Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Byłem żołnierzem generała Maczka

Ferdynand Kubiejus

Byłem żołnierzem generała Maczka

Urodziłem się 8 maja 1925 r. w Iskrzyczynie k. Skoczowa. Krótko przed  wybuchem wojny przeprowadziliśmy się do Skoczowa. Miałem wtedy 14 lat.
Gdy 1 września 1939 r. we wczesnych  godzinach rannych przeleciały pierwsze  samoloty niemieckie, w Skoczowie wybuchła  panika. Najwięcej bali się Żydzi. Widziałem  jednego Żyda z naszej ulicy o nazwisku  Schmeidler (miał pięcioro dzieci w wieku  szkolnym) jak trzymając się płotu płakał  i krzyczał: - Hitler idzie, Hitler idzie!  Koniec z nami! W tej wielkiej panice  niektórzy ludzie postanowili uciekać z miasta. Między nimi znalazłem się i ja z matką oraz siostrą. Nie zdawaliśmy sobie  sprawy z tego, dokąd nas ta ucieczka  zaprowadzi. Myśleliśmy, że może gdzieś  za „Pogórski Kopiec" i wojsko polskie  powstrzyma najazd armii niemieckiej. Przecież ówczesne hasła głosiły: Jesteśmy silni, zwarci i gotowi, nie oddamy ani guzika!

Kiedy wyszliśmy na drogę w kierunku Bielska, dołączyliśmy do dużej grupy ludzi, podobnie jak my uciekających. Nikt z nas nie przypuszczał, że ta wędrówka zaprowadzi nas aż pod Lwów. Wieczorem, w piątek 1 września doszliśmy do Bielska, tam kierujący ruchem załadowali nas do pociągu na Kraków, który w drodze był kilkakrotnie bombardowany. Do­tarliśmy do Mościsk. Stamtąd dorożki zabierały nas na wieś. Co noc spaliśmy u innych ludzi - w szopie, stodole, gdzie się dało. Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że Rosjanie ruszyli na Polskę od wschodu. Wtedy dopiero wybuchła panika! To było coś okropnego. Wojska bez dowództwa, listonosze, kolejarze, nikt nie wiedział co dalej, gdzie się udać. Widziałem, jak ukraińscy cywile wracali z lasu, gdzie rozbrajali grupy polskich żołnierzy. Trzymali po dwa karabiny w rękach i pokrzykiwali jak Indianie. Dopiero co uciekaliśmy przed Niemcami przez całą Polskę, a teraz trzeba było wracać...

   Postanowiliśmy wrócić do domu, do naszego Skoczowa. Piechotą do­szliśmy do Mościsk. Był ciepły wrzesień, po drodze mijaliśmy rozbite tabory, masę zabitych koni i żołnierzy, których na razie nikt nie grzebał. Rynek w Mościskach był zapełniony jeńcami, polskimi żołnierzami. Na wylotach ulic niemieccy żołnierze na motorach z przyczepami, z karabinami przewie­szonymi przez szyję, gotowi do strzału. Tego widoku nigdy nie zapomnę.

 

Wychodząc z Mościsk natknęliśmy się na niemiecki punkt kontrolny. Po zrewidowaniu nas, zabrali mi tornister i menażkę, które znalazłem po drodze. Zaopatrzyli nas w zaświadczenie, że jesteśmy ze Śląska, żeby wszystkie władze cywilne i wojskowe udzielały nam pomocy w powrocie. Nie pamiętam już w jakim mieście załadowano nas do wagonów towarowych. Zanim pociąg ruszył przeprowadzono kontrolę. Wśród wielu ludzi w wagonie znaleziono jednego Żyda. Okropnie go potraktowano - wyrzucono, jak zdechłe zwierzę z wagonu, kopano i pluto na niego.

 

 

Pociąg ruszył w kierunku Śląska, do Bielska. Do Skoczowa szliśmy już pieszo. Byłem ogromnie zaskoczony widząc wielu znajomych ludzi ze swastyką wpiętą w marynarkę. Niemieckie hitlerowskie flagi wisiały na domach, a później na słupach odbudowanego mostu drogowego na Wiśle.

Wczesną wiosną 1943 r. nastąpiła weryfikacja list narodowościowych. Byłem jeszcze nieletni, ale matka została wezwana do biura, kazano jej coś podpisać. Była to zgoda na przynależność do listy nr 3 „do odwołania". Wcześniej figurowaliśmy jako Polacy. Po kilku dniach dostałem wezwanie do Bielska i skierowanie do wojska.

