Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Ze wspomnień dyrektora Szkoły Zawodowej

KAROL GUŃKA

(praca nagrodzona III nagrodą)

 

Zaraz po wojnie została otwarta szkoła zawodo­wa w Skoczowie. Skoczów — stare miasteczko — został w czasie wojny częściowo zbombardowany. Zaczęto powoli usuwać gruzy i inne zniszczenia wojenne. Rzemieślnicy i zakłady pracy zaczęli przyjmować młodzież do nauki zawodu. Dla tej młodzieży otwarto szkołę zawodową, dyrektorem został Jerzy Pustówka, któ^y wraz z nauczycielem Janem Cienciałą uruchomili szkołę w poniemiec­kim budynku mieszkalnym przy al. Mickiewi­cza 12. Na parterze budynku utworzono jedną, a później dwie klasy. Z biegiem czasu okazało się, że nie wszystka młodzież mogła uczyć sie zawodu. Zakłady nie mogły wszystkich chętnych przyjąć do nauki zawodu. Zaszła więc konieczność zorga­nizowania szkoły, w której młodzież mogłaby się uczyć również praktycznej nauki zawodu. Dyrekcja Okręgowa Szkolenia Zawodowego w Katowicach poleciła wykonać to zadanie dyrektorowi szkoły. I tak zaczęła się batalia o warsztaty szkolne.


Dyrektor szkoły J. Pustówka czynił olbrzymie wysiłki by je uruchomić. Na warsztaty przeznaczył pomieszczenia na parterze, przenosząc sale wykła­dowe na piętro. Brak było środków finansowych na adaptację, zakup potrzebnego sprzętu i ma­szyn. Zdołał tylko uzyskać z zakładów pracy jedną wyzlomowaną tokarkę i kilka stołów ślusarskich bez imadeł.


W tej sytuacji zrezygnował ze stanowiska dyre­ktora szkoły. Na wniosek KM PZPR w Skoczo­wie dyrektorem mianowany został Karol Guńka, nauczyciel Szkoły Podstawowej nr 1 w Skoczowie — działacz społeczny i partyjny. Kierownikiem warsztatu został Henryk Jelinek — mistrz ślusarz--mechanik, a nauczycielem zawodu Emil Czyż — młody absolwent gimnazjum technicznego. Stanęli oni przed trudnym zadaniem uruchomienia pro­dukcji. Zwrócili się do robotników zakładów pra­cy o pomoc. Wkrótce szkoła otrzymała potrzebne imadła, wybrakowane w zakładach pracy a napra­wione przez robotników. Uczniowie sami posta­rali się o potrzebne narzędzia pracy. Ruszyła pierwsza produkcja: młotki wykonano z krat, znaj­dującego się w sąsiedztwie szkoły budynku więzie­nia, zbombardowanego w czasie wojny. Równo­cześnie uruchomiono w szkole kurs mistrzowski dla pracowników tutejszych zakładów. Zgłosiło się dużo chętnych z różnych zawodów. Po skoń­czeniu kursu każdy z nich musiał wykonać pracę mistrzowską. I tak: elektrycy zrobili instalację elektryczną potrzebną do uruchomienia maszyn, stolarze różne potrzebne przedmioty z drewna, malarze wymalowali sale itd. Dla każdego zna­lazło się do wykonania coś potrzebnego szkole. Po kilku dniach wytężonej pracy warsztaty były gotowe. Równocześnie odbyła się w szkole uro­czystość uruchomienia pierwszej tokarki, wyre­montowanej przez H. Jelinka i uczniów. Rozpo­częły się normalne zajęcia praktycznej nauki za­wodu. Nawiązano współpracę z tutejszymi zakła­dami, które złożyły w szkole zamówienia na różne detale, dostarczając materiałów, potrzebnych narzę­dzi i maszyn. Na podwórzu stanęła kuźnia polo­wa. Tak powstały pierwsze warsztaty szkolne, bez nakładów finansowych, dzięki ofiarnej pracy nau­czycieli, uczniów, robotników i załóg zakładów pracy.


