Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Szkolnictwo w Skoczowie podczas okupacji

Robert Orawski
Szkolnictwo w Skoczowie podczas okupacji


2 września 1939r. w godzinach dopołudniowych wkroczyły do Skoczowa wojska hitlerowskie serdecznie witane przez miejscowych Niemców. Domy były ustrojone flagami ze swastykami. Zorganizowano nawet uroczystą ceremonię powitania wkraczających do miasta jednostek, które zajęły miasto bez walki, napotykając na opór dopiero na przedpolach Pogórza.

Za nimi przybyli przysłani z Rzeszy urzędnicy, którzy przy pomocy części zafascynowanych nazizmem skoczowian przystąpili do tworzenia w mieście niemieckiej administracji. W nowym zarządzie gminnym wiodącą rolę zaczęli odgrywać najbardziej aktywni członkowie „Jungdeutsche Partai" z burmistrzem Ernestem Sohlichem na czele.

Przed wojną skoczowscy Niemcy byli na ogół ludźmi zamożnymi. Skupiali w swoich rękach większość zakładów rzemieślniczych i sklepów. Brali udział w życiu publicznym i zasiadali w lokalnych władzach samorządowych. Znali język polski, lecz częściej posługiwali się śląską gwarą. Znajdowali się wśród nich również i tacy, którzy nie kryli swoich sympatii do Adolfa Hitlera.

Najbardziej zaciekli od razu po opanowaniu miasta, przystąpili razem z hitlerowcami do tzw. „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej". Zlikwidowano wszystkie polskie instytucje, organizacje kulturalno-oświatowe, szkoły i przedszkola. Wszystko, co przypominało Polskę, niszczono i zohydzano. Zmieniono nazwę miasta na Skotschau. Podobnie postąpiono z nazwami ulic.

Rynek przestał być Placem Józefa Piłsudskiego, a stał się Placem Adolfa Hitlera itp. Część Polaków jeszcze 1 września opuściła miasto z trudem nadążając za frontem szybko przesuwającym się na wschód. Pośród nich było kilkudziesięciu Żydów, którzy uciekając przed faszystami znaleźli się daleko poza niemiecko-sowiecką granicą na Sanie.

W pierwszym tygodniu wojny większość mieszkańców miasta przyjęła postawę wyczekującą. Wierzyli, że losy kampanii wrześniowej rozstrzygną się na korzyść Polski i sprzymierzonych z nią sojuszników. Kiedy jednak deklaracje Francji i Anglii okazały się bez pokrycia, a oczekiwana pomoc wojskowa nie nadchodziła, z każdym dniem stawało się jasne, że wojna została przegrana. Bohaterstwo polskich żołnierzy nie mogło sprostać nowoczesnej, potężnej niemieckiej machinie wojennej. Jej ofiarą stał się m.in. nauczyciel Jan Pelar, a Józef Wdówka zginął w Katyniu.

Wszelki opór resztek oddziałów polskich przestał mieć sens, tym bardziej, iż 17 września Polska została zaatakowana przez Związek Radziecki na mocy tajnego paktu Mołotow-Ribbentrop. Począwszy od października zaczęły się tworzyć w kraju struktury podziemnego ruchu oporu. W Skoczowie pod karą śmierci trzeba było oddać posiadaną broń.

Wprowadzono godzinę policyjną, zaciemnianie okien. Polakom odebrano radioodbiorniki. Nie wolno było bić w dzwony od godz. 18 do 8 rano. Można było to robić w ciągu dnia i to tylko przez 3 min. ze względu na częste alarmy lotnicze. Przeprowadzono wymianę pieniędzy (1 marka za 2 zł polskie) i skonfiskowano mienie żydowskie.

Niektórzy z pewnych siebie i butnych, tutejszych Niemców okazali się nadgorliwi w wypełnianiu poleceń władz hitlerowskich. Informowali o wszelkich przejawach iluzorycznej, czy wymyślonej przez siebie, nielojalności znajomych, a nawet sąsiadów. Często grały w tym rolę przedwojenne urazy i uprzedzenia.