Pamiętam przysięgę: „Ich schwere an Got und Hitler" ("Przysięgam na Boga i Hitlera"), a ja po cichu modliłem się, żeby jak najszybciej wydostać się z tej znienawidzonej armii.

Wywieziono nas do Francji. Tam łączyliśmy się w małe grupki Polaków, mieliśmy umówione hasła, szukaliśmy możliwości ucieczki do partyzantki. Rudolf Kłósko z Górek, Adam Kostka z Czantorii i ja, Ferdynand Kubicius,- tworzyliśmy szczególną grupę cieszyńskich Ślązaków.

Okazja do opuszczenia niemieckiego wojska nadarzyła się dopiero w dzień inwazji 6 czerwca 1944 roku. To było wielkie piekło. Z grupy żoł­nierzy, między którymi się znajdowałem, tylko ja ocalałem. Lekko ranny dostałem się do niewoli. Nie wiedziałem niestety, co stało się z moimi kolegami z Cieszyńskiego.


Przewieziono nas do Anglii. Jedną noc spaliśmy pod gołym niebem. Rano pociąg wjechał między druty kolczaste i załadowano nas do wagonów. Jak się potem okazało, wieziono nas do dużego obozu jenieckiego dla Niemców w Szkocji. Podczas tej jazdy uformowała się grupa około 150 Polaków, wśród nich jeden kapral WP z 1939 roku. Miał ukończone gimnazjum, mówił trochę po angielsku, więc wybraliśmy go naszym komendantem.


Pozrywaliśmy niemieckie godła z mundurów, byliśmy zdecydowani na wszystko. Wśród jeńców byli też wysocy rangą oficerowie. Poprosiliśmy, by naszą grupę umieszczono osobno. Powstało wielkie zamieszanie. Oficerowie zarzucili nam, po co nosimy niemieckie mundury, skoro jesteśmy Polakami? Wtedy rzuciliśmy im pod nogi bluzy i czapki, mówiąc, że myśmy o te mundury nie prosili. Żeby nas rozdzielić musiała wkroczyć angielska żandarmeria. W rezultacie umieszczono nas poza obozem pod namiotami.


Panowała tam swoista atmosfera i porządek. Rano modlitwa „Kiedy ranne wstają zorze", wieczorem „Pod Twoją obronę". Nurtowała mnie myśl, aby jak najszybciej dostać się do polskiego wojska. Był jeden problem, moja rana odniesiona we Francji. Potrzebny był lekarz. Zgłosiłem to komen­dantowi, a on w dowództwie obozu. Komendant nosił biało-czerwoną opaskę i mógł poruszać się po całym obozie bez nadzoru. Obóz składał się z kilkunastu baraków. Tam jeńcy niemieccy utrzymywali twardą dyscyplinę wojskową.


W jednym z baraków mieścił się punkt sanitarny, który prowadził wysoki rangą oficer niemiecki (Stabsarzt — lekarz sztabowy). Do tego punktu prowadził mnie angielski żołnierz. Ponieważ była duża kolejka, miałem trochę czasu, by się porozglądać. Za drutami zauważyłem naszego kolegę z Cieszyńskiego. Bez namysłu podskoczyłem do samych drutów wołając: „Adam, Adam, ja tu jestem ze Staszkiem Kłóską".


W międzyczasie wyszedł z baraku angielski żołnierz i kazał mi wejść do środka. Stabsarzt (lekarz) zapytał, z którego jestem baraku. Kiedy mu powiedziałem, że nie jestem z żadnego baraku tylko z namiotu spoza obozu, z polskiej grupy, zdenerwował się, złapał mnie za kołnierz, kopnął w tyłek i zawołał: „Jak jesteś Polak, to sobie idź do polskiego lekarza!" Kiedy wysze­dłem, Anglik zapytał: „Okey?" Odpowiedziałem: „Okey," przecież więcej wtedy nie umiałem. Był to chyba trzeci dzień pobytu na wyspie, w angiel­skiej niewoli. Kiedy wróciłem do swej grupy, nasz komendant wypytał mnie o wszystko. Opowiedziałem wszystko, także to, że spotkałem kolegę z Cieszyńskiego. Komendant poszedł do dowództwa obozu i zgłosił całe zajście. Przyprowadzono mnie do biura, ów niemiecki doktor już tam był. Zrugano go, że jako lekarz, który przysięgał udzielać pomocy każdemu potrzebującemu, odmówił jej żołnierzowi armii niemieckiej, bo przecież byłem jeszcze w niemieckim mundurze. Musiał mi na miejscu zrobić opatrunek.

