Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Przedpołudniowa zjadliwość komarów

Anna Mazur

Przedpołudniowa zjadliwość komarów

 

Lubię to miejsce. Odgłosy świata docierają tu z opóźnieniem. Odessane z hałasu i przykrych zapachów mają jakby inny wymiar.


  Mój samochód rozpoznany przez zaprzyjaźnione poczucie psiej
godności witany jest kilkoma szczeknięciami. Merdanie ogona graniczy z pieszczotliwym uniesieniem aż po ponowne szczeknięcie.


- No chodź, chodź —
pochylona przemawiam do niego cicho, by mógł właściwie odczytać moje zaproszenie na bosy spacer po rosie. Nie daje się prosić. Jest w tym psie coś z człowieka. Rozumna łagodność, nabyta, a może i wrodzona inteligencja i duże, mądre oczy, którymi potrafi wszystko powiedzieć.


   Pies i człowiek. Związek pomiędzy tymi podmiotami zawsze pobudza moją wyobraźnię. Odległość relatywna nie stwarza bariery dla bliskości.
Sposób porozumiewania wolny od konwenansów, etykiety i przylepionych do twarzy masek z komercyjnym uśmiechem, wyzwala prostą wzajemność.


   Znikamy w alejce. Przyjaciel pies zachęca mnie do zbaczania pomiędzy szerokospódnice, świerkowe baby, rozrośnięte powabem kobiecych kształtów. W koronkowo-perlistych halkach ocierają o siebie powierzchowność. Dumne z corocznych przyrostów przechodzą w dojrzałość skojarzeń.


 Przed chwilą pomyślałam, że to smutne. A może nie? Może tylko normalne?
W powietrzu zapowiedziana przez Andrzeja Zalewskiego letnia burza. Zastanawiamy się, czy tam wysoko pod niebem to jaskółki — wtedy zapowiedź byłaby trochę na wyrost, chociaż zjadliwość komarów zdaje się potwierdzać burzową prognozę.


  Rozmowa dotyczy znanego intelektualisty. Ciekawa osobowość
przedstawiona we wczorajszym programie telewizji, znana skądinąd z cotygodniowych felietonów w „Polityce", przenosi nasze myśli bardziej na południe, prawie do źródeł Wisły, skąd poprzez prastary Kraków można wypłynąć na szerokie wody literatury współczesnej.


  Komary to odrębny temat. Trochę mi przykro, że z mojego powodu stanowimy żer dla tych paskudnych owadów. Każde ukąszenie to nowy bąbel i swędzenie skóry. Zauważyłam, że gospodarze, aż nadto cierpliwi,
po spartańsku znoszą ich kolejny atak.


  A gdzie pies? No właśnie! Prawie jednocześnie zauważyliśmy jego
nieobecność. Nieodłączny element naszych na łonie natury spotkań z intelektem — czyżby. zawiódł?

 

Nie! Wychodząc na poranne spotkanie z przyrodą, zdjęłam moje sandały, by skosztować jak smakuje lipcowy dzień na ziemi.

 

W dwadzieścia cztery godziny po zapowiedzi końca świata, warto dotknąć tej, która nie pierzchła spod stóp. Czas. Pojęcie względne. Pobudza wyobraźnię i zniewala próżność. Już czas!.

Wracając tą samą alejką, na tarasie domu zauważyłam psa. Warował przy moich sandałach.

 

 

 

Artykuł pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” udostępniony dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.