Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

M/s "Skoczów" jakiego zapamiętałam

 

Anna Szczypka

M/s „Skoczów" jakiego zapamiętałam

W 2003 roku upłynie 13 lat od momentu zagłady frachtowca m/s „Sko­czów". Dokładnie tyle czasu pływał po morzach statek, któremu byłam matką chrzestną.

M/s „Skoczów" zatonął na Atlantyku u płn-zach wybrzeży Hiszpanii. 21 lipca 1990 r. polski statek minął Zatokę Biskajską i osiągnął Przylądek Finisterre. Stąd podążałby dalej do Przylądka Św. Wincentego, a po zwrocie przy nim parłby prosto do Cieśniny Gibraltarskiej. Niestety o godz. 14.25. w gęstej mgle został staranowany przez gabońską jednostkę „L'Abanga". „Skoczów" zatonął, ale szczęśliwie żaden z marynarzy nie zginął. Razem z nim, na głębokości 400 m, spoczywają akwarele Bolesława Nitry, obrazy Edwarda Biszorskiego, koronki koniakowskie, a w mesie kapitańskiej drzeworyt przedstawiający panoramę Skoczowa.


   Myśl o statku, imienniku Skoczowa, zrodziła się przed ponad 30 laty,
podczas obchodów 700-lecia praw miejskich trytonowego grodu. Podsunął ją ówczesnemu naczelnikowi miasta i gminy Franciszkowi Mrowczykowi pochodzący z Ochab kapitan żeglugi wielkiej Edward Tarkowski. Kore­spondencja między władzami Skoczowa, a Polskimi Liniami Oceanicznymi trwała prawie 10 lat. Szczęście sprzyjało jednak skoczowianom, ponieważ wiceministrem żeglugi i gospodarki morskiej został kolega E. Tarkowskiego ze studiów w Szkole Morskiej. Właśnie on zapewnił kapitana, że pomysł jest możliwy do zrealizowania, gdyż Polska zamierza zbudować serię statków o nazwach małych miasteczek.


   Łącznie w tej serii powstało siedem statków. Pierwszym był „Radzion­
ków". Po nim wodowano „Garwolin", „Ostrołękę", „Wieliczkę", „Bochnię", „Siemiatycze". Jako ostatni spłynął na wodę „Skoczów". Statek zbudowała stocznia im. Adolfa Warskiego w Szczecinie. Wodowanie „Skoczowa" odbyło się 23 października 1976 r. Pamiętam, że było wówczas chłodno, ale nie padało. Na uroczystość przyjechał ze Skoczowa autokar, a w nim władze miasta, delegacja „Polkapu", będącego zakładem patronackim „Skoczowa", reprezentacje innych skoczowskich przedsiębiorstw. Najpierw odbyło się spotkanie ze szczeciń­skimi stoczniowcami, których obdarowano naszymi kapeluszami, potem zagrała stoczniowa orkiestra, a o godz. 12 nastąpiła ceremonia wodowania. Wypowiedziałam tradycyjną formułkę: „Nadaję ci imię Skoczów, płyń po morzach i oceanach sławiąc imię polskiego stoczniowca i marynarza", toporkiem przecięłam linę i zwolniłam dźwignię, po czym butelka szampana uderzyła o burtę statku. Drżałam, że nie zdołam przeciąć liny za pierwszym razem, ale jakoś się udało.


   Niespodziewanie krótko po uroczystości wodowania doszły nas słuchy,
że „Skoczów" ma być sprzedany Niemcom. Spotkałam się więc z naczelnym dyrektorem PLO i prosiłam, by nie sprzedawano statku. Dyrektor niczego nie obiecywał, w końcu jednak „Skoczów" pozostał pod polską banderą i pływał pod nią przez 13 lat.


   Portem macierzystym frachtowca był Gdańsk. Tam właśnie, 4 marca
1977 r., odbyła się uroczystość podniesienia bandery. Pierwszym kapitanem statku został Wojciech Myszko. „Skoczów" był nowoczesnym, uniwersalnym drobnicowcem. Mógł także zabierać pasażerów, gdyż posiadał cztery dwuosobowe kabiny. Przeznaczono go do eksploatacji na tzw. linii lewantyń­skiej. Odwiedzał porty Morza Śródziemnego i Morza Czerwonego, a raz okrążył nawet Afrykę. Ja płynęłam „Skoczowem" trzy razy.


    Mój pierwszy rejs rozpoczął się we wrześniu 1977 r. Nie trwał długo,
bo zaledwie półtora miesiąca. W Gdyni dowiedziałam się, że ładunkiem „Skoczowa" będzie... 48 czołgów. Do tego części zamienne i amunicja. Byłam kompletnie zaskoczona. W tamtych czasach, gdy wiozło się „zabawki" (tak się to wówczas nazywało), nie wolno było przepływać przez Kanał Kiloński. Płynęliśmy więc przez Cieśniny Duńskie. Minęliśmy przepiękny zamek Hamleta. Następnie pokonaliśmy Morze Północne, kanał La Manche, Atlantyk. Portem docelowym było Benghazi w Libii. Niespodziewanie na redzie tamtejszego portu czekaliśmy dwa tygodnie. Siedzieliśmy jak na minie. Libijczycy rozładowali statek dopiero po interwencji polskiego MSZ i MON.