   

   Nie wszyscy mówiący po polsku w naszym obozie zgłaszali się do polskiego wojska. Ja bardzo czekałem na ten moment, kiedy będę mógł zdjąć nie­mieckie odzienie i ubrać polski mundur. Po paru dniach wyprowadzano nas grupkami za obóz do baraków, w których urzędowali polscy oficerowie jako komisja weryfikacyjna. Każdy z nas musiał przedstawić coś w rodzaju życiorysu, a na koniec wyrazić wolę wstąpienia do Wojska Polskiego. Wtedy podpisywaliśmy gotowy wniosek o następującej treści: "Ja, Jezierski Antoni proszę o przyjęcie mnie jako ochotnika do Wojska Polskiego". Na wnioskach wpisywaliśmy już nasze pseudonimy. Przybrałem nazwisko Antoni Jezierski. W każdej grupie było około 30. ludzi. Następnego dnia otrzymaliśmy polskie mundury. Sprawiło nam to wielką radość. Najbardziej cieszył nas beret z polskim orzełkiem w koronie. Tak ubranych wyprowadzono nas wąskim chodniczkiem na asfaltową drogę, gdzie czekał już samochód z polskim żołnierzem za kierownicą.


Trafiliśmy do polskiego obozu wojskowego. Tak się złożyło, że w tej grupie znów spotkałem kolegów z Cieszyńskiego. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy się odtąd trzymać razem. Nazajutrz zaczęło się normalne wojskowe życie - rano pobudka, zbiórka do śniadania, potem zbiórka na placu ćwiczeń, modlitwa. Myśleliśmy, że będziemy traktowani ulgowo, tymczasem zaczęła się normalna musztra wojskowa. Porucznik Brzechner, który objął dowództwo naszej ponad stuosobowej kompanii, dał komendę: „Zagiąć skrzydła!" -a następnie „ Odgiąć skrzydła!" Podchodził do nas kolejno i pytał: - „Ile masz lat?" Jeden mówił 18, drugi 18, następny 20 i tak dalej. Później zaczęła się prawdziwa musztral. Był to obóz, w którym uczono nas wszystkiego po trochu - musztry, języka angielskiego... Wyposażono we wszystko co przy­sługiwało żołnierzowi. Z każdym z nas przeprowadzono dokładny wywiad, na temat wcześniejszej służby. Zorientowaliśmy się, że według tego będą nas przydzielać do jednostek wojskowych. Wszyscy trzej z Cieszyna chcieliśmy być razem, podaliśmy więc jednakowo, że służyliśmy przy moździerzach. Dowództwo uważało, że Niemcy nas dobrze wyszkolili i jeśli zostaniemy przydzieleni do takich samych formacji to wszystko będzie w porządku.


Czas naglił, wojna trwała, ludzie ginęli na froncie, potrzebni byli nowi żoł­nierze. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Przydzielano do lotnictwa, do marynarki, do II Korpusu we Włoszech. Nasza trójka dostała przydział do I Dywizji Pancernej gen. St. Maczka we Francji.


Dostaliśmy jeszcze w Anglii jeden żołd, który był wypłacany co 10 dni. Poszliśmy do kantyny wojskowej, gdzie z powodu słabej znajomości angielskiego kupiliśmy trzy herbaty i ciastek za 2 szylingi . Trzeba wiedzieć, że tabliczka czekolady kosztowała 3 pensy, więc za 2 szylingi otrzymaliśmy ogromną ilość keksów. W całej kantynie powstał wielki śmiech.


Podróż do Francji przebyliśmy na okrętach. Nie pamiętam, skąd kolega Adam Kostka wytrzasnął harmoszkę. Umiał grać i stworzyliśmy bardzo dobry tercet, śpiewając cieszyńskie i czeskie piosenki. Podbiliśmy serca wszystkich tym śpiewaniem.


Gdy dołączyliśmy wreszcie do wyznaczonej dywizji, pierwsze zadanie jakie dostaliśmy, to odprowadzić 250 jeńców niemieckich na tyły. Byli wśród nich SS-mani. Ich było 250, a nas tylko 15.


Droga prowadziła przez wyboje i zarośla. Wkrótce zrobiło się ciemno. Byliśmy uzbrojeni w pistolety maszynowe, tzw. "steny". Broń była odbezpieczona, palec na spuście. Szczęśliwie doprowadziliśmy jeńców do wyznaczonego miejsca i przekazaliśmy grupie kanadyjskiej. Następnie nasza cieszyńska trójka została przydzielona do 9 batalionu, do kompanii wsparcia, plutonu moź­dzierzy moź­dzierzy. Nastąpiło krótkie przeszkolenie, zapoznanie się z nową bronią. Podczas tego szkolenia gen. St. Maczek odbywał inspekcję swoich jedno­stek. Wtedy widziałem go po raz pierwszy z bliska. Z każdym zamienił parę słów, podał rękę, życzył dużo szczęścia i szybkiego powrotu do kraju.