Mnożyły się donosy. Mimo to, zastraszeni terrorem mieszkańcy miasta nie zachowywali się tak, jak oczekiwał tego najeźdźca. Potwierdził to przeprowadzony w grudniu 1939 r. pierwszy, okupacyjny spis ludności połączony z wydawaniem dwujęzycznych dowodów tożsamości, tzw. palcówek czyli „fingerabdruków". Aby go otrzymać, należało podać personalia, narodowość i język.

Nie obyło się przy tym bez różnych form nacisku, a nawet przymusu ze strony urzędników nadzorujących spis. Pośród 184951 osób zamieszkujących powiat 14,6 proc. przyznało się do nacji niemieckiej, 23,4 proc. do polskiej, 16.3 proc. do czeskiej i 0,6 proc. do innych.

Jako Ślązacy zadeklarowało się 44.4 proc. Na początku 1941r. rozpoczęto akcję wpisową na niemiecką listę narodowościową (DVL). Do podpisywania „Deutsche Volksliste" zachęcał też ks. biskup Stanisław Adamski, który zobowiązał do tego wszystkich podległych mu proboszczów. Nawet będący w stanie wojny z III Rzeszą rząd angielski nawoływał Ślązaków do przyjmowania III grupy DVL za pośrednictwem radia BBC i audycji propagandowych w języku polskim.

Miało to osłabić, a nawet wyeliminować masowe zabory własności, wysiedlenia, wywózki na roboty do Niemiec, czy do obozów koncentracyjnych. W rzeczywistości hitlerowcy realizowali swój plan germanizacji Śląska bez oglądania się na konwencje genewskie i prawo międzynarodowe o traktowaniu ludności cywilnej na terenach okupowanych.

Próbkę tego pokazali Niemcy już we Francji w 1914 r. Ślązacy pozbawieni możliwości wyboru zostali zmuszeni do bezwzględnego podporządkowania się. Wszelkie działania, które tylko w znikomym stopniu stwarzały wrażenie opozycji, traktowano jako zdradę narodu niemieckiego i karano su- rowo (włącznie ze ścinaniem gilotyną w katowickim i mysłowickim więzieniu).

Stosowano przy tym zasadę zbiorowej odpowiedzialności w formie wyjątkowo brutalnej. Nie wiadomo, ilu skoczowian podpisało niemiecką listę narodowościową, a ilu pośród nich pozostało Polakami i odmówiło jej podpisania. Według K.W Neumana w listopadzie 1943r. miasto zamieszkiwały 5233 osoby z czego 4605 było Niemcami, 535 Polakami, 4 Żydami(!) i 83 Czechami. Trudno te liczby kwestionować, kiedy nie dysponuje się innymi danymi.

Prawdopodobnie jednak, biorąc pod uwagę specyfikę narodowościową Skoczowa, podana ilość Polaków została tutaj zawyżona. Potwierdza to statystyka z całego powiatu, gdzie U proc. nie zostało objętych DVL, a spośród wpisanych na listę aż 88 proc. otrzymało III grupę jako Ślązacy z tymczasowymi prawami obywatelskimi.

Trzeba bowiem pamiętać, że Cieszyn, Bielsko i Skoczów zawsze były dużymi ośrodkami niemczyzny w przeciwieństwie do wsi, gdzie ilość zadeklarowanych Niemców była dużo mniejsza. W połowie września 1939r. władze hitlerowskie w odezwie skierowanej do mieszkańców miasta i okolicznych wiosek zobowiązały dzieci i młodzież w wieku szkolnym do zgłaszania się do 8-letniej, niemieckiej szkoły powszechnej.

Umieszczono ją w gmachu byłej polskiej szkoły nr 1. Kierowanie placówką powierzono znakomitemu pedagogowi Rudolfowi Kowalikowi, pochodzącemu z Frysztatu, znającemu problematykę narodowościową i wyznaniową na Śląsku Cieszyńskim.

Zdaniem radykalnych, tutejszych Niemców był człowiekiem zbyt liberalnym i kompromisowym. Dlatego niektórzy z nich obarczali go odpowiedzialnością za niepowodzenia organizacyjne niemieckiej szkoły w Skoczowie w pierwszych miesiącach jej istnienia. Końcem września wstąpiło do niej tylko 40 dzieci znających dobrze język niemiecki.

