Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Wigilijne przygody

Karol Kajzer

Wigilijne przygody

Na święta to już zwykle były największe hece. A to przeważnie z powodu Gustlika. Ho, ho, czego by on nie zrobił. Znikały jajka z kurnika — Gustlik wypił, rozszarpał pies kota — Gustlik winien, bo sam ich razem zostawił. Nie chciało się w piecu palić — powodem był Gustlik, który starymi szmatami zatkał komin na dachu i czarny zgryźliwy dym zwalał się na izbę, napełniając ją ostrym, duszącym czadem.


Byłem nieodłącznym towarzyszem Gustlika i chętnie mu pomagałem
psocić, a że nie umiałem na czas dać drapaka, zwykle dostawało mi się porządne lanie od ojca.


Najgorszy dzień to już chyba była wigilia. Bardzo szybko można było
coś na grzbiet oberwać od taty, albo zapracowanej matki uwijającej się w kuchni przy smażeniu i gotowaniu. Dlatego też staraliśmy się siedzieć cicho, jak myszy pod miotłą, zaś jak było trzeba pomóc ojcu lub matce, to omal nóg nie połamaliśmy, tak wyrywaliśmy do pracy na wyścigi, aby tylko zdobyć uznanie w oczach rodziców. Staraliśmy się być jak najgrzeczniejsi i jak ognia baliśmy się kija. Bo nie daj Boże, jakby się komuś oberwało w taki dzień, to już przez cały rok, za lada przewinienie, będzie dostawał baty.

Zapadał zmierzch. Matka krzątała się kóło stołu.

- Franek, Gustlik, a idźcie przed sień i wyglądajcie pierwszej gwiozdki, bo trzeba wieczerzać! — zawołał ojciec.

Gdy wybiegliśmy na świeże powietrze, Gustlik jak zwykle pierwszy rzucił we mnie śniegiem, a ja oczywiście nie pozostałem mu dłużny i zaczęła się śnieżna bitwa. Do zabawy dołączył ochoczo spuszczony z łańcucha Zbój, który skamląc i skacząc, objawiał radość z odzyskanej swobody.

Na dworze ściemniało się coraz bardziej, gwiazdy jedna za drugą poja­wiały się na niebie, a myśmy zapomnieli o tej pierwszej. Nagle rozległ się donośny głos ojca.

- Franek, Gustlik! — wrzasnął. A co wóm mówiłem, hę? To wy tak wyglondocie pierwszej gwiozdki, co? Aby jo czasem nohajki nie musioł wziąć, gizdy zatra­cone. Smarować do chałpy. Wieczerza zaroz będzie.

Trąciliśmy się z Gustlikiem łokciami, popatrzyliśmy na siebie, lecz żaden nie miał odwagi wejść do sieni, widząc stojącego w drzwiach ojca. On, widać zrozumiał, gdyż wycofał się do kuchni, a wtedy, otrzepując śnieg z butów, marynarek i spodni, wycierając hałaśliwie nosy, wpadliśmy do izby rumiani i weseli. Nie zauważyliśmy, że tuż za nami wśliznął się trzeci towarzysz zabawy — Zbój znajdując sobie miejsce pod ławą

Na stole dymiły już półmiski z różnymi daniami. A było tego sporo, bo aż dwanaście różnych potraw. Tak bowiem nakazywał stary obyczaj. Ojciec zapalał świeczki na choince. Pomagaliśmy mu chętnie. Świece były kolorowe, powsadzane do blaszanych żabek przyczepionych do gałązek choinki. Blask choinkowych świec rozjaśniał żółte światło lampy naftowej. Zrobił się uroczysty, świąteczny nastrój. Zajmowaliśmy miejsca za stołem nakrytym białym obrusem, na którym matka postawiła mały metalowy krucyfiks i dwie świece umieszczone w lichtarzach.

-   Gustlik, przynieś z kuchni żeleźniok, domy go pod stół, to będzie dlo kur polecił ojciec.

Brat postawił garnek pod stołem i usiadł koło mnie na ławie.

- Franek, na co ten żeleźniok — dopytywał się szeptem. Ojciec podsłyszał to, uśmiechnął się i wyjaśnił. -  Do tego żeleźnioka z każdego jedzenia trzeba najpierw odłożyć po trzy łyżki, a jutro to wszystko wsypie się do obręczy, aby przez cały rok jajka w jednym miejscu nosiły i po sąsiadach nie lotały.

Gustlik uśmiechnął się jak zwykle po łobuzersku, ale dyskretnie, aby ojciec nie spostrzegł. Zanim zaczęliśmy jeść, ojciec włożył pod obrus trochę siana i kilka banknotów.

- Pieniądze to muszą być, aby cały rok się człowieka trzymały — objaśnił. - A siano na co? — zapytał Gustlik.
- No siano to na pamiątkę, że się Pan Jezus też na sianie w stajence w Betle­
jem narodził.

Zaczęła się wieczerza. Oczekiwana z niecierpliwością, gdyż po cało­dniowym poście, jaki obowiązywał w tym dniu, z głodu kiszki już marsza grały. Najpierw krótka modlitwa, trzy łyżki z potrawy dla kur, wreszcie można było jeść ale powoli, z namaszczeniem. Jadło się z jednej miski. Na pierwsze była grochówka ze śliwkami, potem zupa rybna ze struclą, następnie grysik, ziemniaki z kapustą, kluski i coś tam jeszcze, a na koniec przyszła kolej na smażonego karpia. I tu nastąpiła największa niespodzianka.
-  
Jezus, Maria! — przestraszyła się matka, idąc po półmisek z karpiem.
- A kaj są ryby?
Odwróciliśmy się od stołu, patrząc ze zdumieniem na pusty półmisek, gdzie jeszcze przed chwilą leżały kawałki panierowanego apetycznego karpia — naszego ulubionego przysmaku. Wtedy spod ławy usłyszeliśmy chrzęst gryzionych kosteczek i głośne mlaskanie. Zbój ze spokojem dogryzał ostatni kawałek ryby.

 

 

 

Artykuł pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” udostępniony dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.