Dowódcą naszej drużyny został podchorąży Arwaj. Był to człowiek bardzo uczony, ale niezbyt nadający się na żołnierza. Po odpoczynku i uzupełnieniu, dywizja ruszyła do dalszych walk z Niemcami w kierunku Belgii. Posuwali­śmy się być może zbyt szybko i zostaliśmy omyłkowo zbombardowani przez alianckie lotnictwo, ponosząc straty w ludziach i sprzęcie.


W Belgii, przy okazji zdobywania miasta Gandawa, miałem możliwość po raz drugi spotkania z gen. St. Maczkiem. Jechał na czołgu w kierunku miasta, w którym byli jeszcze Niemcy. W tym samym czasie nasza jed­nostka bojowa znajdowała się jakiś kilometr od centrum, ostrzeliwując miasto z moździerzy. Działo się to w godzinach rannych 14.09.1944 r. Koło połu­dnia dostaliśmy rozkaz, by przesuwać się do przodu, do centrum Gandawy, gdzie była już część naszej piechoty. Po zajęciu stanowiska bojowego byliśmy ostrzeliwani przez niemieckiego snajpera. Znajdowaliśmy się po prawej stronie drogi, po lewej było pole, a jakieś pół kilometra dalej lasek. W pewnym momencie dowódca porucznik Szeliga zawołał: „podchorąży Arwaj i Jezier­ski (czyli ja), w kierunku lasku biegiem marsz". W połowie pola, dostaliśmy serię z karabinu maszynowego. Pociski biły o ziemię jak grad. Przywarli­śmy do gruntu, grzebiąc sobie gorączkowo dołek rękoma. Na szczęście nasi zorientowali się skąd Niemiec strzela. Uderzono w niego z działa ppanc. i ucichł. Przeżyliśmy chwile grozy. To, że podczas serii z karabinu maszynowego nie zostaliśmy zabici, ani nawet ranni - zakrawało na cud. Dalsze terytorium Belgii zdobywaliśmy najczęściej bez wsparcia lotnictwa i artylerii. Książę Karol, następca tronu, udekorował nas potem sznurem naramiennym, zwanym "Firadigier". Sznur przypięto do sztandaru batalionu, a sam batalion nazwano Batalionem Strzelców Flandryjskich. Miało to miejsce 1 lipca 1945 r.

Dnia 4 października 1944 r. w miejscowości Barlenasau, jeszcze na terenie Belgii, ponownie zostałem ranny. W tym miejscu Niemcy stawiali mocny opór, przypuszczając atak czołgów i zmasowany ostrzał z broni pan­cernej. Mój kariers (wóz pancerny) został doszczętnie rozbity i spalony. Obok niego miałem wykopany dół, do którego wskoczyłem, gdy we mnie trafiono. Żyję dzięki koledze, który mnie stamtąd wyniósł w bardziej bezpieczne miejsce. Mimo rany i braku własnego pojazdu nie pozwoliłem się odtransportować do szpitala polowego. Po trzech dniach dostałem nowy wóz pancerny na gąsienicach i mogłem wyruszyć dalej z całą jednostką, by kontynuować natarcie. Najdłużej przebywaliśmy w Holandii. Do miasta Alfen (Holandia) nasz odział wjechał pierwszy. Był późny wieczór, z zaskoczenia wzięliśmy do niewoli niemieckiego majora i dwóch telegrafistów. W tej miejscowości przebywaliśmy kilka dni. Każdorazowo po serii ognia z moździerzy otrzymy­waliśmy odpowiedź niemieckiej artylerii. Nasz dowódca, kapitan Szeliga (zwany Wojtusiem) doszedł do wniosku, że gdzieś wśród cywili musi być ukryty niemiecki żołnierz, kierujący ogniem artylerii. Po przeszukaniu kilku budynków znaleziono go, po czym cywile w ciągu dwóch godzin musieli opuścić miasto.


