Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

W cieniu strzechy

Z pamiętnika Marii Wardasównej
W cieniu strzechy


W jednym z poprzednich Kalendarzy Miłośników Skoczowa prezentowaliśmy urywek
z „Wyłomu" Marii Wardas. W przekonaniu, że twórczość tej pisarki zasługuje na
przypomnienie - zamieszczamy fragmenty jej pamiętnika, dotyczące niedaleko od Skoczowa
położonej wsi - Roztropice.

 

Roztropice, wtorek 28 sierpnia 1917

Już to czuję, że jak się zacznie kopanie ziemnioków, to ojcowie zabronią mi iść do szkoły. Bo kto pójdzie im pomóc, jak w każdej chałupie dorośli wojują na wojnie? Dzisio zaś sie tatulkowie ze sobą powadzili, bo mamulka chcieli, żeby nie szli na pański, a porobili kapke doma przy dachu, bo dziurawy, a nie ma kto robić, dyż trzech najstarszych synów poszło na wojne: dwóch do Legionów, a Józef został wzięty do austriackiego wojska. Tatulek jednak poszli na pański, ale przy wieczerzy obiecali, że jutro pomogą przy wymłócce owsa na maszynie, ręcznie obracanej przez czterech robotników. Objednali do obracania maszyny urlopników Szymalowego i Wałachowego, cywila Fonioka zza Lasu i Rybicę z Kępy.

Do wygrabywania spod maszyny mierzwionki napytali Pękałową Halke. Francek był wyznaczony do odnoszenia tej słomy za próg stodoły, a Jónek do jej wiązania i układania w pryzmy. Mnie przypadła rola rozwiązywaczki snopków w zapolu i podawania ich tatulkowi na stół maszynowni.

Mamulka mają też pełne ręce roboty. Muszą zrobić obiad dla cudzych robotni- ków, a tu kiełbasy nikaj nie można kupić, bo wszystko na kartki. Szczęście dla nas, że u Gruszczyka krowa padła; przy paseniu połknęła gwóźdź i musiano ją dobić.

Ludzie z radością rozebrali mięso i mamulka mają kłopot z głowy co dają młóckarzom jeść. Czwartek, 30 sierpnia 1917 Jeszcze nie mogą udzierżeć się od śmiechu, choć już minął dzień od młócki maszyną. Robotnicy, jak należy, przyszli o siódmej i rozpoczęli młóckę.

Wypoczęci urlopnicy obracali kołami z takim zapałem, że z maszyny kurz wypełnił stodołę, drażnił drogi oddechowe i osiadał na spoconych obliczach. Pękałowa też musiała się zwijać grabiami, by nadążyć odrzucać kupy słomy spod maszyny, zgarnianej i wiązanej przez starszych braci. Ja sobie też nie mogłam dać rady w rozwiązywaniu snopków i przywołałam Ludka do pomocy. Ale o dziesiątej mamulka zawołali wszystkich na podobiodek. Wyszliśmy z zakurzonej stodoły odetchnąć świeżym powietrzem.

Bracia z urlopnikami wojennymi pognali do Śliwańca zażyć kąpieli, zaś starszym wystarczyła woda z kowiora przynoszona w putniach. Mamulka się postawili: na stole prócz jajecznicy i białej kawy stała sterta kromek chleba z pokrajaną kiełbasą cichcem od rudzickiego masarza przyniesioną w zamian za parę komiśnych wojskowych butów. Podali tatulkowi liter gorzołki do poczęstunku robotników, ale nam dzieciom ani skosztować nie dali. Po chwili młócka rozpoczęła się od nowa.

Ludkowi sprzykrzyło się donoszenie mi snopków, zwiał do kuchni, skąd z utęsknieniem nadsłuchiwał upragnionego dżwięku dzwonka ze szkolnej wieżyczki w południe. Ledwie też usłyszałam jękliwe dźwięki konajączka, wyskoczyłam z zapola, pokrzykując: - Fajerant! W oczekiwaniu na obiad zmęczeni robotnicy chłodzą chlustaniem wody rozpalone oblicza, gawędząc i paląc fajki. Pognałam do kuchni, gdzie matka właśnie odstawiała na brzeg kociołek z ugotowanym mięsem Gruszczykowej krowy. Wydostała wołowinę na deseczkę i jęła kroić porcje. Policzyłam je.

