Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Wypoczynek po pracy w PSS

Apolonia Kołatek

Wypoczynek po pracy w PSS „Społem"

W okresie PRL we wszystkich większych państwowych i spółdzielczych firmach starano się zapewnić pracownikom wypoczynek po pracy. W dziale kadr zajmował się tą sprawą pracownik „Akcji Socjalnej", a z ramienia związków zawodowych przewodniczący lub członek Rady Zakładowej. Od aktywności i pomysłowości tych osób zależało, w jaki sposób fundusze na cele „kulturalno- rozrywkowe, turystyki i wycieczek" zostaną wykorzystane.


   Spółdzielnia Ludowa w Skoczowie — a później (od 1952 r.) Powszechna
Spółdzielnia Spożywców „Społem", w której pracowałam, rozpoczęła działalność już w pierwszym miesiącu po wojnie, zatrudniając ok. 30 pracowników. Nie istniał jeszcze wtedy dział kadr, nie działały związki zawodowe, ale w kronice zakładowej zanotowano, że pracownicy bawili się na zabawie spółdzielczej w listopadzie 1945 r. Następna zabawa spółdzielcza odbyła się w 1946 r. w Pogórzu. Każdy pracownik i zaproszony gość otrzymywał bezpłatnie porcję gulaszu, kufel piwa, „ćwiartkę" wódki i kanapkę. Przy lampach naftowych i świecach bawiono się wspaniale. Droga do domu, nad ranem, piechotą, „cesarską cestą" w stronę Skoczowa była trochę daleka, ale nie przeszkadzało to balowiczom. I tak już w każdym następnym roku odbywały się zabawy pracownicze. Szukano różnych sposobów i powodów, aby takowe urządzać. Na przykład z okazji „Dnia Spółdzielczości", „10-lecia Spółdzielni Ludowej", „50-lecia Społem", „Dnia Kobiet", rocznicy rewolucji październikowej, a nawet z okazji urodzin Józefa Stalina. Przed tańcami była najpierw odpowiednia „akademia", wysłuchać trzeba było stosownego referatu, recytacji lub śpiewu chórku. Często wyróżniano zasłużonych pracowników nagrodą pieniężna, dyplomem lub pochwałą wpisaną do akt personalnych.



   W 1956 r. urządzono pierwszy karnawałowy bal pracowniczy. Oprócz bufetów z parówkami, słodyczami i napojami zorganizowano loterię fantową. Każdy los był pełny, a wygrać można było nie tylko poszukiwane po wojnie
artykuły gospodarstwa domowego, ale również żywą gęś, drewniany duży leżak, taboret lub lampę. Tańczono oprócz modnych wówczas tańców również tańce ludowe, jak na przykład „miotlorza" albo „szołtys polkę". Tak balowali spółdzielcy przez wiele lat. Z biegiem czasu bufety na impre­zach były już nieco lepiej zaopatrzone.


   W latach 1956-62 organizowane były dla pracowników wraz z rodzinami tzw. wczasy niedzielne. Wynajmowano w Górkach lub Brennej na całą niedzielę odpowiedni teren nad rzeczką, zapewniano wyżywienie i napoje, by pracownicy mogli cały dzień odpoczywać na łonie natury. Dowóz na miejsce rekreacji i powrót do domu odbywał się służbowymi samochodami ciężarowymi.

 


   W 1963 r. Spółdzielnia zakupiła góralską chatę w Brennej. Była ona położona w przepięknym miejscu na stoku Grabowej. Po odpowiednim
remoncie i wyposażeniu służyła pracownikom PSS jako miejsce kilkudnio­wego wypoczynku. Chata mogła przyjąć na nocleg około 24 osób. Panowały tam warunki typowo turystyczne, po wodę chodziło się około 100 m. do źródełka, w głąb lasu. Wyżywienie należało zorganizować we własnym zakresie. Wiele osób skorzystało z takiego urlopu.


   W 1968r. zakład pracy wynajął pokoje w prywatnym domu w Sobieszewie nad morzem. Wtedy chatę góralską przekazano jednostce nadrzędnej „Społem" w Katowicach. Przez kolejne 9 lat pracownicy skoczowskiej spółdzielni wyjeżdżali na wczasy do Sobieszewa. Kwatery położone były dosyć daleko od plaży. Trzeba było maszerować ok. 30 minut, trzymając pod pachą ciężki wiatrochron. Turnusy wczasowe trwały dwa tygodnie, wyżywienie było zapewnione 3 razy dziennie. W wynajętych przez spół­dzielnię kwaterach w Sobieszewie mogło wypoczywać jednocześnie 25 osób. Chętnych na spędzenie urlopu nad morzem nigdy nie brakowało, choć trzeba przypomnieć, że dojazd do jakiejkolwiek miejscowości nad morzem był wówczas koszmarem. Przepełnione pociągi, spanie na walizkach, wkładanie bagaży przez okna pociągu — to obrazek, który zapewne pamięta jeszcze wielu z nas. Wszystkie te niedogodności szły jednak w niepamięć. Najważ­niejsze były chwile spędzone nad morzem, w miłym towarzystwie, ogniska, wieczorki taneczne przy adapterze, wycieczki do Gdańska, Gdyni, Sopotu i na Hel. Organizacją tych imprez zajmował się zwykle starosta turnusu.