Następnym miastem zdobytym w Holandii była Breda. Zatrzymaliśmy się tam na odpoczynek . Trzeba było uzupełnić oddziały, przeszeregować, przeszkolić. Mnie i Stanisława Kłóskę z Górek skierowano na kurs prawa jazdy. Trwał on miesiąc. Burmistrz Bredy przyznał całej dywizji honorowe obywatelstwo tego miasta. Ruszyliśmy na front, ale potem znowu wróciliśmy do gościnnej Bredy. Mieszkaliśmy u tych samych ludzi, co poprzednio. Było to przy Grogdaik Strasse u rodziny Janes Fondajk. Bardzo zżyliśmy się z miejscową ludnością. Pewnego niedzielnego wieczoru otrzymaliśmy rozkaz sforsowania Mark Kanal. Pierwsza kompania piechoty miała na łodziach prze­prawić się na drugi brzeg i utrzymywać przyczółek mostowy. Niestety, był to zły manewr. Zginęła prawie cała kompania na czele ze swoim dowódcą kapi­tanem Judkowiakiem. Zostało tylko 15 ludzi. Przeprawa się nie udała. Na drugi dzień zażądano wsparcia lotnictwa. Przez cały dzień trzy polskie samoloty ostrzeliwały niemieckie pozycje, a w tym czasie inna kompania kilometr wyżej przeprawiała się przez kanał, umożliwiając saperom budowanie mostu.

Popołudniu przeprawiliśmy się na drugą stronę kanału. Przejeżdżając koło pobojowiska, oglądaliśmy naszych kolegów potopionych, a niektórych już na drugim brzegu zabitych w walce wręcz. Jeszcze teraz, gdy po tylu latach wspominam ten widok, głos mi się załamuje i łzy same cisną się do oczu.

Po walkach na Mark Kanal jeszcze raz wróciliśmy do Bredy. Holandia po oswobodzeniu była wygłodniała i goła, dlatego Holendrzy byli nam wdzięczni za wolność, odzież i żywność. Na ulicach widać było chłopców w ubraniach przeszytych z naszych mundurów i płaszczy. Pożegnanie z Bredą nastąpiło w listopadzie 1944 r. Wyruszyliśmy na północ, by zdobyć Kapellschewer.


Szczególnie zapamiętałem dzień 31 grudnia 1944 r. Czekaliśmy na rozkaz do ostrzału pozycji Niemców, a tu dowódca plutonu kazał nakryć stół obrusem, bo miał przyjść major Łabno, żeby złożyć nam życzenia noworoczne. Przyjechał, składaliśmy sobie życzenia, nie wiedząc czy dożyjemy tego 1945 r. i jaki on będzie. Kapellschewer szturmowaliśmy długo. Na tyle długo, że jeden z naszych kolegów, Dancewicz, poznał tam dziewczynę, z którą się ożenił i do dziś tam mieszka. Zbliżaliśmy się do terytorium Niemiec (kierunek Wilhelmsha­fen), do wielkiego niemieckiego portu, skąd Hitler w 1939 r. wysłał okręt "Schlezwig Holstein" do Gdańska. Zanim wkroczyliśmy na teren Niemiec, dowódca kompanii kapitan Szeliga wracając z odprawy, przekazał nam naj­nowsze wiadomości. Powiedział m.in., że wojna ma się ku końcowi i żeby z szacunkiem traktować niemiecką ludność cywilną. Byli wśród nas różni ludzie i ci, którzy przeszli ruskie lagry i tacy, co uciekli z hitlerowskich obozów koncentracyjnych i tacy, co byli w wojsku niemieckim. Każdy więc usłyszane informacje traktował po swojemu, niektórym trudno było zapomnieć o krzywdach wyrządzonych przez Niemców..


Sami Niemcy, zarówno cywile jak i jeńcy powtarzali: „Hitler kaput, Hitler kaput". Było i tak, że gdy wjeżdżaliśmy do miasta Ler niedaleko Wilhelmshafen, kobiety i dzieci witały nas kwiatami. Widać miano już dosyć tej hitlerowskiej propagandy.


Tuż przed zakończeniem wojny w naszym dowództwie doszło do jakiegoś nieporozumienia. Pluton moździerzy składający się z sześciu karjersów, 30 ludzi skierowano w niezbadany teren, bez wsparcia czołgów, piechoty. Asfaltową drogą posuwaliśmy się w kierunku Wilhelmshafen.

Wokół drogi rozciągały się puste pola, w dali widać było las i z drugiej  strony, jakiś 1 km od drogi duże zabudowanie wiejskie.

Na wysokości tego lasu, zatrzymał nas huraganowy  ogień z artylerii niemieckiej.  Trwało to małą chwilę i ucichło. Po krótkiej naradzie z kolegami wyruszyłem w kierunku
wspomnianego gospodarstwa.  Załoga powolutku posuwała  się rowami w tym samym  kierunku. Wkrótce przeszukaliśmy całe obejście, na szczęście nie było tam wojska niemieddego. W ziemiance ukry-wała się rodzina z tej farmy.


