Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Moje kontakty z Gustawem Morcinkiem

Jan Broda
Moje kontakty z Gustawem Morcinkiem

Przed wojną znałem tylko Gustawa Morcinka z widzenia i ze słyszenia oraz z książek, które dość często się pokazywały i były chętnie czytane w naszym środowisku cieszyńskim ze względu na swoją tematykę i język gwarowy.

Byłem też świadkiem, kiedy raz jechał pociągiem w towarzystwie kilku górników, którzy chwalili jego świeżo wydany "Wyrąbany chodnik" i pytali, co by mu łatwiej przychodziło: pisanie książek, czy fedrowanie kilofem, na co po krótkim namyśle odpowiedział z uśmiechem: - Ja potrafię i to i to, ale są tacy, którzy piszą o czymś, czego sami nie umieliby wykonać. Morcinka widywałem nieraz w Cieszynie, jak spacerował ze swymi rówieśnikami- nauczycielami, częściej jeszcze z młodszymi koleżankami pod podcieniami Rynku.

Byłem też kiedyś na zabawie sylwestrowej w Skoczowie, gdzie Morcinek rej wodził, tańcząc wesoło ze swymi uczennicami. Zazdrościłem mu wtedy w duchu, że tak się garnęły do niego jak do ojca. Sam jednak nie miałem śmiałości, by podejść i poznać się z nim osobiście. W roku 1933, kiedy byłem już młodym nauczycielem w Poznańskiem, ukazał się w serii: Cuda Polski - Morcinków "Śląsk". Czytałem go, jak wielu z mych rówieśni- ków - cieszyniaków z zapartym tchem.

Ale w miarę czytania podziw mój zaczął topnieć. Natrafiłem bowiem na pewne, acz nie tak istotne, potknięcie historyczne (Morcinek nie był zresztą historykiem - pragmatykiem), a co gorsza, materiał ilustracyjny był w kilku przypadkach zafałszowany, bo włączył do książki przebranych w strój cieszyński czy góralski pogodnych znajomych, wmawiając czytelnikom, że to rodzime typy cieszyńsko-śląskie. Wtedy to w "Nowinach śląskich" ogłosiłem polemicznokrytyczną recenzję tej książki, wytykając autorowi dostrzeżone przeze mnie błędy i niedopatrzenia, co go wielce uraziło /był przyzwyczajony do zdań pochlebnych o swych książkach/ i odgryzł mi się w sposób conajmniej złośliwy w kolejnym numerze tychże "Nowin", co pociągnęło jeszcze trzy dalsze wypowiedzi polemiczne: dyr. Fr. Popiołka, Jana Sławiczka i mego imiennika z Warszawy. -I wtedy jeszcze nie doszło do mego bezpośredniego kontaktu z nim. Lata szły.

Morcinek coraz bardziej tracił kontakt ze szkołą skoczowską, coraz częściej wojażując po Europie, a po powrocie długo w noc pisał na maszynie coraz nowsze powieści i opowiadania młodzieżowe. Potem wybuchła wojna i przeszło pięcioletni jego pobyt w obozie koncentracyjnym w Dachau.

Po wojnie napisałem do niego list, kiedy po wyzwoleniu przebywał we Włoszech, na który mi rychło odpowiedział, podając szczegóły swego aresztowania. Po swym powrocie do rodzinnego domu w Skoczowie, w którym gospodarowała siostra Tereska i ja mu złożyłem wizytę.

Odczuwałem trochę niepokój, czy mi nie wypomni mojej krytyki sprzed lat, ale ani wtedy, ani nigdy w czasie następnych spotkań nie zahaczył o nią. Kiedyś po r. 1950. jechaliśmy pociągiem do Skoczowa. Na moje zapytanie nad czym obecnie pracuje, odrzekł jakimś znużonym tonem, że brak mu formy, jakiegoś chwytliwego sposobu, w którym chciałby przekazać czytelnikom wszystko to, co go jeszcze dręczy z czasów obozowych.

Jakoś bezwiednie nasunął mi się projekt, by zastosował wieloczłonową formę opowieści, jak to różni obozowicze, spotkawszy się wspólnie po latach, opowiadają, a raczej przypominają sobie swe tragiczne przeżycia lat obozowych. Nie wiem jak to wówczas przyjął Morcinek, ale kiedy w r. 1957 otrzymałem w podarunku "Opowieści o ludziach z pociągu" z jego dedykacją, przypomniała mi się ta rozmowa w pociągu. Haczyk w pewnym stopniu chwycił. Jeszcze parę wspomnień na podstawie zapisów we własnym dzienniku: - 26 lipca 1955 r., wracając z Puńcowa, wstąpiłem do Morcinka. Anim się spodział jak na pogaduszce zeszła godzina, a może i więcej.

Opowiadał mi wtedy o swoich wrażeniach radzieckich i wiedeńskich, mówił o sukcesach Hadynowego "Śląska" no i o naszych Beskidach. 19 marca 1956 r. popołudnie spędziłem u Morcinka. Doręczyłem mu nieco materiałów, dotyczących górnictwa sprzed stu laty. Gawędziliśmy o ruchu księgarskim w kraju i cenie książek zagranicą. W prezencie otrzymałem "Ondraszka" w tłumaczeniu niemieckim. - 28 października 1959 r. był w naszej szkole w Górkach i świetlicy gromadzkiej na sesji, poświęconej życiu i twórczości Walentego Krząszcza. Głosu jednak nie zabrał, bo Krząszcza jakoś nie bardzo tolerował.