Były przeznaczone dla dorosłych. To mnie zastanowiło. Nie zdążyłam zapytać o przyczynę, gdyż wysłała mnie po wodę do Dziur. Kiedy z wiadrami wróciłam, mamulka wychodzili z kubkiem do piwnicy po śmietankę. Wykorzystałam chwilę nieobecności kucharki; zdjęłam pokrywę z kipiącego garnka, chcąc łyżką złapać kawałek mięsa. A to co? Zamiast porcji wołowiny, w rosole pływała... kura.

Nie była jeszcze poćwiartowana, musiałam zatem zadowolić się poobrywanymi cząstkami z wołowiny. Wsunęłam gorący przysmak do kieszeni i czmychnęłam do osobliwego przybytku, gdzie nikt nie ma prawa stękającego delikwenta nachodzić... Rozkoszując się mięsem, rozmyślałam nad ugotowaną kurą: zapewne chłopi dostaną mięso z Gruszczykowej krowy, a dzieci po kawałku kury.

Naraz posłyszałam w sionce chlewków męskie kroki. Zdążyłam wytrzeć wierzchem dłoni zatłuszczone wargi, gdy w otwartych drzwiczkach ustępu stanął speszony moją obecnością urlopnik Wałach, skwapliwie teraz ustępujący mi miejsca przy wyjściu. Częstowani młockarze wódką zajęli stół, zaś rodzeństwo z braku miejsca, osiadło ławę jedząc rosół z ziemniakami. Dorośli otrzymali na drugie danie wołowinę z kapustą, z pomaszczonymi ziemniakami, a my dzieci, kurzyny nie skosztowały. Dlacze- go? Dla kogo w takim razie mamulka przeznaczyli kurzynę? Czyżby w tajemnicy przed domownikami dla siebie i swojego pupilka, Jónka, któremu poza naszymi plecami podsuwali smaczne kąski? Wiedziałam, że gdybym matkę o to zapytała, mógłby być kij w robocie. Zanim położyłam łyżkę, ojciec wysłał mnie do układania mierz - wionek od strony drogi, zaś braci do obrządku i dojenia krów. Niosąc którąś tam z rzędu wiązkę słomy, dojrzałam wychodzącego z sieni ojca, kierującego się z robotnikami do ogrodu. Położyli się w cieniu rozłożystej gruszy, a pykając z fajki, zażywali poobiedniego wypoczynku. Zazdrość mną zatargała.

To ja mam harować bez wytchnienia i patrzeć, jak mocni chłopi wylegują się w cieniu? Ani mi się śni! Usiadłam na wiązkach słomy, zasłaniającej mnie przed ojcem i wystawiłam twarz do słońca. Obudziło mnie donośne gdakanie kury, obwieszczającej światu narodziny jajka. Poderwałam się podniecona. Musiała sobie tu w pobliżu zrobić gniazdo. Takiej gratki nie mogłam przepuścić. Nie pierwszy to raz wybierałam spod kury świeżo zniesione jajko i dyskretnie przed okiem ojców wypijałam, a skorupki zakopywałam. Wyruszam teraz na podbój jajka ostrożnie, żeby przedwcześnie kury nie spłoszyć i zgubić ślad. Dojrzałam jej drgający podczas gdakania ogon. To Jarzębata, najodważniejsza z kurzego stadła zdobyła się na zniesie jajka w stogu słomy, co świadczy o jej fantazji i brawurze.

Przybliżyłam się do niej ostrożnie mimo woli szeleszcząc słomą. Reaguje na to przerywanym gdakaniem i zabawnym przekręcaniem główki. Nagle mnie dojrzała. Skrzecząc przeraźliwie sfrunęła na ziemię, lecz byłam już bliska celu. Jeszcze metr w górę i... zderzyłam się z głową ojca, sięgającego ręką z przeciwnej strony stogu po ciepłe jajko. Zaniemówiłam z wrażenia i ojciec chyba też, bo skonfudowany, nerwowo wycofał wyciągniętą dłoń. Opanował się rychlej ode mnie, zmarszczył gniewnie czoło i spytał szorstko: - Co tu mosz, giździe, do roboty? - To samo, co wy! - rąbnęłam, zgarniając jajko i ostrożnie schodząc po snopkach z łupem. - Zaniosę go mamulce - dodałam usprawiedliwiająco, ledwie powstrzymując atak śmiechu.