Dopiero tydzień później utworzono dwie klasy po ok. 40 dzieci w różnym wieku. Nauka z początku odbywała się w formie „kompletów". Jeden oddział obejmował klasy od I do III, a drugi od IV do VII, przy czym klasa VII aż do następnego roku szkolnego miała być dwuletnia. Klasę VIII utworzono dużo później. Potem do szkoły zaczęło przychodzić coraz więcej dziewcząt i chłopców z rodzin wpisanych do III grupy DVL. Mało tego, od stycznia 1940r. rozpoczęło się przyjmowanie do szkoły także i polskich dzieci. Germanizacja odbywała się nie tylko za pośrednictwem szkoły. Pierwszym etapem było przedszkole, później organizacje młodzieżowe, praca w służbie rolnej, kontakty z dziećmi przyjeżdżającymi z Niemiec na wakacje.

W szkole najważniejszym przedmiotem był język niemiecki. Poświęcano mu najwięcej godzin lekcyjnych, aby jak najszybciej uczniowie mogli się nim biegle posługiwać. Języka tego uczyli się również dorośli na specjalnie organizowanych kursach wieczorowych. Niewielka była na nich frekwencja, ponieważ duża część starszego pokolenia mówiła i pisała w tym języku już od czasów austriackich.

W miarę opanowywania przez uczniów języka niemieckiego program nauczania uzupełniano o następne przedmioty, naukę pisania, rachunki z geometrią, historię Niemiec, geografię, historię naturalną (przyroda), muzykę (śpiew), rysunki oraz wychowanie fizyczne podzielone na lekkoatletykę, gimnastykę i gry wraz z zabawami (świadectwo szkolne było broszurką z notami na półrocze i na koniec roku szkolnego, w styczniu odbywała się wywiadówka).

Duży nacisk kładziono na rozwój praktycznych umiejętności uczniów. Chłopcy na pracach ręcznych uczyli się posługiwania narzędziami i wykonywania wszelkich napraw domowych. Natomiast dziewczęta, obok robótek ręcznych, poznawały metody prowadzenia gospodarstwa domowego w dostosowanej do tego kuchni, w szkole nr 2. Zwracano uwagę na zdobywanie umiejętności sporządzania posiłków, zapraw na zimę i przechowywania artykułów spożywczych. W czasie zajęć z gotowania obowiązywał taki sam sposób organizacji zajęć, jak w przedwojennej, polskiej szkole. Klasę dzielono na „rodziny" i każda z nich przygotowywała najróżniejsze dania.

Używano do tego produktów pochodzących z domowych, przydziałów kartkowych, oraz ze szkolnego ogrodu usytuowanego za szkołą nr 2, którego uprawą zajmowali się uczniowie. Religii katolickiej uczył ks. Augustyn Pohl, a protestanckiej pastor Józef Gabryś. Odbywało się to poza szkołą. W niemieckiej, świeckiej szkole nie było miejsca na krzyże, które usunięto z sal jeszcze we wrześniu 1939r. Kierownik szkoły Rudolf Kowalik, z zamiłowania muzyk, prowadził w mieście chór mieszany i orkiestrę. Opiekował się też chórem szkolnym składającym się z uczniów klas VI, VII i VIII. Pisał nawet ciekawe artykuły i opowiadania o Skoczowie, zamieszczane w „Kattowitzer Zeitung".

Dla uświetniania licznych świąt hitlerowskich sprowadzał z Austrii, z Tyrolu i Moraw grupy śpiewacze i zespoły muzyczne. W marcu 1940 r. doprowadził do podziału szkoły na dwie odrębne placówki. Podyktowane to było nie tylko względami organizacyjnymi, ale i wymaganą przez władze okupacyjne segregacją uczniów.

