012. Przypominam, że w okresie jesienno

 

– zimowym Miejskie Koło PTTK w Skoczowie wraz z Miejskim Centrum Kultury organizuje, w Sali „Pod Pegazem”, prelekcje i w ramach tego działania można będzie posłuchać miedzy innymi Tomasza Kędziora. Zapraszamy!

 

Do zobaczenia na turystycznych szlakach.

 

Cześć Górom!

 

 

Artykuł pochodzi z „Kroniki Skoczowa” 2013, nr 25 udostępnionej dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.