Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Cierpienie powierzył Bogu w 40. rocznicę śmierci ks. Ernesta Obornego

Sylwia Kożdoń
Cierpienie powierzył Bogu w 40. rocznicę śmierci ks. Ernesta Obornego

 

Pierwszym powojennym duszpasterzem ewangelickich parafii Opolszczyzny był skoczowianin, ks. Ernest Oborny. W 2001 roku mija 40 rocznica jego śmierci. Opolscy ewangelicy ufundowali dzwon poświęcony pamięci pastora spod Kaplicówki. Ernest Oborny urodził się 15 marca 1924 roku w Skoczowie w rodzinie Emilii i Franciszka. Wraz z rodzeństwem, Lidią i Franciszkiem dorastał w (stojącym do dziś) domu przy ulicy Wałowej.

Do 15 roku życia prowadził beztroskie życie wśród przyjaciół i kolegów ze szkolnej ławki. Przerwał je brutalnie wybuch drugiej wojny światowej. Po wojennej tułaczce, w 1945 roku powrócił do rodzinnego Skoczowa. Natychmiast rozpoczął również naukę w Liceum Handlowym w Cieszynie. W 1947 roku podjął studia na Wydziale Teologii Ewangelickiej Uniwersytetu Warszawskiego. Jeszcze jako student został wysłany do Torunia, gdzie pomagał ks. seniorowi Ryszardowi Trenklerowi. Ponieważ parafie ewangelickie na terenie Opolszczyzny bardzo dotkliwie cierpiały na brak stałej opieki duszpasterskiej, bp Jan Szeruda przeniósł Ernesta do parafii w Opolu z siedzibą w Krapkowicach.

Tam też przygotowywał się do warunkującego ordynację egzaminu kościelnego tzw. "pro venia concionandi". 20 sierpnia 1952 roku został ordynowany na duchownego Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Warszawie przez ks. doktora Karola Kotulę. Po ordynacji ks. Ernest Oborny został administratorem i duszpasterzem zborów opolskich w Krapkowicach, Opolu, Tułowicach, Strzelcach Opolskich, Osinach, Pruszkowie, Walidrogach i Gogolinie. Jesienią 1952 roku wstąpił w stan małżeński z Krystyną May z Kalisza. Ich małżeństwo Bóg pobłogosławił trojgiem dzieci - Grażyną, Barbarą i Krzysztofem.

W owym czasie Słowa Bożego głoszonego przez księdza Ernesta mogli również słuchać ewangelicy ze Skoczowa. Do dziś jego bliscy i przyjaciele wspominają młodego księdza i jego miły uśmiech, z jakim wychodził na spotkanie ludzi. Zawsze uprzejmy i przyjacielski miał niezwykłą zdolność łatwego nawiązywania kontakt z innymi.

Te cechy charakteru rzutowały na całokształt jego pracy. Poza troską o powierzone mu zbory nie miał aspiracji, by zająć wysokie stanowisko kościelne. Był skromny i określał siebie jako: "simplex servus Dei" - "prosty sługa Boży". Niezmiennie niósł pokrzepienie i pociechę zborownikom. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia roku 1960. Czysta szata śnieżnej bieli sprawiła, że nastrój świąteczny w całej pełni zapanował nad światem.

Aura sprzyjała miłośnikom sportów zimowych i młodzieży. Święta Bożego Narodzenia, które mają dla wszystkich szczególny urok, dla księży są okresem zdwojonego wysiłku, zwłaszcza w diasporze gdzie każda, nawet najmniejsza społeczność pragnie uczestniczyć w nabożeństwie świątecznym. Ksiądz Oborny doskonale rozumiał pragnienia swych parafian, toteż jak dalece było to przy jego stanie zdrowia możliwe, starał się ich oczekiwania spełniać.

W czasie adwentu odwiedzał chorych, przykutych do łoża boleści, by nieść im pociechę i pokrzepienie Sakramentu Ołtarza. Nadeszły święta. Cieszył się na nie jak każdy wierzący, choć zdawał sobie sprawę, że będą dla niego bardzo trudne. Wiedział, że jest zdany wyłącznie na własne siły. A te były już bardzo nikłe. Wojenna tułaczka, a potem warunki pracy, duże odległości miedzy parafiami pokonywane na rowerze oraz chłodne, częściowo wilgotne mieszkanie były przyczyną jego przewlekłej choroby nerek. Ksiądz Oborny, choć poważnie chory, nigdy się na swój stan zdrowia nie uskarżał.