Obydwoje wszak w tajemnicy przed domownikami mieliśmy chrapkę na jajko, i teraz ani tatulek nie mogli go zanieść do szynku zamienić na kieliszek wódki, ani ja w takiej sytuacji skonsumować. Wpadłam do kuchni oddając matce jajko, słowem ojca nie zdradzając. - Połóż go. rybeczko, na słomiance - powiedzieli mamulka, ciepłym tonem, za co bym ich w rękę pocałowała, gdybym się nic zawstydziła. - Za sztwierć godziny trzeba się chwytać zaś młocki. Ludek - zwrócili się do młodszego braciszka - zawołej cicho tatulka, żeby gibko przyszli do kuchni kure zjeść... Oszołomiona niespotykaną u matki rozrzutnością wobec ojca, wybiegłam za Ludkiem przed sień. Braciszek widząc rozmawiającego tatę pod gruszą z robotnikami, zawołał na cały głos: - Ta-tul-kuuuu! Mamulka skozali, żebyście gibko przyszli do kuchyni cicho kure jeść! Zatkałam sobie dłonią usta, żeby nie gruchnąć śmiechem, dyskretnie obserwując znaczące spojrzenia młóckarzy i niewyraźną minę spieszącego do kuchni ojca. A Ludek, zadowolony ze swego posłannictwa, kiedy po chwili wbiegł za ojcem do kuchni, dostał od matki lanie, ale nie rozumiał za co. Rzewnie płacząc, malec wlazł do psiej budy poskarżyć się Burkowi, czule zlizującemu językiem łzy z jego policzków.

Teraz zrozumiała przyczynę, dlaczego ojciec dzisiaj nie poszedł na pański. Mamulka smakowitą kurą umieli mu zagrodzić drogę. Roztropice, niedziela 29 sierpnia 1920 Po obiedzie przyszło do brata Józefa kilku jego rówieśników, dojeżdżających z nim na budowę do Bielska. Chcieli pograć w karty. Byli podnieceni wiadomością o wybuchu drugiego powstania górnośląskiego dwudziestego sierpnia, a zakończonego rozkazem mocarstw Koalicji, przewidujących rozstrzygnięcie podziału Śląska za pośrednictwem plebiscytu.

Ale chłopi są zgodni co do tego, że tak samo postąpią, jak z cieszyńskim plebiscytem: unicestwią go w zarodku! Szczęście dla mnie, że dzisiejszej niedzieli przypadło Hance paść krowy, bo z rozmowy karciarzy dowiedziałam się ciekawych szczegółów o Marszałku Piłsudskim, który odmówił Górnośląskim Powstańcom wojskowej pomocy z tej przyczyny, że mobilizuje posiłki na podbój Ukrainy. Domownicy lubią słuchać domowników, przynoszących wieści ze świata i twardo przy graczach kibicować.

Pochłonięci karciętami, przestali politykować, zamierzałam zatem położyć się w cieniu jabłoni z wypożyczoną z biblioteki "Grażyną". W sieni przystanęłam przy rozklekotanym rowerze brata Józefa, którym dojeżdżał na budowę, medytując, jakby tu obniżyć zbyt wysoko umieszczone siodełko. Nagle olśniona myślą, odłożyłam książkę na szafę, cicho otworzyłam drzwi od strony podwórza i jeszcze ciszej wyprowadziłam wehikuł za stodołę. Tu przystanęłam, by sprawdzić czy któryś z domowników mnie nie wypatrzył. Siostry Hanki się nie obawiam, bo pognała krowy do Potóczka, a okna izby zasłaniała stodoła.

Od niej prowadziła spa- dzista miedza na równinną łąkę, zakończoną wysoką groblą, powstałą z czasów, gdy ojciec chcąc wykorzystać wodę z rzeki Sliwańca, zbudował na łące staw i zarybił. W następnych jednak latach groźna powódź rozerwała groblę, zagarnęła ryby i zniechęcony rybiarz zaniechał odbudowy stawu, a zadowolił się sadzawką, zwaną "kowiorem". Nie miałam czasu do namysłu. Oparłam rower o wierzbę; jej pień objęłam oburącz tak manipulując, by ułożyć się poziomo wzdłuż ramy roweru.