   Pozostaliśmy tam do następnego dnia, tj. do 4 maja 1945 r. Mnie przypadła warta od godz. 4 do 6 rano.  Pod koniec wartowania zauważyłem, że drogą w naszym kierunku jedzie motocyklista. Był to nasz łącznik, który przyjechał z meldunkiem.  Do godz. 8 należało wystrzelać wszelką amunicję. Niemcy podpisywali kapitulację. Był to dla nas ostatni dzień wojny, ale nie tułaczki wojennej. Nie wiedzieliśmy co będzie dalej? Pokonali­śmy jednego wroga, ale w kraju był drugi. Wiedzieliśmy, że nie możemy zaraz wracać do Polski.


 


 


5 maja 1945 r. niemieccy generałowie podpisali kapitulację wobec naszego dowództwa. Wśród Niemców podpisujących akt kapitulacji zapewne byli tacy, którzy w 1939 r. mówili, że „Warszawy nigdy nie będzie i Polski nie będzie". Tymczasem podczas podpisywania aktu kapitulacji rozlegał się polski hymn, a na budynku magistratu wisiała polska flaga. Świadka­mi tego wydarzenia byli między innymi kol. Karol Gańczarczyk i Jerzy Rudzki, obaj z Bielska-Białej.


Po zakończeniu działań wojennych nasz batalion rozpoczął działalność charytatywną i kulturalno-oświatową. Odwiedzaliśmy skupiska ludności polskiej wysiedlonej w czasie wojny, więźniów w wyzwolonych obozach kon­centracyjnych, nawiązywaliśmy łączność z rodzinami poległych żołnierzy, udzielaliśmy pomocy finansowej potrzebującym itp. Powstał zespół teatralny, do którego należałem. Szkolił nas wspaniały oficer, reżyser, scenograf i kompozytor w jednej osobie, mający za sobą Sybir i stalinowskie piekło łagrów. Ułożył on i skomponował hymn 9-tego batalionu)

Koniec wojny nie oznaczał jednak dla wszystkich powrotu do ojczystego kraju. Nie mieliśmy żadnych wiadomości od naszych rodzin z Polski. Po kilku nieudanych próbach nawiązania łączności listowej z matką w Skoczowie, postanowiłem napisać do rodziny w Czechach z prośbą o przekazanie mojego listu do Skoczowa. Wiadomość przyszła po kilku miesiącach. Matka wraz z siostrą i dwojgiem jej małych dzieci objęła gospodarstwo w Międzyświeciu k/Skoczowa, po zamordowanych teściach siostry. Prosiły, żebym jak najszybciej wracał. Jednak nie mogłem tak od razu zdjąć munduru i powie­dzieć: „do widzenia, jadę do mamy". Byłem żołnierzem, składałem przysięgę, a poza tym nie były jeszcze uregulowane sprawy pomiędzy rządem polskim w Londynie a władzami komunistycznymi w Polsce. Czekaliśmy na możliwość legalnego powrotu do kraju, która nastąpiła dopiero w 1946 r. Do tego czasu byliśmy częścią armii angielskiej, okupu­jącej Niemcy. Czas ten wykorzystaliśmy również na przysposobienie się do życia w cywilu. Organizowano dla nas różnego rodzaju kursy, szkolenia. Wreszcie podczas któregoś wieczornego apelu podano wiadomość, że ci, którzy pozostawili w kraju rodziny, mogą się zapisywać na wyjazd do ojczyzny. Dano nam kilka dni do namysłu. Nasza trójka z Cieszyńskiego podjęła decyzję o powrocie do kraju. Odbyła się pożegnalna kolacja. Przewieziono nas do miejscowości Kwakenbruck, gdzie przez trzy dni załatwialiśmy formalności demobilizacyjne. Dostaliśmy podwójne umun­durowanie, ubranie cywilne i żołd za trzy dekady. Mieliśmy co dźwigać. Załadowano nas do wagonów towarowych.

Przed nami stanęła wielka niewiadoma. Od kolegów, którzy przeżyli sowieckie łagry, wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać. Pierwsze niemiłe spotkanie z sowieckimi żołnierzami miało miejsce na granicy stref okupacyj­nych. Koniecznie chciano nas wyprowadzić z wagonów i zrewidować. Nastąpiła szarpanina, ale nie pozwoliliśmy się kontrolować. W końcu pociąg ruszył. Dojechaliśmy do Legnicy. Tam czekało nas załatwianie kolejnych formalności, co zajęło parę dni. Sowietów koliły w oczy nasze toboły. Tak więc na zmianę pilnowaliśmy bagaży.