Pogodził się duchowo z tym, co go spotkało i jako człowiek wiary, całe swoje cielesne cierpienie powierzył Wszechmogącemu Bogu. Dziekował Mu za każdy pobyt w szpitalu w kraju i za granicą, skąd zawsze wracał podleczony, lecz niestety nie wyleczony. Przy ówczesnym stanie wiedzy medycznej jego choroby nie można było wyleczyć, z czego zdawał sobie sprawę. Nie przypuszczał tylko, że będzie czyniła tak szybkie postępy.

Choroba drążyła jego organizm coraz głębiej i coraz szybciej. Koszmarem była każda zima. Mimo to, jak w każdy czas adwentu, także w 1960 roku spakował walizkę i ruszył w ostatnią trasę. Najpierw Krapkowice, potem Gogolin, a następnie Opole - wszystko przed południem.
Po południu Strzelce Opolskie. Pod wieczór wrócił do Opola. Nie pojechał do Krapkowic, lecz udał się do państwa Libeltów w Opolu i poprosił o nocleg. W drugie święto wyruszył do Pruszkowa, a stamtąd do Osin.

Wszędzie podróżował rowerem. Po nabożeństwie w Osinach wrócił do Opola. Walizkę z togą zostawił u państwa Libeltów i resztkami sił skierował się do miejscowego szpitala. Tam, po dokonaniu pierwszych badań i analiz, usłyszał z ust lekarza krótkie: "za późno". Słowa zabrzmiały jak ponury wyrok. Idąc do szpitala miał nadzieję, że lekarze, jak wiele razy przedtem i tym razem mu pomogą. Bóg jednak postanowił inaczej, a medycy byli bezradni. Wiadomość, jako nieodwracalną wolę Bożą, przyjął z najgłębszą powagą i godnością.

Kiedy poczuł że, śmierć jest już bardzo blisko, poprosił księdza seniora Alfreda Hauptmana z Zabrza, by udzielił mu Komunii Świętej. Potem na swoją prośbę opuścił szpital i został przewieziony na plebanię do Krapkowic. Tak pojednany z Bogiem i najbliższymi stwierdził: "przyszedłem, aby umrzeć w domu". Ziemską pielgrzymkę zakończył 6 stycznia 1961 roku. Żegnany w krapkowickim kościele przez tłumy wiernych i licznie zebranych księży diecezji katowickiej został przewieziony do rodzinnego Skoczowa i tu złożony do grobu na cmentarzu ewangelickim.

W kościele w Krapkowicach nad trumną pożegnał go w imieniu diecezji ks. sen. A. Hauptman, zaś w imieniu Naczelnej Rady Kościoła - ks. prob.Leopold Raabe ze Świętochłowic. A wypowiedziane nad jego grobem słowa z 1 Księgi Mojżeszowej 48,21: "Oto ja umieram, ale Bóg będzie z wami" stały się prawdziwie duchowym testamentem dla jego najbliższych, przyjaciół i wszystkich ludzi wiary Bożego Kościoła. Ewangelicy opolscy wciąż pamiętają o swoim pierwszym powojennym pastorze. W czerwcu, 2000 roku w ludwisarni Felczyńskich w Taciszowie odlano dzwon, który przypominać ma o tragedii powodzi lipcowej z 1997 roku, ostrzegać przed niebezpieczeństwem i radośnie grać na cześć Boga. Dzwon zawisł w nowej dzwonnicy przed opolską kaplicą ewangelicką. Waży 580 kg, gra dźwiękiem gis-mol, a napis na nim
głosi: "Czuwajcie i módlcie się, abyście nie popadli w pokuszenie. Ewangelia Mateusza 26,41. Parafianie opolscy w dowód podziękowania za pomoc otrzymaną po powodzi w lipcu 1997r. Przelano dzwon z kościoła Piotra i Pawła w Lewinie Brzeskim. Pamięci ks. prob. Ernesta Obornego." Dzwon ten nie pozwoli zapomnieć o młodym słudze z Winnicy Pańskiej rodem ze Skoczowa, księdzu Erneście Obornym.