   Następne dni na statku upłynęły już jednak przyjemnie. Zawitaliśmy do portów
tureckich Bandirma i Ismir, a długi postój umożliwił zwiedzenie nam m.in. Bursy, pierwszej stolicy państwa otomańskiego.

Kolejny rejs odbyłam w czasie stanu wojennego. Wypłynęłam w morze w październiku 1981 r., a wróciłam końcem stycznia 1982 r. Wiadomość o wprowadzeniu stanu wojennego dotarła do nas w Adenie w Jemenie Południowym, do którego „Skoczów" przywiózł z Amsterdamu mleko w proszku. Przez dwa tygodnie nie mieliśmy żadnej łączności z krajem. Godzinami prowadziliśmy nasłuch radiowy. Płynęliśmy po Morzu Czerwonym do Etiopii, nie wiedząc co dalej. W porcie Aseb spędziliśmy smutne święta Bożego Narodzenia. Część załogi udała się do miejscowego kościoła katolickiego. Marynarze dogadali się z księżmi, którzy w drugie święto odprawili specjalną mszę św. w intencji załogi m/s „Skoczów". Wszyscy przystąpili do komunii, a następnie wspólnie z przebywającymi tam siostrami zakonnymi uczestniczyliśmy w koncercie kolęd. Miejscowi, którzy zaczęli opuszczać kościół, zawrócili aby wysłuchać naszego występu. W drodze do kraju odwiedziliśmy jeszcze porty Jemenu Płn, Sudanu i Belgii.


Na szczęście trzecia podróż w 1988 r. przebiegła w mniej dramatycz­
nych okolicznościach. Atmosfera w czasie rejsu była wspaniała. Podróż wiodła z Gdyni przez Arhus w Danii, Hamburg na Cypr, gdzie dostarczono metalowe pręty dla budownictwa. Dalej trasa prowadziła do Aleksandrii. Wieźliśmy tam duńskie, sery. W Egipcie staliśmy 10 dni, ponieważ sery musiały przejść badania. Wedle Egipcjan przypłynęliśmy przecież ze strefy Czarnobyla. W aleksandryjskim porcie spotkaliśmy „Radzionków", siostrzany statek „Skoczowa". W dalszej części rejsu zamierzaliśmy płynąć do Tel Awiwu w Izraelu, ale ponieważ najpierw mieliśmy zawinąć do portu Latakia w Syrii, Izraelczycy nie zgodzili się. W konsekwencji do Tel Awiwu popłynął „Radzionków".


W drodze powrotnej „Skoczów" zatrzymał się w hiszpańskiej Kartagenie. Przywieźliśmy stamtąd do Polski cytrusy i pomarańcze. W porcie zacumował
również „Opty", jacht Leonida Teligi, który dopłynął tam z awarią elektryczności. Wysiadły mu wszystkie przyrządy nawigacyjne. Załoga nie miała także żywności. Ktoś poradził im jednak, że na „Skoczowie" płynie matka chrzestna i ona sprawę „przedepce". Wraz z żoną kapitana, która także należała do jacht-klubu, poszłyśmy na mostek. Po naszej wizycie kapitan zgodził się, by nasi marynarze naprawili usterki i zaopatrzyli żeglarzy w prowiant. Ale takie są po prostu morskie zwyczaje.


Wiadomość o zatonięciu „Skoczowa" spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. O dramacie dowiedziałam się z radia i przyznam, że popłakałam się. Statek stanął mi przed oczami. Przypomniałam sobie jego skoczowskie pamiątki oraz moją kabinę z numerem 213. Niestety wszystko to pochłonęło morze. W ciągu 13 lat ..Skoczów" odbył ponad 60 rejsów. Utrzymywał regularną komunikację między portami polskimi i śródziemnomorskimi, a jego ostatnim kapitanem był Ryszard Sforczuk. Do tej pory posiadam szyjkę butelki szampana, którym „chrzciłam" statek. Zachowałam także pamiątkowy toporek, którym przecinałam linę. Natomiast bandera znaj­duje się w Muzeum im. G. Morcinka.


Choć od katastrofy „Skoczowa" upłynęło 13 lat, nadal utrzymuję
kontakty z innymi matkami chrzestnymi. Spotykamy się w Gdyni co 5 lat. Działa tam Klub Matek Chrzestnych Statków Armatorów Wybrzeża Gdańskiego, do którego należy m.in. Jolanta Kwaśniewska. Po raz ostatni odwiedziłam Gdynię w maju 2000 roku. Zostałam wówczas zaproszona na „wodowanie" książki pt. „Matki chrzestne statków".

M/s „Skoczów" zatonął licząc zaledwie 13 lat. Dzisiaj jednak miałby ich 26. Prawdopodobnie zostałby sprzedany i pływał teraz pod tanią, obcą banderą.

 

 

 

 

 

Artykuł pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” udostępniony dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.