Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Pogórska reduta

Witold Kożdoń
Pogórska reduta


W marcu 1939 r., kiedy dla polskiego sztabu generalnego stało się jasne, że wojna z Niemcami jest kwestią czasu, dowódca 21 Dywizji Piechoty Górskiej, gen. bryg. Józef Kustroń, otrzymał polecenie zorganizowania przed główną linią obrony, między Bielskiem a Dziedzicami, dwóch wysuniętych pozycji oporu przejściowego. Na miejsce tymczasowej obrony został wybrany Cieszyn oraz Pogórze.

Polscy wojskowi słusznie sądzili, że Pogórski Kopiec otoczony z jednej strony stawami, a z drugiej wzgórzem Bucze, będzie stanowił naturalną przeszkodę dla atakującego nieprzyjaciela. Rzeczywiście, 2 września okopani na wzgórzu żołnierze 202 pułku piechoty rez. zdołali na kilkanaście godzin powstrzymać natarcie całej niemieckiej dywizji.

Plany pogórskich umocnień były gotowe już w kwietniu, jednak długo prowadzenie jakichkolwiek prac w terenie było zakazane (polskiemu dowództwu chodziło o utrzymanie w tajemnicy własnego ugrupowania obronnego). Pozwolenie na rozpoczęcie budowy fortyfikacji nadeszło dopiero 25 czerwca. Zostało jednak obwarowane szeregiem ograniczeń. Np. nie wolno było niszczyć plonów rolniczych, roboty miały być prowadzone przez żołnierzy (by uniknąć kosztów), ale zakazano przy tym zbytnio osłabiać garnizonów, by nie sparaliżować ewentualnej mobilizacji.

W rezultacie prace na większą skalę ruszyły dopiero w lipcu. We wsi pojawili się wówczas żołnierze i robotnicy cywilni. Na szczycie Pogórskiego Kopca, obok drewnianej wieży obserwacyjnej, zlokalizowano bunkier obserwacyjny dla dowództwa i przystąpiono do budowy kilku betonowych bunkrów strzeleckich. Między górnymi i dolnymi stawami (na wysokości skrzyżowania drogi i linii kolejowej) rozpoczęto kopanie szerokiego na 6 metrów rowu przeciwczołgowego, a w Arendzie urządzono stanowisko dla karabinu maszynowego, który miał szachować ogniem drogę od Skoczowa.

Wzdłuż całego wzgórza kopano również rowy strzeleckie i budowano zasieki z drutu kolczastego. Skoczowska kompania Obrony Narodowej stacjonowała w Pogórzu od 15 sierpnia. Wojsko pracowało przy budowie fortyfikacji. Nasz pluton został zakwaterowany w gospodzie pana Holeksy. Zajęliśmy stanowiska po północnej flance, od dworca kolejowego po szkolę.

Byliśmy umundurowani, posiadaliśmy broń, ale amunicję dostarczono nam dopiero ostatniej sierpniowej nocy. Również ostatni rezerwiści dotarli do nas na dzień przed wybuchem wojny wspominał po wojnie Emil Pilch, zastępca dowódcy I plutonu skoczowskiej kompanii ON. Do końca sierpnia zdołano w Pogórzu zabetonować wszystkie bunkry (w pracach wykorzystano sikawki strażackie, którymi pompowano wodę), ale zabrakło już czasu na ich kamuflaż. Do 1 września zdołano jedynie oczyścić przedpole i prowizorycznie, gałęziami zamaskować schrony.

Rów przeciwczołgowy wykopano zaledwie do połowy, ale rowy strzeleckie i zasieki były gotowe. 58 3 kompania cieszyńskiego batalionu ON została sformowana w czerwcu 1938 r. i od tego momentu stacjonowała w Skoczowie. Jej dowódcą był kpt. Ignacy Stachowiak. W czerwcu 1938 r. liczyła 112 oficerów, podoficerów i żołnierzy. Umocnienia nie zostały ukończone, jednak do pogórskiej pozycji obronnej dowództwo 21 DPG nie przywiązywało zbyt dużej wagi 1 września mieszkańców Skoczowa obudził ryk syren.

O świcie rozrzucone wzdłuż granicy pododdziały osłonowe 21 dywizji zostały zaatakowane przez czołowe oddziały niemieckiego XVII Korpusu Armijnego. Dowództwo Grupy Operacyjnej "Bielsko" meldowało, że na Śląsk Cieszyński nacierają szeroką ławą dwie dywizje piechoty, 44 dywizja po osi FrydekCieszyn i 45 dywizja po osi Morawska Ostrawa BoguminFrysztat (faktycznie posuwały się one odwrotnie; 44 dywizja piechoty na Frysztat, a 45 dywizja na Cieszyn).