 
   Oprócz wczasów w gronie kolegów i koleżanek z pracy spędzanych w Sobieszewie, wielu spółdzielców skorzystało z wczasów indywidualnych,
organizowanych przez Fundusz Wczasów Pracowniczych.


   Wśród innych form wypoczynku organizowanych przez zakład pracy
wymienić należy zimowe kuligi. W latach powojennych na drogach nie było jeszcze dużego ruchu samochodowego. Główne drogi prowadzące np. do Wisły , czy Brennej doskonale nadawały się na sannę. Na miejscu postoju uczestnicy kuligu otrzymywali zawsze gorący posiłek, zwykle gulasz i herbatę z „wkładką" na rozgrzewkę.


   Przez wiele lat wśród pracowników rozprowadzano także ulgowe bilety wstępu na różnego rodzaju imprezy. Spółdzielcy często wyjeżdżali do teatru na spektakle, operetki i występy estradowe do Cieszyna, Zabrza
i Gliwic. Byli także częstymi gośćmi skoczowskiego Kina „Podhale". I tak na przykład w kronice spółdzielczej w 1952 r. w czasie Festiwalu Filmu Radzieckiego zanotowano zakup 730 biletów do kina. W 1961 r. nie licząc biletów do kina, zakupiono łącznie 278 biletów do teatru na spektakle: „Lekarz mimo woli", „Cytrynowe drzewa" i „Pasztet, jakich mało".

 

Najczęstszą i najdłużej organizowaną przez PSS „Społem" formą wypoczynku po pracy, były wycieczki. Najpierw zorganizowała się grupa turystów, którzy wędrowali pieszo w pobliskie góry, na Czantorię, Błatnią, Stożek. Wraz z rozwojem spółdzielni powiększyła się liczba pracowników, a także jej majątek. Kiedy zakupiono traktor z przyczepą i nowe samochody ciężarowe — pracownicy wyjeżdżali w dalsze trasy. Przyjemnie było jechać na przyczepach za traktorem, trochę gorzej pod plandeką samochodów ciężarowych Ford-Gaz, Opel-Blitz lub Canada. Kłopotliwe było wchodze­nie na „pakę" i zeskakiwanie z samochodu. Zawsze jednak znalazł się ktoś chętny do złapania zeskakujących koleżanek w ramiona. Było przy tym niemało śmiechu i żartów. Na samochodach położone były deski do siedzenia, podparte drewnianymi skrzynkami z oranżadą. Gdzieś w kącie stała zawsze beczka piwa do skonsumowania na miejscu docelowym wycieczki. Nie wszyscy mieli miejsca siedzące, stąd przy zakrętach niektórzy (zwykle stali mężczyźni) wpadali na kolana koleżanek. Innymi mankamentami były kurz i spaliny samochodu, wdzierające się pod plandekę. Nie można też było podziwiać, jak dzisiaj z autobusu — mijanych pejzaży. Pomimo uciążliwych warunków pracownicy chętnie i licznie wyjeżdżali na wycieczki i to nie tylko w najbliższe okolice, ale także do Krakowa, Zakopanego, Wieliczki.


   W latach późniejszych korzystano już z autobusów marki „San" lub „Jelcz", które wynajmowano od większych, bogatszych firm, względnie od
PKS. Niektóre miały w środkowym przejściu rozkładane siedzenia, aby przewieźć większą ilość osób. Składanie tych siedzeń wymagało pewnej wprawy i wysiadanie z autobusu trwało dłużej niż zwykle. Podczas jazdy w autobusie było zawsze bardzo wesoło. Śpiewano znane piosenki ludowe, modne przeboje radiowe oraz układano żartobliwe rymy o kolegach i ko­leżankach uczestniczących w wycieczce. Niezawodnym sposobem na krótki postój były piosenki, jak na przykład ta:

„Na lewo most, na prawo most, a nam się zachciało piwa
A jak kierowca nie stanie, to z niego jest „przeciwa"

 

Aby zwiedzić dalsze zakątki naszego kraju urządzano wycieczki kilku­dniowe. Noclegi bywały różne. Czasami w ładnych pokojach hotelowych, a czasem w kempingach, gdzie nie brakowało karaluchów i pluskiew. Bywały też kłopoty z niektórymi kolegami, którzy zwiedzając wieczorem różne zakłady gastronomiczne zapominali, gdzie zostali zakwaterowani. Czasami w programie wycieczki był wieczorny seans w kinie lub widowisko teatralne, czy opera. Niestety po paru minutach wygodnego siedzenia słychać było głośne chrapanie niejednego widza, zmęczonego podróżą i całodziennym zwiedzaniem. Takie przypadki słusznie oburzały obok siedzących prawdziwych melomanów.