Oparłam podbródek na środku kierownicy, a uniesione nogi w czasie jazdy miały służyć do utrzymywania równowagi, Jeśli ją utracę na wzniesieniu miedzy, to się niebo nie zawali, ale jeśli dojadę bez upadku na łąkę, to ściana grobli z konieczności mnie z rowerem wywróci.

Przeżegnałam się w duchu, bo dłonie miałam zaciśnięte na końcach kierownicy. - Panie Boże mnie opatruj! - szepnęłam i lekko odepchnęłam się łokciem od wierzby. Rower ruszył z ociąganiem nabierając ze wzniesienia szybkości. W parę sekund później pęd powietrza wyciskał mi z oczu łzy. Minęłam bez upadku połowę drogi i kiedy byłam przygotowana nań przy zetknięciu z groblą - jak wicher wyniosło mnie na szczyt i runęłam do rzeki. Oszołomiona i zachłyśnięta wodą, wynurzyłam głowę na powierzchnię.

Z przerażeniem zauważyłam teraz wystającą z niej pogiętą ramę roweru i zwichrowane koła z wyrwanymi szprychami w zwojach strzępów z oberwa nego brzegu mojej sukienki. Strach poraził na chwilę moje członki. Co robić? Chyba się utopić, bo jeśli pokażę się Józefowi na oczy, w porywie wściekłości gotów mnie zabić. Po chwili jednak pierwsze wrażenie minęło.

Odzyskałam władzę w nogach; wyciągnęłam dwukółkowego inwalidę na przeciwległy brzeg Sliwańca, przylegający do zagonów sąsiada Dzidy i zaczęłam medytować. Z dwojga złego, lepiej dostać lanie od brata, niż zejść ze świata niechwalebną śmiercią topielicy. Przeczekałam, póki słońce nie wysuszyło resztek kropel z mojej podartej sukienki, a upewniwszy się, że nikt z domowników mnie w obejściu nie poszukuje, śmielej ruszyłam w stronę stodoły ze sprawcą wypadku na ramieniu. Przystanęłam pod płotem i poczułam, że mnie odwaga opuszcza.

Na domiar złego mignęła mi za załomem stodoły sylwetka sąsiadki Bojdzinej. Zdążyłam uskoczyć za filar. Klęcząc w niewygodnej pozycji odczułam bolesne ukłucia pod kolanem: to agrafka przyczepiona do zakładki sukienki odpięła się. Ucieszyła mnie. Nią zgarnęłam oderwany szprychami brzeg sukienki, czyniąc ją węższą. Powoli ruszyłam otwartymi wrotami na podwórze, czujnie nasłuchując.

Można by okraść całą pasiekę ojca, bo zafascynowani grą karciarzy domownicy siedzieli przy nich przykuci. Zamierzałam postawić zniszczony rower Józefa na poprzednim miejscu w sieni, czmychnąć do szopy i przeczekać atak furii brata, gdy pod działaniem czyjegoś nakazu, postawiłam sprawcę nieszczęścia przy ścianie, a potem weszłam do chlewnych drzwi, vis a vis kuchennych.

Przywiązany do żłobu tygodniowy byczek łypnął w moją stronę oczami i w oczekiwaniu karesów, wyciągnął do mnie szyję. Odpięłam go od żłobu, a wydostawszy zza drabin, których nie mógł dosięgnąć - garstkę trawy, wabiłam nią wygłodniałe stworzenie wycofując się do sieni. Przystanęłam przed Józefowym rowerem i wtedy dałam cielęciu smakołyk. Zanim go spałaszował, z całej siły rzuciłam rower o kamienną posadzkę, wykrzykując wśród rozlegającego się huku: - Lakrystaboga! Co tu się robi?

Z gwałtownie otwartych drzwi kuchni wyskoczyli przestraszeni domownicy z graczami. Józef dojrzawszy stan swego roweru wpadł we wściekłość: rzucił się z pięściami na zalęknione cielę, okładając gdzie popadało, póki z rozpacznym bekiem nie wyskoczyło przez otwarte drzwi na podwórze.