Rano Polacy utracili Jabłonków, a o godz. 10 rozpoczęły się walki o Cieszyn. Broniący miasta I batalion 4 Pułku Strzelców Podhalańskich majora Franciszka Perla wycofał się jednak w rejon Ogrodzonej i Goleszowa dopiero ok. godz. 15. Gdy o godz. 14.30 Grupa Operacyjna "Bielsko" meldowała Naczelnemu Dowództwu: "natarcie Niemców słabe, postępy nieznaczne", pod Kaplicówką widoczne już były pierwsze oznaki nadchodzącego chaosu.

Przez most na Wiśle wycofywały się zwarte oddziały wojska, ale po ulicach błąkali się również samotni maruderzy. Ważniejsze urzędy ewakuowano, nie pracowały także miejscowe zakłady. Drewniane wieże triangulacyjne stojące na Kaplicówce i Pogórskim Kopcu zostały zerwane. Od czasu do czasu mieszkańcy byli ostrzeliwani przez nisko przelatujące niemieckie samoloty. Największe przerażenie budziły jednak docierające do Skoczowa makabryczne plotki. 1 września panował niesamowity upał.

W południe zobaczyłem polskich żołnierzy. Szli pojedynczo, byli porozpinani i spoceni. Wołali "uciekajcie, bo Niemcy obcinają języki i wydrapują oczy". Wielu im uwierzyło i uciekło ze Skoczowa wspomina pamiętający tamte wydarzenia skoczowianin. Grozę nadchodzącej wojny przyćmiło jednak inne, niezbyt chwalebne wydarzenie. Po południu wysadzono w powietrze urządzenia Rafinerii Spirytusu "Przetwór" (dzisiaj na miejscu tamtej fabryczki stoi Odlewnia Żeliwa Teksid).

Wcześniej z zakładowych zbiorników wylano... 800 hektolitrów spirytusu. Wieść o tym rozeszła się błyskawicznie. Dziesiątki ludzi przybiegło łapać płynący rowem alkohol. W ruch poszły wiadra, miednice, butelki, garnki, a nawet koryta dla świń. Byli i tacy, co kładli się na skarpie i pili przepływający trunek bezpośrednio z rowu. Wielu szybko się upiło i zasnęło w trawie.

Kilka osób potraktowało potok spirytusu zupełnie rozrywkowo. Co chwilę sięgali do niego garnuszkiem, polewali się tym trunkiem, pili go i grali w karty. Przebił ich jednak portier z fabryki J. Molina, który w spirytusie po prostu się wykąpał, a przy okazji zalał do nieprzytomności. Traf chciał, że w tym samym czasie zajechał na skoczowski dworzec pociąg z uciekinierami.

Pasażerowie widząc co się dzieje, zaczęli naśladować miejscowych. Nabierali spirytus do czego tylko mogli i pili go bez umiaru pisał w Kalendarzu Miłośników Skoczowa na 1998 r. Robert Orawski. Wieczorem 1 września w Skoczowie panował ponury nastrój. Ktoś (prawdopodobnie członek miejscowej V kolumny) rzucił łańcuch na druty wysokiego napięcia i miasto zostało pozbawione prądu. Na ulicach było cicho i ciemno. Skoczów zamarł ze strachu. Ludzie zeszli do piwnic i w tych prowizorycznych schronach postanowili przeczekać do rana. Zapadał zmierzch, gdy żołnierze przywieźli do restauracji Gałgonka rannego. W tym samym czasie polscy ułani konno objechali rynek i pocwałowali w kierunku Bielska.

Po walkach nad Olzą, nocą z 1 na 2 września polski 202 pułk piechoty rez. przegrupował się na pozycję PogórzeGórki. Jako ostatni, około północy przez most na Wiśle wycofał się 1 batalion 4 psp. Po całodniowym boju żołnierze majora Perle przekroczyli pozycje 202 pp rez. na zboczu Pogórskiego Kopca i zostali skierowani do odwodu. Nad ranem Skoczowem targnęły dwie potężne eksplozje. To polscy saperzy z 3 psp wysadzili w powietrze mosty na Wiśle. Niestety, zginął wówczas żołnierz z plutonu pionierów. Byłem ciekaw, co się stało. Koniecznie chciałem zobaczyć zniszczony most kolejowy. Dlatego o świcie wraz z kolegą pobiegłem ulicą Ustrońską ku Bładnicy. Ktoś nas jednak musiał obserwować, bo kiedy byliśmy na moście, od strony Łęgu dosięgła nas seria z karabinu maszynowego.