Tak minął rok pierwszy, drugi a w trzecim okazało się, że warsztaty nie mieszczą już chętnej młodzieży, garnącej się do szkoły. Przed dyrekto­rem stanęło nowe zadanie: budowa dużych war­sztatów szkolnych. Wystąpił z tym wnioskiem w Dyrekcji Okręgowej Szkolenia Zawodowego w Katowicach. W rozmowie z zastępcą dyrektora DOSZ dowiedział się, że na inwestycję brak pie­niędzy. Radził dyrektorowi, by ograniczył nabór młodzieży do szkoły, lub by wyszukał w Skoczo­wie jakiś stary budynek i przeprowadził w nim kapitalny remont, dostosowując go do celów warsztatów szkolnych. Kapitalny remont takiego budynku będzie finansowany przez DOSZ. Dy­rektor zaczął szukać odpowiedniego budynku i w końcu postanowił przebudować na warsztaty szkolne byłe wiezienie. Jako członek Prezydium Miejskiej Rady Narodowej zwrócił się z tym pro­jektem do przewodniczącego Prezydium MRN Ste­fana Pabisia o pomoc, tłumacząc mu, że pozbędzie się w ten sposób szpecącej miasto ruiny. Zrozu­miał to ojciec miasta i polecił inż. Marianowi Manowskiemu opracowanie projektu przebudowy. W ciągu tygodnia projekt został wykonany. Na plac budowy pierwsi weszli uczniowie wraz z nauczycielami zawodu. Oprócz Emila Czyża wtedy już uczyli zawodu Klemens Macieiczek, Emil Brak i Stanisław Kołoda. Rozpoczęli od rozbiórki mu­rów więzienia. Chodziło o uzyskanie jak najwięcej cegieł, potrzebnych do budowy. Powstało współ­zawodnictwo wśród uczniów. Pcacę tę wykony­wali poza zajęciami szkolnymi. W ten sposób ro­zebrano również wysoki mur otaczający więzienie. Wkrótce przybyła brygada murarska. Parter ada­ptowanego budynku przystosowano na pracownię obróbki mechanicznej, piętro na pracownię obróbki ręcznej. Na parterze umiejscowiono również kuźnię, szatnię, umywalnię, a na piętrze pomie­szczenia dla administracji i salę wypoczynkową dla uczniów. Robota przebiegała szybko i spraw­nie. Wkrótce budynek był gotów. Brak było tylko instalacji centralnego ogrzewania. Dyrektor zwró­cił sie o pomoc do DOSZ, niestety Zakład od­mówił, uzasadniając to tym, że może wykonywać tylko prace zlecone przez ministerstwo. Na szczęście nauczyciel tutejszej szkoły Franciszek Miksa znał osobiście ministra. Pojechał więc do Warszawy i przyniósł potrzebne zlecenie. Zakład wywiązał się z tego zadania bardzo szybko.


Warsztaty były gotowe i można już było prze­nieść się do nowego budynku. Ale powstał nowy problem. Nie było magazynu. Pomógł komitet ro­dzicielski. Postanowiono wykorzystać pozostałe po rozbiórce muru dwie ściany, dobudować pozostałe dwie, nakryć je dachem, wybetonować podłogę. Pracy tej podjęło się trzech członków Komitetu Rodzicielskiego. Uczniowie wykopali rowy pod fundamenty, inni członkowie Komitetu dostarczyli kamienia z kamieniołomu. Cegły było pod dostat­kiem, stolarze wykonali drzwi oraz okna. Praco­wano po zajęciach w zakładach pracy. Po trzech tygodniach magazyn był gotowy. Wszystkie prace wykonali rodzice bezpłatnie, jak mówili — „dla swoich dzieci". Tak powstał jedyny w Polsce warsztat zbudowany z więzienia. Praca społeczna przy tej budowie wyniosła ponad 50 proc. war­tości budynku. Jest on świadectwem wielkiego zapału i poświęcenia całego grona nauczycielskie­go, komitetu rodzicielskiego, a przede wszystkim uczącej się młodzieży, dla kt5rej była to szkoła życia, pracy w kolektywie i odpowiedzialności. Sprawdzili się później w swoich zakładach pracy. Przy okazji przebudowano zabudowania gospodar­cze na świetlicę i pomieszczenie dla sklepiku szkolnego. Wykonano także boiska do siatkówki i piłki ręcznej. Modernizacji warsztatów podjął się nowy kierownik warsztatów Henryk Głosow-ski.


Dyrektor odetchnął — ale nie na długo. Narósł bowiem problem kształcenia zawodowego dziew­cząt. Kilkanaście przyjęto do klas metalowych. Na wniosek nauczycielki Heleny Wojnar uruchomio­no w szkole nową specjalność: gospodarstwo do­mowe i żywienie zbiorowe. Program przewidywał naukę gotowania i szycia. Znowu stanęło przed dyrektorem zadanie uruchomienia warsztatów dla dziewcząt. Tym razem poszło gładko. Na „Kępie" znajdował się budynek starej szkoły, należącej do parafii ewangelickiej. Właśnie go odremontowano. Kurator zboru ewangelickiego Józef Jany, mistrz kowalski, zgodził się na wynajęcie tego budynku szkole. Urządzono w nich kuchnię, salę technolo­giczną, warsztat krawiecki i sale wykładowe. Szkole przybyło pomieszczeń, ale co roku zwię­kszała się liczba uczniów i klas. Powstały nowe problemy. Dotychczasowe pomieszczenia, z takim trudem adaptowane na cele szkolne, okazały się niewystarczające, a wszelkie starania o budowę nowej szkoły i warsztatów nie wyszły poza sta­dium przesuwanych z roku na rok obietnic ich realizacji. Są to już kłopoty, które po odejściu dy­rektora Karola Guńki na emeryturę, spadły na głowy jego następców: dyrektorów Jana Wantuły i Jerzego Retki oraz kierownika warsztatów Emila Braka. Dalsza przebudowa warsztatów i szkoły, którą przeprowadzili, stanowi następny rozdział bogatej historii szkoły zawodowej..