Wybiegłam za nim nie z chęci zawrócenia oszalałego stworzenia, a ze strachu, że domownicy po ochłonięciu z wrażenia zobaczywszy moją porwaną sukienkę i krwawe zadrapania domyślą się, kto był faktycznym sprawcę. Choćbym miała szczere chęci zastąpić drogę cielęciu, było to niemożliwe, bo z wysoko uniesionym ogonem rej terowało w stronę Dziur - zagajnika, w gąszczach których znalazło schronienie przed dwunożnymi prześladowcami. Przystanęłam pod murowanym filarem stodoły, gdzie dochodziły mnie głośne przekleństwa Józefa i uwagi zdumionych jego współtowarzyszy pod adresem zmyślnego byczka, dokonującego zniszczenia roweru. Po chwili pochyleni nad rowerem prostowali skrzywioną ramę i zcentrowane koła z powyłamywanymi szprychami.

Rozmyślałam, co teraz zrobić. Dłuższa nieobecność może wzbudzić podejrzenie domowników. Otworzyłam drewutnię i chcąc zwrócić na siebie uwagę, jęłam rąbać siekierką patyki, cóż, kiedy po chwili dosłyszałam gniewne wołanie stojącej na progu sieni matki: - To nie wiesz, że dzisio niedziela? W zwyczajny dzień nie Iza cie napytać do rąbanio patyków, a teraz we święto Pónbóczka ciężkim grzechem obrażasz! Marsz mi do szopy! Zmarkotniałam. Wzięłam naręcze patyków i jak skazaniec powoli doszłam do sieni. Ale zajęci naprawą roweru domownicy nie zwrócili na mnie uwagi. To się nazywa mieć szczęście: znalazłszy się sama w izbie, momentalnie zrzuciłam kompromitującą mnie sukienkę i nałożyłam szkolną. Nieco już nerwowo opanowana, weszłam do sieni, tłumiąc wybuch śmiechu na uwagę ojca: - Żoden pieron się od stołu nie gnie, żeby ciele wykludzić do zogrody, a wszystko się jeny dziwo na starego tate, żeby za lómpów robił. Sapiąc ze złości i wysiłku nad prostowaniem wykrzywionych szprych, brat się wygrażał: - Przyjdzie mi do chlewa, to mu kopyta ze zadku wyszkubię. Wybiegłam z lęku, że zdradzę się śmiechem.

Dopiero w czasie wieczerzy, po odejściu karciarzy, gdy domownicy spokojnie już debatowali nad wybrykiem cielęcia, nie utrzymałam powagi. Wówczas domownicy przyjrzeli mi się uważniej i dostrzegli na czole, rękach i nogach sińce. Mogłam się już przyznać, bo Józefa złość popuściła.

Boże Narodzenie, sobota 25 grudnia 1920 Nie wiem, od czego zacząć po wczorajszym dniu wigilijnym, gdy pojechałam z ojcem do Bielska z rybami. Droga była zawiana, że krowy nie mogły uciągnąć ciężkiego wozu, zapadającego się po osie. Dobrze, że przezorny ojciec zabrał ze sobą łopatę do odgrzebywania zasp. Klął przy tym, że gdyby je przewidział, to wypożyczyłby lekkie sanie i bydlątkom by się lżej ciągnęło. Zaspy opóźniały nasz przyjazd: zamiast o szóstej, przyjechaliśmy na bielski rynek po ósmej rano straszliwie zziębnięci i zmęczeni długą jazdą.

Pod budami krzątali się już niemieccy koloniści, przygotowujący na sprzedaż zboże, orzechy laskowe, włoskie, nabiał i wypatroszone ptactwo domowe. Nie czując w bucikach palców, jęłam przedeptywać z nogi na nogę i furmańskim sposobem wymachiwaniem ramion usiłując rozprostować sztywniejące dłonie. Ojciec natomiast pykaniem fajki pozbywał się zwisających z wąsów i brwi zlodowaciałych nawisów. Zauważywszy moją twarz w fioletowych plamach, zdjęty litością dał mi parę centów, kazał mi iść do najbliższej restauracji wypić gorącej herbaty z rumem i spożyć zabrane z domu kromki chleba, teraz zamarznięte na kość.

W ciepłym lokalu chleb co prawda odtajał, lecz chrupiał w zębach niczym łupiny orzechów, póki nie zmiękł pod wpływem gorącej herbaty. Poczułam przyjemne ciepło i ochotę do drzemki, lecz myśl, że ojciec podczas mojej nieobecności rozsprzeda wszystkie ryby i mój skryty plan wziąłby w łeb - postawiła mnie na nogi. Istotnie, koło beczki stało kilka mieszczek, którym ojciec gołymi rękami wybierał wskazywane przez damulki ryby, wyceniając je na oko ku zadowoleniu klientek. Usłużnie jęłam odbierać od nich należność, część z niej dyskretnie ukrywając w zapasowej kieszonce pod pazuchą.