Wszystko załatwiało się za papierosy i czekoladę. Musieliśmy przejść przez biuro repatriacyjne, posiadać zdjęcie i długo, długo czekać, gdyż ogromna ilość ludzi powracała do kraju. W nocy słychać było strzelaninę, jak na froncie. Po wypełnieniu wszelkich formalności należało jeszcze uzgodnić z zawiadowcą stacji, żeby podstawił trzy wagony: do Katowic, Poznania i na Pomorze.

Nareszcie żegnaliśmy Legnicę, ale przede wszystkim żegnaliśmy kolegów jadących w kierunku na Poznań i dalej, na Pomorze. Pociąg ruszył, jechali­śmy do Katowic, wciąż nie wiedząc co nas czeka. Jedno było pewne, nie będziemy witani kwiatami jak zwycięzcy. Trasa przebiegała bez przeszkód. W Katowicach mieliśmy dość szybko połączenie na Bielsko. Poznaliśmy jeszcze jednego kolegę z Cieszyńskiego — Staszka Handzla z Pogórza. W pociągu przyszli do nas kolejarze, przeżegnali się i powiedzieli —„ Chłopcy, po co wy tu jedziecie? Myśleliśmy, że przyjedziecie z bronią w ręku, żeby Ruskich wygonić". Opowiadali straszne rzeczy, toteż ogarnęło nas zwątpienie i strach. Z Bielska do Skoczowa jechało nas już tylko czterech. Staszek Han­dzel wysiadł w Pogórzu, a my pokonywaliśmy ostatni etap drogi do domu. Był czwartek, ładny dzień, duży ruch na drogach, bo w Skoczowie był targ, a ja po 3,5 roku znów widziałem Skoczów. Żeby nie być rozpoznany jako żołnierz z Zachodu, zdjąłem beret z orzełkiem i bluzę. Udałem się na poszukiwanie jakiegoś środka transportu na "Waniówkę". Było to duże go­spodarstwo, gdzie przebywała moja siostra. Dostałem konia i wóz. O moim powrocie została powiadomiona matka, która mieszkała w Międzyświeciu z drugą siostrą. Staszka Kłóskę zabrali do domu górale, którzy wozili na dworzec do Skoczowa drzewo. Jego toboły zostały schowane pod choiną. Moje spotkanie z matką i siostrami było bardzo radosne. O zmroku bagaże zostały przewiezione do Międzyświecia, gdzie zamieszkałem z mamą.

Przez pewien czas byliśmy w Polsce przyjmowani jak intruzi, jak ame­rykańscy szpiedzy. Kol. Kłósko musiał codziennie, przez pół roku chodzić z Górek do Brennej na posterunek milicji i tam się meldować. Któregoś dnia zdesperowany powiedział: „Jak jestem winien to mnie aresztujcie, a jak nie to już tu wiecej nie przyjdę". I dali mu spokój. Natomiast kolega Staszek Hanzel, miał następujące zajście. Wkrótce po jego powrocie do domu, w nocy przyszło ośmiu „partyzantów" z żądaniem, by się do nich przyłączył. Kiedy kategorycznie odmówił, zaczęli go straszyć, tocząc granaty po podło­dze izby, ale się nie ugiął. Zabrali mu wszystko, co przywiózł. Po jakimś czasie rozpoznał jednego z owych nocnych „party-z an t ów " w mundurze milicjanta. Inny paradował w jego spodniach po fabryce „Hilckla", gdzie zostaliśmy zatrudnieni. Była to milicja w przebraniu partyzantów. Można sobie wyobrazić, co by było gdyby S. Hanzel zgodził się pójść do partyzantki. Najbardziej bolało nas to, że jesteśmy przyjmowani nie jak zwycięzcy tej wojny, a wręcz jak wro­gowie. Bardzo długo nie mogliśmy ko­rzystać z przywilejów kombatanc­kich. Po wielu trudnościach dopiero w 1993 r. otrzymałem zaświadczenie o uprawnieniach kombatanckich. Mimo, że 26 miesięcy byłem w mun­durze Wojska Polskiego, w tym 10 miesięcy na froncie, zaliczono mi tylko 10 miesięcy służby. Wszystkim nam z Zachodu zaliczono tylko ten okres do zakończenia wojny, stąd mamy „przerwę w życiorysie". Władze komunistyczne przyjęły takie normy, a obecne ich nie naprawiły.

