Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Spalone szpyrki

Karol Kajzer
Spalone szpyrki

 

Socholiczka położyła całe naręcze trocin na palenisko wędzaka. Od razu buchnął biały, ostry dym i przekopanym w ziemi kanałem przedostał się do drewnianej, szczelnie zbitej budy, w której wisiały szpyrki i szynki.

W ten sposób wędziło się mięso, wydając przyjemne zapachy wędlin, wydobywające się przez wąskie szpary wędzaka wraz z dymem. Mróz dawał się mocno we znaki, toteż kobieta cały czas przedeptywała w śniegu aby nie pozwolić zamarznąć nogom i rozcierała ręce, przysiadając od czasu do czasu koło paleniska na śniegu, by dołożyć na tlące się ognisko trocin.

Zapach wędzonych szpyrek wraz z dymem wychodzącym przez szpary wędzaka rozchodził się daleko i szeroko po całej wsi. Toteż, nie wiadomo czy znęcona tym zapachem, czy też czymś innym, dość, że za chwilę przybiegła staro Szymiczkula, ta co ją to w całej wsi "Jewką" wołali, chociaż nawet na imię nie miała Ewa, tylko Matylda. - Na witóm was pieknie gaździno - przywitała się z Socholiczką - Nale, nale wędzicie, jak widzę. Na dyć toć, jak jeno jest co, bo u nas to się prosięta łóńskigo roku nie udały, musieli my to dobić, jeszcze jak były małe. Ja, ja jo prawiem, że to szczęście może być aby kiere obyło, bo te choróbska tak teraz się rozpleniają, że aż zgroza. - Jo was też pieknie witóm Szymiczkulo - odpowiedziała grzecznie Socholiczka. - Na tóż wiecie, kiedy teraz kapke czasu, to trzeba to powędzić, aby zaś na Wielkanoc jako szynka była. A jakóż wy Szymiczkulo, zdrowiście jeszcze, zdrowi? - Na chwała Bogu, dość tam jeszcze jako tako człowiek się trzymo, chociaż to ciągłe żrani się z tymi młodymi, to mie dość zdrowie kosztuje. - Ja, ja - westchneła Socholiczka - jo wóm powiem, jest to straszne na tym świecie, co się to robi.

A jakże tam Janek, jeszcze tak popijo jako kiesi? - Nale moja złociutko, cóżby mioł nie pić, kie mu baba ciągle krawal wyprawio w chałupie, a ledwo to inkszego chłopa uwidzi, to już kiecke dźwigo i szczyrzy zymby do niego. Tóż powiedzcie, jako by mioł nie pić z tego utrapienio.

Po czym tak westchnęła, że aż litość człowieka brała patrzeć. No tak to już, tak - pomagała jej wzdychać Socholiczka - dyć jo już przy ślubie prawiła, że będą źle żyć, ale cóż zrobić, wiecie miłość to je straszno wścielkizna i czasem człowiek, jak mu baba zawróci w głowie, to się może ogrómnie zmylić, a Janek tak się doł oczarować. Na tóż, - przytaknęła skwapliwie Szymuliczka. - A czy to jest mało takich bab, co się aż trzęsą na to? Chociażby ta Jadwiżka od Murasa, tej tóż to już ni ma rady, co tak zganio na te skóre. Jeno chłapczysków poustawiejcie koło ni, a óna to by się tak między nimi kręciła, a sama to je taki brudas, a lyń z dziołchy, że zrobić to niczego nie chce. Kobiety długo tak stały i "obrabiały" wszystkich po kolei, na nikim nie zostawiając suchej nitki.

Raz po raz wzdychały na przemian i litowały się nad tym grzesznym światem, wplatając swoje "moja Socholiczko", "moja Szymiczkulo", czy też "moja złociutko", albo "tak to już jest na tym swiecie". Tematów zaś miały dużo. Trzeba było obgadać jeszcze młodą parę Jaśków z Olszyny, którzy zeszłą niedzielę brali ślub, a młoda panna kopnęła nogą do chodnika przy ołtarzu, albo, że młody pan przyklęknął swojej połowicy kawałek welonu i cały szereg innych rzeczy.

Jakże było też nie wspomnieć o Frankowi Grzesikowemu, co chodzi do starszej, o dziesięć lat od siebie, wdowy, albo o Hance Czylokowej, co z chłopem nie żyje. Tak się kobiety zagadały, że Socholiczka nie czuła już wcale silnego mrozu, a zupełnie już zapomniała o wędzeniu mięsa. Tymczasem z wędzaka, zamiast przyjemnego zapachu wędlin i białego dymu, dobywały się gęste, czarne kłęby dymu, z którego błyskały płomienie ognia i rozchodził się ostry swąd spalenizny.

Cały wędzak stanął w płomieniach, gdy Socholiczka się opamiętała i narobiła krawalu. - Olaboga, ratunku, moi szpyrki się polom. Jezus, Maryja, ludzie, już po moich szynkach - darła się wniebogłosy, załamując ręce i wyrywając włosy z głowy.

Próbowała jeszcze śniegiem gasić ogień, biegała wokół palącej się budy, ale było już za późno, drewniany wędzak, dopalając się, runął nagle, rozsypując się i przygniatając czarne, zwęglone i zesmażone szynki i szperki. Z kupy popiołu i węgla buchały w górę kłęby gryzącego dymu. Z daleka zaś powiewała szeroka spódnica starej Szymiczkuli, która po chwili zniknęła za jedną z chat wioski.