Ze zdrętwiałych palców ojca wyślizgiwały się pękate karpie, umykając na dno beczki i budząc zniecierpliwienie mieszczek. Skwapliwie rodzicowi zaproponowałam, by poszedł rozgrzać się herbatą w restauracji, a ja za ten czas przypilnuję krów. - Dobro z ciebie cerka - pochwalił mnie, wierzchem dłoni ocierając skapujące krople z zakatarzonego nosa. Po chwili, stąpając jak na drewnianych nogach, był już w szynku. Na to właśnie czekałam. Posunęłam resztki siana pod oślinione gębule krów, a potem wsadziłam dłonie w cieplutkie pachy Kwiatuli, chroniąc palce przed zimnem. Nie na długo jednak.

Do wozu podeszły dwie zakutane w futra bielszczanki, którym posłałam zachęcający uśmiech, poparty pochwałą: - Moje kapry są tak tłuste, że ani Kunerola do smażenia nie potrzebują - wyciągnęłam z beczki dorodny okaz ryby, pochwycony przez cztery ręce. Podałam słoną cenę, lecz klientki bez targowania wysupłały mi należność. Teraz jak pszczoły do ula, zaczęły się zlatywać bielskie gospodynie, zaniepokojone brakiem ryb w sklepach, wydzierając mi z rąk wigilijny rarytas. Nie bacząc na sztywniejące w wodzie palce, ochotnie klientki obsługiwałam, lwią część utargu w tajemniczej kieszonce ukrywając.

Minęła godzina, dwie, ojciec nie nadchodził. Zdążyłam sprzedać wszystkie ryby i pomyślałam o powrocie. Zsiniała od zimna, wylałam z beczki wodę, uwiązałam krowy na środku rynku do nieczynnej zimą pompy i poszłam do restauracji. Za stołem, w otoczeniu znajomych chłopów, siedział mój rodzic w różowym nastroju, popijając wódkę i zajadając gulasz. - Już ci się sprzykrzyło wachowanie krów i kaprów? - Wszycki żech już ryby sprzedała - zdumiałam ojca. - Co też bulczysz? - obruszył się. - Nie mogłaś ryb sprzedać za te małą chwile! - Piekno mi chwila, jak na rotuzie wybiło połednie - pokpiwałam. - To czemuś prędzy po mnie nie przyleciała? Przeca cie te mieszczury przy płaceniu mogły ocyganić. Wielaś utarżyła? Wyciągnęłam z oficjalnej kieszeni spódnicy plik banknotów i bilon.

Nie tylko tacie, ale i jego kompanom błysnęły oczy. Uradowany ojciec zrobił mi przy stole miejsce, a zgarniając pieniądze zamówił u kelnera dla mnie porcję gulaszu i gorącą herbatę z aromatycznym rumem. Podchmielony nie liczył banknotów. Chcąc go upewnić w przekonaniu, że mu wszystkie oddałam, przymilnie upomniałam się o nagrodę. Przekazał mi wspaniałomyślnie bilon, który ostentacyjnie wsunęłam w inną pustą kieszeń spódnicy, dyskretnie łokciem markując podejrzaną wypukłość pod lewą pachą. Czuwałam nad rodzicem, by fundowaniem kolejek nie roztrwonił reszty utargu. Nagliłam go do powrotu; zanim przyjedziemy do chałupy będzie ciem- no, krowy długim wyczekiwaniem mogą przemarznąć i zachorować, a domownicy będą nas niecierpliwie oczekiwać z wieczerzą wigilijną.

To poskutkowało. Tata uregulował słony rachunek i wyszedł z szynku na chwiejnych nogach. Pomogłam wdrapać mu się na wóz, gdzie zwalił się na wymoszczone słomą dno beczki spokojny o swoje bezpieczeństwo. Ja natomiast, choć mróz dawał mi się we znaki, tajałam ze szczęścia, że zdołałam zaoszczędzić sobie nieco grosza na kupno wymarzonego damskiego roweru.