W szkole nr 1 uznawanej za lepszą uczyły się głównie dzieci, które dobrze opanowały język. Szkołą „gorszą" była „dwójka", gdzie uczęszczała reszta młodzieży objętej obowiązkiem nauczaniem i to bez względu na pochodzenie. Najtragiczniejszym dniem dla Polaków w Skoczowie był 24 kwietnia 1940 r., kiedy to aresztowano prawie całą miejscową inteligencję. Ten los spotkał m.in. Jerzego Karcha, Pawła Pszczółkę, Jana Bolka, Ludwika Krzempka, Antoniego Ferfeckiego, Stanisława Kocura, Józefa Orszulika, Jana Machalicę, Bolesława Kozła, i ks. Edwarda Rducha, którego aresztował jego własny uczeń. R. Kowalik w styczniu 1942r. został karnie przeniesiony do szkoły w Bażanowicach.

Mimo nacisków nie chciał bowiem wstąpić do NSDAP. Zdaniem przełożonych był niepewny ideowo. Dalej jednak mieszkał w Skoczowie przy ul. Bielskiej. Zmarł 20.03.1944 r. i jest pochowany na „starym" cmentarzu. Jego obowiązki przejął tymczasowo Jochann Strietzel, a od września 1943 r. Alfred Sunder, który pozostał na tym stanowisku do końca stycznia 1945 r. W szkole nr 1 uczyli m.in. Aleksander Krpetz - przez uczniów zwany „starzykiem" (klasy od I do IV), Karol Praus (zmarł w 1941r.), Jan Lehman, Anna Frenschtatzky - przyuczona do zawodu z powodu braku nauczycieli, Józef Szwarc z Goleszowa (rysunek) i nauczyciele niemieccy; Austriaczka Paula Weigl, Anna Wylha, Charlotte Zagora, Wilhelm Messner i Else Bukowska. Tercjanem w dalszym ciągu był Józef Bylok, zwany popularnie "Ujcem".

Z powodu braku nauczycieli poziom nauki szkolnej nie był wysoki. W klasie było najczęściej 50-60 dzieci. Zdarzało się, że jeden nauczyciel uczył jednocześnie w dwóch, a nawet i kilku klasach. W 7-klasowej szkole nr 2, z początkiem roku szkolnego 1940/41, mianowano kierownikiem Józefa Wylhę, zastępcą zaś Józefa Krpetza - juniora, pracującego w tej szkole do 23 kwietnia 1941 r. Zajęcia w ok. 40-osobowych klasach prowadzili m.in.

Maria Fiala (roboty ręczne), Józef Fursa, Krystyna Kania - żona skoczowskiego policjanta, Wilhelm Malisch (od 1943 r.) i Erwin Kopitz. Młodzież zobowiązana była do mówienia po niemiecku i używania niemieckich pozdrowień typu „heil Hitler", „Sieg heil", „griis Gott". Od września 1940 r. stan liczebny klas uległ stabilizacji.

Wprowadzono podręczniki, zaspokajając tym samym potrzeby uczniów. Odtąd nie musieli już tyle notować w zeszytach, co było uciążliwe, ponieważ nie wszyscy znali dobrze język. W szkołach nie organizowano gwiazdek świątecznych czy jasełek.

Nowością było celebrowanie tzw. wieńca adwentowego ustrojonego czterema świeczkami, które w adwent, co tydzień, pojedynczo zapalano. Urządzaniem Mikołajek, Andrzejek, festynów, przedstawień teatralnych, świąt sportu i pieśni zajmowały się organizacje młodzieżowe, nadzorowane przez kierowników szkół i przedstawicieli władz miejskich.

Należały do nich wszystkie dzieci. Dziewczęta w wieku 10-14 lat obowiązkowo wstępowały do „Jung Madchen", od 14 lat do BDM (Bund Deutscher Madl). Nosiły wówczas granatowe spódnice i białe bluzki, a w zimie nakładały brązową bundę. Młodsi chłopcy skupiali się w Hitlerjugend (czarne bluzy i spodnie, pod szyją czarna chusta spięta skórzanym pierścieniem), a każdy z nich mający 10 i więcej lat musiał wstąpić do DJ (Deutsche Jugend).