Do dziś pamiętam, jak pociski odbijały się od filarów mostu. Naturalnie trzeba było wiać z powrotem. Wpadliśmy do najbliższej piwnicy, ale ta była pełna ludzi. Niektórzy płakali, niektórzy modlili się, wszyscy byli mocno przestraszeni wspomina dziś inny świadek tamtych wydarzeń. Rano 2 września z Cieszyna w kierunku Czechowic i Skoczowa ruszyła niemiecka piechota.

Kolumna samochodów rozciągała się na długości 5 km. W dzienniku sztabowym niemieckiej 44 dywizji zapisano: "godz. 9.15 Skoczów zajęty bez walki. Wystąpienia wroga nieliczne. Polska artyleria odmaszerowała. 12 baterie strzelają źle. Mosty wysadzone przez nieprzyjaciela". Między godz. 9 a 10 niemieckie pułki sforsowały Wisłę. Należący do 44 dywizji 132 pułk piechoty przeprawił się na północnym skraju Skoczowa. Przez miasto posuwał się 131 pułk (także 44 dywizji), natomiast na południe od Skoczowa Wisłę pokonał 135 pułk należący 45 dywizji. Jednocześnie Niemcy zaczęli ostrzeliwać Pogórze.

Pierwsze pociski spadły na polskie pozycje już o godz.6 rano. Polacy podjęli jednak wyzwanie. Alarm bojowy przynosi rozkaz otwarcia ognia. Strzelamy do siebie na wprost. Drzewa na szczęście niewysokie i rosną dość rzadko. Teraz dopiero zaczynam rozumieć pojęcie "pojedynek artyleryjski". Wtem potężny wybuch ogłusza mnie rzucając o ziemię. Chyba na moment tracę przytomność. Kiedy mi wraca, okazuje się, że wybuchający w niebezpiecznie bliskiej odległości granat dosłownie zamknął mnie w tzw. polu martwym i tylko cud uratował mi życie.

Tak twierdzą koledzy, którzy wokół się zbiegli wspominał kpt. Jan Bronikowski, dowódca stacjonującej w Rudzicy 8 baterii III dywizjonu 21 Pułku Artylerii Lekkiej, która tego dnia odniosła swój pierwszy sukces otwarła celny ogień w sam środek wyładowującej się z samochodów piechoty nieprzyjaciela. Wkraczających do Skoczowa spoconych żołnierzy Wehrmachtu witali na rynku miejscowi Niemcy. Żołnierzy częstowano kołaczami i wodą z sokiem.

Gdy oddziały maszerowały ul Bielską, z Kuplicówki rozległa się kanonada. Zgromadzeni ludzie zamarli ze strachu, ale Niemcy uspakajali, że pociski lecą poza miasto. Działa ostrzeliwały Pogórze mówi świadek tamtych wydarzeń. Polska artyleria nie pozostała dłużna. Natychmiast odezwała się armata wspierająca kompanię okopaną w pobliżu dworca kolejowego w Pogórzu. Niestety nasze działo posiadało w zapasie jedynie 48 pocisków, które wnet wystrzelono. Dowieziona w ostatniej chwili amunicja z magazynu polowego w Rudzicy miała inny kaliber i do naszej armaty nie pasowała wspominał Emil Pilch. Tego dnia obrońców Pogórza wspierał jednak cały III dywizjon 21 pal. Niestety, z celnością naszych artylerzystów różnie bywało.

Tuż przy zniszczonym moście drogowym zginęło od wybuchu pocisku trzech żołnierzy z niemieckiego patrolu, ale przypadkowo Polacy trafili również dom Gawlasa przy ulicy Szkolnej. O godz. 11.30 niemiecki 132 pułk piechoty otrzymał rozkaz zajęcia linii bunkrów za Skoczowem. W sprawozdaniu wojennym tego oddziału czytamy: "2 września pułk miał za cel dotarcie do wysokości Grodźca. Bez większego oporu udało się dotrzeć do zachodniego skraju Skoczowa.

W zagajniku Simoradz I batalion dostał się pod ogień nieprzyjacielskiej artylerii. Również inne oddziały pułku zostały ostrzelane przy wkraczaniu do południowej i południowowschodniej części miasta". Wojenne zapiski sporządzone przez sztab posuwającego się na prawym skrzydle pułku I batalionu wspominają, że o godz. 8.45 batalion dotarł do Wisły i przekroczył ją w brud obok znajdującego się 500 metrów na południe zniszczonego mostu.