* * *

W 1993 r. powstało Koleżeńskie Koło Kombatanckie I-szej Dywizji Pancernej gen. Maczka z siedzibą w Bielsku — Białej, zwane Kołem Beskidzkim. Dzięki naszym staraniom została nazwana imieniem gen. Maczka ulica w Bielsku — Białej, a w Jaworzu szkoła obrała go za swego patrona. Ufun­dowaliśmy sztandar z popiersiem generała dla tej właśnie szkoły. Koledzy z okolic Katowic także założyli Koło Kombatanckie "Maczkowców". Obecnie w Polsce działa pięć kół: w Gdańsku, Bydgoszczy, Toruniu, Katowicach i nasze na Podbeskidziu.

   W 1994 r. zostaliśmy zaproszeni na uroczystość 50-lecia wyzwolenia Bredy (południowa część Holandii), gdzie zjechali się koledzy z całego świata. Popłynęły łzy radości. Spotkałem kolegę, z którym przeżyłem cały szlak bojowy. Holendrzy przyjęli nas bardzo serdecznie. W każdym domu była biało-czerwona flaga, a w oknach napisy: "Witamy Was Polacy", "Dziękujemy Wam Polacy". Takiej radości nie zgotowała nam Polska przez 50 lat.


W Bredzie są dwa cmentarze z grobami polskich żołnierzy. Jeden duży, na którym spoczywa gen. Stanisław Maczek (zmarł mając 102 lata), a drugi mały, w dzielnicy Gineken, na którym spoczywa 24 żołnierzy. Na tym cmen­tarzu młodzież holenderska śpiewała polskie pieśni, a dzieci składały poje­dynczo na każdym grobie wiązankę kwiatów.


W 1995 r. zostaliśmy zaproszeni do Stackanal (północna część Holandii). Pojechałem z żoną. Powitał nas tam komendant policji - syn naszego kolegi Podgórskiego (od wojny mieszka w Stackanal). Kolega Podgórski jest Lwo­wiakiem, do kraju nie powrócił. Był głównym organizatorem uroczystości rocznicy 50-lecia wyzwolenia miasta, które trwało prawie tydzień. Na powitanie grała orkiestra. W sali ratuszowej każdy z nas otrzymał beret z orzełkiem w koronie, plakietkę z imieniem i nazwiskiem i kwotę 100 guldenów na osobę. Podczas poczęstunku, jaki zgotowano nam w ratuszu, podeszła do nas kobieta, u której mieszkaliśmy w czasie dalszego pobytu.


Spotkanie po 50-ciu latach z kolegami, rozproszonymi teraz po całym świecie było wielkim wydarzeniem. Z Polski przyjechały aż 3 autobusy z zaproszonymi gośćmi.Tydzień wzruszeń i wspomnień minął bardzo szybko. Uroczyste pożegnanie z udziałem burmistrza miasta odbyło się na Placu gen. Maczka.


Po I-szej Dywizji Pancernej gen Maczka wszystkie dane przejęła 11 Dywizja Kawalerii Pancernej w Żaganiu, która swoje święto obchodzi w kwietniu. Członkowie naszego koła są tam zawsze zapraszani.


W 2001 r. zmarł prezes Czesław Czubaj mieszkający w Jaworzu, który był głównym inicjatorem założenia naszego koła na Podbeskidziu. Obecnie prezesem jest Jimi Jurczyk zamieszkały w Bielsku — Białej.

 

HYMN 9. BATALIONU

 

1. Z Pomorza, Śląska, Wilna, Lwowa      

Za wspólną sprawę poszliśmy w bój     

Nam spójną była polska mowa   

A hasłem naszym — drogi znój. 

 

Refren:          

Dziewiąty nasz Batalion

Pancernych chłopców kwiat

Flandryjski nasz Batalion

Pancernych chłopców kwiat

 

2. Nie chcemy laurów ani sławy

Pragniemy tylko wolnymi być,

Za wspólną sprawę zwycięskiej kampanii

Szliśmy umierać, by móc żyć.


 


 


Ferdynand Kubicjus. Rok 1943

 

 

 


2  Ferdynand Kubicjus . Fotografia wykonana w Belgi w 1944r



3 Z lewek E Kubicjus , Breda , 1944r


 


4 Zwycięski Szlak Chwały i Miejsc Pamięci 1 Polskiej Dywizji Pancernej 1944-1945 


5

 



6 Stoją od lewej: Pukacz z Londynu, Kubicjus, Zajączkowski z Chybia i Dancewicz z Holandii

 

 

 


Artykuł pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” udostępniony dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.