Zbiórki odbywały się po lekcjach w świedicy zwanej „Heimem", a dla najmłodszych w klasach. Spotykano się w niemieckim przedszkolu przy ul. A. Hitlera (obecnie Mickiewicza) i w byłym sierocińcu na „Kępie". Jedna z sal była ozdobiona swastykami, chorągwiami i portretami wodza. W obu szkołach istniały oddziały Koła Budowy Modeli Latających, utworzone przy Klubie Motorowym (NSKK), którego siedziba mieściła się w budynku Czaputy, na rogu dzisiejszej ul. Bielskiej i Stalmacha. Pod surowym nadzorem R. Krpetza młodzież uczyła się montażu modeli samolotów, zaś starsi chłopcy (powyżej 13 lat) po prze- szkoleniu wstępowali do szkoły szybowcowej w Goleszowie na górze Chełm.

Młodzież wychowywano w duchu faszystowskim, w bezkrytycznym uwielbieniu dla Adolfa Hitlera. Uczono się na pamięć jego życiorysu, historii NSDAP, a nawet całych fragmentów „Mein Kampf". Pilnie śledzono i zaznaczano na mapach zwycięstwa, a potem planowane odwroty armii hitlerowskiej. Sprawą honoru była znajomość jej uzbrojenia i nazwisk dowódców.

Na wzór wojskowy urządzano uroczyste obchody świąt państwowych. Apele organizowano na podobieństwo obwarowanych specjalnym ceremoniałem nazistowskich „Partei Tag-ów". Kulminacyjnym momentem było podniesienie flagi ze swastyką przy hymnie niemieckim i pieśniach nazistowskich. Całość uświetniały musztry paradne dzieci grających na bębnach i trąbkach. Przygotowania do tego typu imprez trwały nieraz po kilka tygodni. W czasie wakacji letnich i ferii zimowych dzieci nie korzystały z kolonii. Jedyną formą zorganizowanego wypoczynku w mieście były wycieczki do okolicznych miejscowości i w góry, organizowane wspólnie przez wszystkie ugrupowania młodzieżowe.

Podróżowano na drabiniastych wozach z ławkami ustrojonymi gałęziami i wstążkami. W zimie ogromnym powodzeniem cieszyły się kuligi. Przez całe lato dzieci obowiązkowo pracowały w zespołach roboczych. Jesienią zaś urządzano ferie ziemniaczane, zwane „kartofelferein".

Były dyżury w bibliotece miejskiej mieszczącej się w szkole nr 1, przy zbiórkach ziół, szmat, makulatury, złomu stalowego i kolorowego i w tzw. „kreigseinsatz"- ach. Polegało to na tym, że dla dzieciaków przybyłych z Niemiec, najczęściej z Berlina, zakładano kolonie. Skoczowscy rówieśnicy musieli pomagać przy przyrządzaniu posiłków i utrzymywaniu czystości.

Dyżurne, blisko 10-osobowe, zespoły zmieniały się co tydzień. Natomiast dziewczęta ze starszych klas opiekowały się wielodzietnymi rodzinami, których ojcowie byli na froncie. Zajmowały się małymi dziećmi, ich pielęgnacją, karmieniem i bawieniem. Młodzieży z klas VIII wyznaczano też i inne zadania. Musiała uczestniczyć w tzw. „Landjahr"-ach. W wytypowanych gospodarstwach rolnych grupy dziewcząt i chłopców musiały pracować na roli, w zamian za to nie musieli chodzić do szkoły, uczyli się na miejscu, a klasa VIII była im zaliczana.

Niemal każdą wolną chwilę młodzież spędzała na wspólnych zabawach i grach. Dbano o zdrowie i rozwój fizyczny nie tylko poprzez najróżniejsze zawody sportowe, ale i opiekę lekarską. Uczniów dożywiano w szkole mlekiem i pieczywem, podawano tran i witaminy w zależności od tego, co przepisał lekarz po systematycznych badaniach okresowych.

Dużo uczniów zażywało tzw. „żelazne wino". Z uwagi na częste naloty samolotów Armii Czerwonej na Skoczów zajęcia szkolne trwały do 30 stycznia 1945r. Szkoła nr 2, jeszcze w styczniu 1945r. została częściowo oddana do dyspozycji „Wehrmachtu". W kilku salach na parterze najpierw znajdował się szpital polowy, a potem, wobec bliskości frontu, umieszczono tam kwatery wojskowe dywizji, która stawiała zacięty opór wojskom radzieckim w rejonie Strumienia i Bąkowa.