Celem mojej pracy było opisanie warunków w jakich szkoła budowała warsztaty szkolne. Czy trud ten się opłacił? Uważam, że tak, ponieważ:


• szkoła przygotowała i dała zawód ponad 3.000 młodzieży i przez to ułatwiła zakładom wy­konanie ich planów produkcyjnych,


• szkoła nauczyła młodzież nie tylko zawodu, ale była również szkołą życia, uczyła pracy w kolekty­wie, pokonywania trudności, a przede wszystkim uczyła społecznej pracy dla społeczeństwa,


• ciężkie warunki pracy spowodowały, że po­wstało wspaniałe grono nauczycielskie, pedagodzy, którzy nie szczędzili sił, aby pokonać trudności, dać przykład młodzieży jak należy pracować spo­łecznie i wykonywać swój obowiązek. Scemento-wani byli wielką przyjaźnią i poczuciem brater­stwa. Świadczy o tym fakt, że prawie nikt z nau­czycieli przyjętych do pracy w szkole, nie porzu­cił jej.


Pisząc tę pracę kierowałem się wreszcie poczu­ciem obowiązku przekazania potomnym relacji


0 wysiłku ludzi, którzy nie szczędzili swych sił i pracy dla dobra szkoły i społeczeństwa.



TADEUSZ KOPOCZEK

SKUTECZNY ORĘŻ

 

(praca nagrodzona II nagrodą — fragmenty)

 

Około 1950 r. zaczęło działać w Skoczowie Radio — Studio ówczesnej radiofonii przewodo­wej, popularny „kołchoźnik".


Radiowęzeł mieścił się na parterze przedwojen­nej willi przy al. A. Mickiewicza 17 (obecnie Biblioteka Miejska), a po pewnym czasie prze­niesiony został do sutereny tegoż budynku. Kie­rownikiem Radiowęzła był Antoni Boguszewski z Cieszyna, a w skład personelu technicznego wchodzili m.in. Karol Herda, Wilhelm Pasterny, Maria Mikołajczyk, Jan Konopka z żoną, Wiesław Kubala oraz kilku innych.


Zasięg był ogromny: od Brennej po Grodziec, Wieszczęta, Ochaby, Dębowiec, Simoradz, Kostko-wice, Ogrodzoną, Goleszów, Kozakowice i Niero-dzim.


Każdy Radiowęzeł miał prawo nadawania tzw. komunikatów, nadsyłanych przez prezydia rad na­rodowych, gminne spółdzielnie, weterynarię, służbę ochrony roślin i w ogóle przez różne in­stytucje, przedsiębiorstwa i zakłady pracy. Z cza­sem wyznaczono stałą porę dla nadawania ko­munikatów, a limit czasu określono na maksimum 10 minut. Komunikaty czytał personel Radio­węzła, ich treść często pisana była „lewą nogą do prawej kieszeni". Zaszła zatem konieczność unormowania zjawiska i wtedy KM PZPR w Sko­czowie, któremu przewodził I sekretarz Edward Sajak, powołał do życia społeczne kolegium re­dakcyjne programów radiowych.


Ponieważ przewodniczącym został Karol Sto­kłosa z „Filców", przeto dobrał sobie zespół w większości złożony z pracowników tej fabryki: Daniela Olszewskiego. Józefa Drobka, Jadwigę Kołodziejczyk i Klarę Zadora. W skład powoła­no także Karola Barabosza (Betoniarnia), Aure­lię Tarkowską (sekretarkę KM PZPR) i Ta­deusza Kopoczka (Powszechna Spółdzielnia Spo­żywców) .