Zwiedzano Polskę wzdłuż i wszerz, podziwiając przepiękne miasta, muzea, budowle, kościoły. W latach późniejszych, gdy nastąpiły pewne braki w zaopatrzeniu sklepów w niektóre towary, oprócz zwiedzania w progra­mie wycieczki był także czas wolny na zakupy. Zawsze można było zdobyć coś atrakcyjnego, czego nie można było kupić w Skoczowie. Pewnego razu w Żywcu, tuż przed odjazdem do domu spóźniona wycieczkowiczka przybiegła z nowiną, że w sklepie na głównej ulicy można nabyć papier toaletowy, nawet 10 rolek na osobę. „Społemowcy" jak jeden mąż , zaopa­trzeni w sznurki do przewiązania rolek papieru ustawili się w kolejce po drogocenny towar. Niepowtarzalny był widok grupy wycieczkowej masze­rującej z tymi zawieszonymi na sznurkach rolkami, przewieszonymi przez ramię. A ile było uciechy z udanego zakupu!


   Bardzo dużą popularnością cieszyły się swego czasu wycieczki na zakupy do Nowego Targu. Można tam było kupić atrakcyjny towar, ale też pozbyć się na tamtejszym targu portfela z całą zawartością.

Równolegle z wycieczkami krajowymi organizowano wyjazdy zagra­niczne do Czechosłowacji, na Węgry oraz do NRD. Trzeba przyznać, że sklepy były tam dużo lepiej niż w Polsce zaopatrzone, często też towar był tańszy, niż w naszym kraju. Można było wymienić i przewieźć przez granicę tylko określoną, małą ilość gotówki, stąd też brakowało pieniędzy na potrzebne zakupy. Jedynym rozwiązaniem było sprzedanie czegoś polskiego za granicą. W ten sposób uzyskane pieniądze pozwalały na za­kupienie czegoś atrakcyjnego dla swojej rodziny. Handel taki był naturalnie nielegalny i dlatego przejazd przez każdą granicę z zakupami przyprawiony był uczuciem panicznego niepokoju, a nawet strachu. Każdy starał się ubrać na siebie wszystko, co się dało, a resztę ukryć w torbach. Im bliżej było do granicy, tym ciszej robiło się w rozśpiewanym, jeszcze nie tak dawno autobusie. Czasami trzeba było się bardzo tłumaczyć celnikom z niektórych zakupów i w zależności od ich humoru powiodło się albo też nie.

  Był czas, że można było w bankach NRD wymienić polskie złotówki na marki. Przepisy zezwalały jednak na przewiezienie tylko 150 zł. Oczywiście każdy wiózł ze sobą więcej pieniędzy skrzętnie ukrytych w bagażu lub w innych niezwykłych miejscach, na przykład w popielniczkach autobusowych, pod stopniem przy drzwiach autokaru itp. Zdarzały się nie raz wielogodzinne kontrole osobiste i naturalnie „wpadki". Zwykle jednak eskapady zagraniczne kończyły się pomyślnie i z korzyścią dla turystów polskich.


   Z każdej wycieczki pozostały wspomnienia, trudno je teraz wszystkie opisać choćby dlatego, że wycieczek było naprawdę bardzo wiele. Średnio w roku organizowano 3 wyjazdy turystyczne, w tym 2 — kilkudniowe. Spół­dzielnia zatrudniała przeciętnie około 200 pracowników. Wszyscy znali się dobrze i na wszelkich imprezach czuli się jak w rodzinie.


   Dla ludzi mojego pokolenia, którzy żyli i pracowali w realnym socjalizmie każda forma rozrywki i wypoczynku, jaką proponował zakład pracy, była atrakcyjna. Po latach wojny ludzie chcieli się bawić, zwiedzać świat i cieszyć
się pokojem. Z biegiem lat i zmian społeczno-gospodarczych w kraju— takie formy opieki socjalnej w zakładach pracy zaczęły zanikać.

Na podstawie własnych wspomnień i zapisów w kronice Powszechnej Spółdzielni
Spożywców „Społem" w Skoczowie z lat 1945 — 1981


 


 

Artykuł pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” udostępniony dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.