Poniosła jednak duże straty i poczęła się wycofywać w kierunku Ostrawy. Przez trzy miesiące linia frontu przebiegała wzdłuż Wisły i linii kolejowej Skoczów-Chybie. Do ostatnich dni, tj. do końca kwietnia, do zajęcia Skoczowa przez Rosjan aprowizacja niemiecka działała w mieście bez zarzutu. Wczesnym rankiem, 1 maja 1945r. wkroczyły do Skoczowa oddziały sowieckie.

Na budynkach i ratuszu zawisły flagi narodowe. Przystąpiono do organizowania administracji, szkolnictwa i innych potrzebnych instytucji. Rozpoczęło się żmudne usuwanie zniszczeń, gruzu i odbudowywanie gmachów użyteczności publicznej, fabryk i domów. Dzięki temu, 9 maja 1945r. mógł odbyć się na Rynku wiec z okazji zwycięstwa nad hitleryzmem, w którym wzięli udział żołnierze polscy i rosyjscy.

Do zabezpieczenia i porządkowania szkoły nr 1 skierowano Karola Urbańczyka, Alfonsa Kozłowskiego, ss. Michalską i Nohelową. W szkole nr 2 robili to Ludwik Kantor, ss. Redempta Muszyńska i Glajcar. 5 maja 1945r. Siostry Służebniczki wróciły do własnego budynku przy ul. Mickiewicza. Po wykonaniu niezbędnych prac adaptacyjnych otwarto tam przedszkole dla prawie 250 maluchów, podlegające administracyjnie pobliskiej szkole.

Opiekujące się dziećmi s. Michalska i s. R. Muszyńska nie prowadziły dożywiania. Większość zajęć rozpoczynały od nauki języka polskiego, gdyż niemal połowa maluchów nie znała języka polskiego, a jeśli już, to bardzo słabo. Szkoła przy ul. Mickiewicza stosunkowo niewiele ucierpiała w czasie bombardowania miasta. Nie licząc wybitych szyb, zniszczonego dachu nad salą gimnastyczną i otoczenia budynku. W środku nie było pomieszczenia, w którym jakiekolwiek wyposażenie nadawało się do użytku. Dużo gorzej wyglądała szkoła przy ul. Bielskiej.

Najpierw stacjonowały w niej liniowe jednostki „Wehrmachtu", a potem żołnierze radzieccy, którzy opuścili budynek dopiero 12 maja, pozostawiając po sobie ogrom zniszczeń. Prawie wszystkie drzwi były wyłamane i rozbite. Podobnie było z oknami. Pozbawione szyb od podmuchu pięciu bomb, które spadły na budynek szkolny stanowiły poważny problem przy odnawianiu szkoły. Nie było szkła i innych materiałów niezbędnych do wykonania napraw.

Zdewastowaniu uległo wszystko, co znajdowało się w klasach i w pokoju nauczycielskim. Księgi, obrazy, a nawet preparaty z biologii, z których ostatni lokatorzy wypili spirytus. Kierownik szkoły, Bolesław Kozieł, mianowany na to stanowisko przez Inspektorat w Cieszynie przystąpił wraz z innymi nauczycielami przydzielonymi do pracy w szkole do porządkowania klas.

Z budynku obecnego Niepublicznego Ośrodka Opieki Zdrowotnej przy ul. Mickiewicza, gdzie w czasie wojny mieścił się urząd inspektora szkolnego „Schulrata" przynieśli dwie szafy i stolik. Gmina dała skromne sprzęty, niekompletny zegar, radio Philipsa i maszynę do pisania. W maju, po przygotowaniu sal do nauki, ogłoszono zapisy do szkoły. Zgłosiło się 389 uczniów w wieku do 17 lat, których podzielono na 8, a według innej opinii na 10 oddziałów.

W siedmiu izbach lekcyjnych, w przepełnionych klasach liczących średnio po 50 uczniów, zajęcia prowadziło pięciu nauczycieli. Bolesław Kozieł zajmował się klasami VI i VII, Ludwik Kobiela - V, Karol Urbańczyk - IV, Helena Santarius - II i III, a Aurelia Zorychta opiekowała się klasą I.