Również II batalion 132 pułku zdołał przejść przez Skoczów bez większego oporu ze strony Polaków i dotarł do zachodniego skraju lasu na Dolnym Borze. Oba bataliony stoczyły jednak kilka potyczek z obrońcami. W walkach trwających do późnych godzin popołudniowych 132 pułk stracił 3 ludzi (lekarza sztabowego Guntera Brandta i dwóch strzelców) oraz około 1012 rannych.

Na południe od miasta forsował Wisłę 135 pułk piechoty 45 dywizji. Alois Stockhammer, jeden z żołnierzy pułku tak opisuje swój udział w walkach. "Wcześnie rano 2 września dalej nacieraliśmy w kierunku Skoczowa. Najwyraźniejsze wspomnienie z tego miasta związane jest z wybudowaną w sąsiedztwie dworca kolejowego fabryką wódki.

Przed ucieczką Polacy wypróżnili zawartość zbiorników na łąkę, a my na przełaj brnęliśmy przez to gorzałczane bagno. W końcu udało nam się dotrzeć nad Wisłę, którą przekroczyliśmy prawie suchą nogą w szerokim na 1520m jarze, ałe pod ostiym ostrzałem. Niestety, tam doznaliśmy pierwszych strat w ludziach. Teraz celem naszego ataku były oddałone o 2 km dobrze umocnione okopy. W czasie ataku ręczny granat eksplodował bardzo blisko mnie.

Odłamek zranił mi twarz, straciłem cztery zęby. W gospodarstwie rolnym na skraju lasu po lewej stronie Bajerki znalazłem jednak schronienie.
Gunter Brandt urodził się 9 sierpnia 1908r. w Kołobrzegu. Jego pogrzeb odbył się 4 września 1939 r. i spotkałem kilku innych rannych towarzyszy. Na łące koło domu pochowaliśmy poległych w walce kolegów. Gospodyni, stara rolniczka mówiąca po niemiecku, przyniosła mleko, chleb, wodę, a dla mnie słomkę. Dzięki słomce, mimo zranionej górnej szczęki mogłem się posilić i ugasić pragnienie.

Wieczorem tego dnia zostaliśmy odtransportowani na tyły. Ja trafiłem do polowego szpitala we FrydkuMistku". Przed południem Niemcy nie zdołali przełamać dobrze przygotowanych polskich pozycji. Dlatego o godz. 15.30 rozkaz do ataku otrzymała cała 44 dywizja piechoty. Intensywność działań wojennych gwałtownie wzrosła. Unikając czołowego ataku nieprzyjaciel, natarł od strony Bajerek i Dolnego Bom.

Na tym pierwszym odcinku mimo rozpaczliwej obrony pojedynczych żołnierzy walka nie trwała długo. Pierwszy wycofał się stacjonujący tam III pluton. Także bunkry obsadzone drużynami z karabinami maszynowymi zmuszone zostały do wycofania się. Karabin maszynowy zamaskowany w budynkach gospodarczych Arendy jedynie na krótki czas powstrzymał natarcie w rejonie drogi SkoczówBielsko wspominał Emil Pilch.

Po krótkiej, nierównej walce Niemcy zdobyli punkt obserwacyjny III dywizjonu 21 pal. I batalion 4 psp majora Perla kontruderzeniem odbił punkt, lecz wycofując się Niemcy zabrali ze sobą jeńców. Do niewoli dostała się także obsada punktu obserwacyjnego 8 baterii.

Pod ostrzałem artylerii Niemcy atakowali również stanowiska skoczowskiej kompanii ON. Polscy żołnierze zdołali trzykrotnie odrzucić ataki wroga, jednak około godz. 18 nadszedł z dowództwa 21 dywizji rozkaz odwrotu. Wieczorem, po całodziennym krwawym boju rozpoczęło się przegrupowanie polskich wojsk na główną pozycję obronną pod Bielskiem. Jako ostatni wycofali się żołnierze plutonu E. Pilcha.

Kiedy zorientowaliśmy się, że sąsiadujące z nami plutony wycofały się, także opuściliśmy nasze stanowiska. Na dworcu kolejowym w Pogórzu stała drezyna, którą dotarliśmy do Bielska. Jeszcze tej samej nocy zapadła decyzja o generalnym odwrocie całej Armii "Kraków".

Po ponad dwóch tygodniach walk, 16 września broniąca początkowo Śląska Cieszyńskiego 21 Dywizja Piechoty Górskiej została okrążona i rozbita niedaleko Lubaczowa. Kilka lat później nie lepszy los spotkał jednak jej wrześniowych przeciwników. Wiedeńska 44 dywizja piechoty została zniszczona w kotle pod Stalingradem, natomiast sformowana w Linzu 45 dywizja uległa rozbiciu latem 1944r. walcząc na froncie wschodnim w ramach GA "Środek".