Do końca roku szkolnego grono pedagogiczne powiększyło się o Jana Cieślara, Helenę Heczko, Zofię Kaczorowską i Marię Stokłosę. Na podstawie zarządzenia Ministerstwa Oświaty zmodyfikowano przedwojenny system organizacyjny szkolnictwa. Zniesiono szkoły I i II stopnia, ustanawiając wszędzie szkoły 7 klasowe.

Aby umożliwić wszystkim uczniom jednakowy dostęp do szkół średnich, klasy VI i VII z niepełnych szkół, z sąsiednich miejscowości miały przechodzić do szkół zbiorczych. Taką była właśnie skoczowska szkoła nr 2 dla dzieci z Wiślicy, Kiczyc i Pogórza. Zmagano się z ogromnymi trudnościami zaopatrzeniowymi i organizacyjnymi. Brakowało kadr.

Dla ochrony najmłodszych przed chorobami, głodem, niedostatkiem ubrań, butów i przyborów szkolnych, 10 czerwca zawiązała się Rada Rodzicielska, która w pierwszej kolejności zajęła się dożywianiem uczniów. Artykuły spożywcze pochodziły z amerykańskiej „Unry" i przydziałów gminnych. Także zwykli ludzie, bezinteresownie, na ile tylko mogli, wspierali te poczynania darowiznami mąki, marmolady i chleba. Na dużej przerwie panie z rady wydawały mleko i pieczywo.

Obowiązkowo dzieci musiały pić tran i zażywać lekarstwa przepisane przez lekarza. Stan zdrowotny młodzieży był wówczas katastrofalny. Rada Rodzicielska uporządkowała boisko szkolne i 17 czerwca założyła bibliotekę szkolną z 300 książkami uratowanymi przez tercjana Emanuela Danemarka. 15-17 maja odbyły się zapisy uczniów do szkoły nr 1. Ze względu na zniszczone wyposażenie sal i brak sprzętów dopiero 25 maja rozpoczęło w niej naukę 417 dzieci.

Przydzielono je do poszczególnych oddziałów zgodnie z zarządzeniem Kuratorium Okręgu Szkolnego Śląskiego z dnia 26 lutego 1945r. pod nazwą „Wytyczne organizacji programu i wychowania". Uczyli wtedy: Zofia Kozubkowa, Elżbieta Król, Paweł Starzyk, Karol Mazurek, Stanisław Kocur, Stanisław Fajer (od 28 maja), Józef Chmiel (od 14 czerwca), Helena Heczko (od 15 czerwca) i Hieronim Ewich. 11 maja na kierownika szkoły Inspektorat w Cieszynie mianował Karola Santariusa. W obu szkołach nauka zakończyła się 14 lipca 1945r. Po pierwszym, nietypowym roku szkolnym 425 dzieci nie otrzymało świadectw, gdyż po prostu ich nie było. Szkoła nr 1 była szkołą zbiorczą dla dzieci z Harbutowic, Międzyświecia oraz Wilamowic. Uczęszczały do niej dziewczęta i chłopcy również z Iskrzyczyna, Simoradza i Górek. Warto wspomnieć, że prawie 60 dzieci pochodzenia niemieckiego nie przyjęto do szkoły ze względu na rodziców legitymujących się w czasie okupacji II grupą DVL. Zmieniło się to dopiero po styczniu 1946r. o ile władze zaakceptowały wniosek rodziców o rehabilitację. Poza tym Niemcy z II grupą nie mogli pracować w swojej miejscowości. Część z nich emigrowała na ziemie odzyskane. Ich pociechy pozbawione opieki wychowywały się wtedy w różnych zastępczych rodzinach, bądź u krewnych.

Święto polskiej szkoły obchodzono bardzo uroczyście w parku nad Wisłą. Były tańce, pokazy gimnastyczne, popisy recytatorskie i śpiewacze. Najmłodsi otrzymali kołacze i herbatę. W niecałe dwa miesiące udało się oddać do użytku dwie szkoły, do tego szkołę na „Kępie" będącą filią „jedynki". Zdołano także utworzyć samorząd szkolny, spółdzielnię uczniowską i koło Polskiego Czerwonego Krzyża, którym zajmowała się Zofia Fajer. Sprawił to entuzjazm do pracy nauczycieli, rodziców oraz dzieci. Nadzieja na lepsze jutro mobilizowała wszystkich do wytężenia sił i niespotykanej ofiarności.

Nie liczono przepracowanych godzin i nic oczekiwano za nie zapłaty. Na podstawie zarządzenia Ministerstwa Oświaty z 16 lipca 1945r. dla opóźnionych w nauce dzieci utworzono, poza normalnymi klasami, specjalne komplety. Likwidowano w ten sposób skutki wojny, umożliwiając dzieciom uzupełnienie wiadomości w przyśpieszonym tempie. Po roku lub dwóch latach dodatkowej nauki młodzież przenoszono do klas odpowiadających jej rocznikom. Powstałe w ten sposób komplety gromadziły uczniów urodzonych w latach 1930-1934 i 1934-1936 uczących się w klasach równoległych II, III i V. W czasie wakacji dokończono pilne prace remontowe. Wymalowano sale i w miarę możliwości uzupełniono meble. W szkole nr 1 naprawiono instalację wodno-kanalizacyjną, zainstalowano telefon i cztery żelazne piece.

Tym samym warunki pracy w szkołach zdecydowanie się poprawiły, choć w „jedynce", aż do grudnia 1945 r. (w sali gimnastycznej) rezydowały zmotoryzowane oddziały wojska polskiego, zwalczające bardzo aktywne w okolicy ugrupowania Narodowych Sił Zbrojnych. 20 sierpnia 1945r., uroczyście obchodzono w całym kraju Święto Odrodzenia Szkoły Połskiej.

Dla zorganizowania tego święta w Skoczowie powołano Między -szkolny Komitet, który zajął się przygotowaniem imprezy na wzór przedwojennych festynów. Pogoda dopisała, a program był na tyle atrakcyjny, że przybyli niemal wszyscy mieszkańcy miasta. Zebrano 1100 jaj, 110 litrów mleka, 134 kg mąki, 6 kg masła, 17 kg cukru, 20 kg twarogu, 20 kg owoców, 5 kg marmolady, 6 litrów soku i 3370 złotych. Dzieci częstowano kołaczami, a dorośli mieli do dyspozycji obficie, jak na tamte czasy, zaopatrzony bufet. Festyn w parku nad Wisłą przyniósł zysk w wysokości ok. 15 tys. zł, który podzielono między obie szkoły z przeznaczeniem na dożywanie uczniów z ubogich rodzin.

Komitet rodzicielski szkoły nr 2 postarał się o przydział parceli naprzeciwko szkoły z myślą o urządzeniu tam boiska. Prace trwały blisko miesiąc, trzeba było bowiem rozebrać znajdujący się tam poniemiecki schron przeciwlotniczy. Rok szkolny 1945/1946 rozpoczął się 3 września. W „jedynce" podjęło naukę 517 uczniów, a w „dwójce" 364. Stopniowo przybywało przyborów szkolnych i podręczników, co było szczególnie ważne, gdyż niemal wszystkie przedwojenne książki zniszczyli hitlerowcy, a nowych przy ogromnym na nie zapotrzebowaniu, nie nadążano drukować. Trudności nie zrażały jednak nauczycieli, którzy z zapałem zabrali się do pracy.

Coraz więcej nauczycieli zasilało grona pedagogiczne w obu szkołach. Kłopoty kadrowe powoli zanikały i choć nie wszyscy pedagodzy mogli wykazać się odpowiednimi kwalifikacjami, poziom nauczania był wysoki. Mimo dodatkowych kursów uzupełniających nauczyciele znajdowali czas na zajęcia pozaszkolne. 6 grudnia 1945 r. urządzono dla dzieci gwiazdkę szkolną z nieodzownym Mikołajem, grami i zabawami, a w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia wystawiono jasełka. Odżywały piękne tradycje przedwojennej, polskiej szkoły.