Filarem kolegium był niezrównany w pomysłach Daniel Olszewski, który wkrótce po utworzeniu zespołu zaproponował nadawanie cyklicznych au­dycji słowno-muzycznych, czegoś na wzór „ślą­skiej czelodki radiowej" Kaczmarka i Lichtonia. zatytułowanej „Paweł z Jónkiem w Skoczowie — coś wam ciekawego powie". Występowali: Paweł Mamrok (D. Olszewski) z żoną Jewką (J. Ko­łodziejczyk), Jónek Krytyka (K. Barabosz) z Han­ką (K. Zadora), Jędrys (J. Drobek), Jozef (T. Kopoczek) i sporadycznie jakieś sąsiadki lub doraźnie wprowadzane postacie. Teksty w prze­ważającej większości pisał D. Olszewski, który też stworzył model fabuły. Pisał również — na ogół przemiennie — K. Barabosz, kilka audycii wyszło spod pióra K. Stokłosy i może jedna lub dwie były -autorstwa T. Kopoczka.


D. Olszewski swoje teksty ubarwiał piosenkami, układanymi na okolicznościowy temat. Audycie trwały do 40 minut i nadawane były w czwartki


ok. godz. 17. Skoczowskie Radio-Studio jako je­dyne w kraju uzyskało tak duży limit czasu (poza rym codziennie, bez niedziel i świąt po 15 minut), dzięki niezwykłemu oddziaływaniu na środowisko nadawanego programu własnego. Przez kilka lat skoczowskie Radio-Studio uchodziło też za naj­lepsze w kraju i stawiane było za wzór wielu ważniejszym i większym rangą ośrodkom.


„Paweł z Jónkiem" były audycjami opartymi o dialog występujących stałych postaci, a treścią ich była krytyka negatywnych zjawisk, niedociąg­nięć, marnotrawstwa, zalegania w obowiązkowych dostawach, dostarczania do skupu zawołczanego ziarna, zanieczyszczonego mleka, przepojonego bydła itp. Posługiwano się autentycznymi nazwi­skami ludzi winnych różnych zaniedbań. Przygry­wał malutki zespół muzyczny pod kierownictwem Gustawa Wentruby, w składzie: Julian Raszyk, Ferdynand Chrobok, N. Mentel, Henryk Król i  kilku jeszcze innych. Sygnałem czwartkowej au­dycji było kilka pierwszych taktów piosenki „Zie­lony mosteczek ugina się"...



Z biegiem czasu zaczęto nadawać inne cykliczne audycje, jak „Uwaga, uwaga: głos ma cięta saty­ra" autorstwa T. Kopoczka, „Ciekawostki z dzie­jów Skoczowa", pisane przez Pawła Szarca, który nieco później dołączył do zespołu, komentarze i felietony (T. Kopoczek), porady i pogadanki rolnicze (w oparciu o fachowe materiały nadsy­łane przez specjalistów), dzienniki (T. Kopoczek), audycje szkolne, przygotowywane przez nauczycieli.


Do grona wykonawców dołączyły — niestety na krótko — fenomenalne głosowo Jadwiga Kocha­nek i Janina Hoffman.


D. Olszewski nie tylko tworzył. Wymyślał, konstruował i wykonywał rekwizyty do efektów dźwiękowych. (...)


Studio i jego zespół znajdowali się w stałym centrum zainteresowania Rozgłośni Polskiego Ra­dia w Katowicach, gdzie działała redakcja in-struktażowo-organizatorska, a stałym opiekunem Skoczowa był red. Zdzisław Kowalik, który często bywał na posiedzeniach kolegium, zaś jego człon­kowie uczestniczyli w licznych seminariach, kon­ferencjach i spotkaniach. Organizatorem jednej wojewódzkiej konferencji instruktażowej dla dzia­łaczy radio-studiów ?—- był Skoczów. Polskie Radio urządzało też kilku tygodniowe i miesięczne kursy specjalistyczne.


W dwóch takich, jako jedyny przedstawiciel Skoczowa, uczestniczył T. Kopoczek. (...)


Członkowie kolegium zaopatrzeni zostali w es­tetyczne i trwałe legitymacje, firmowane przez Prezydium MRN w Skoczowie.


Wszystkie audycje nadawane były „na żywo" do jednego mikrofonu, co musiało mieć wpływ na nie najlepszą jakość emisji. Coraz głośniej było słychać o pojawieniu się amatorskich magnetofo­nów, wytwarzanych w NRD. Były jednak nie do zdobycia, a przy tym potwornie drogie (ok. 20 rys. zł, przy średniej płacy wynoszącej ok. 700 zł).


Red. Z. Kowalik przekazał wiadomość, że istnie­je możliwość zdobycia upragnionego magnetofonu.


Na zwiady wydelegowany został T. Kopoczek, któremu ważna osobistość z Rozgłośni red. N. Frank oddał do dyspozycji służbowy samochód i przekazał adres ... proboszcza w Radzionkowie, który był gotów magnetofon sprzedać. Kosztował ... 18 tys. złotych! Kolegium było zrozpaczone: skąd wytrzasnąć taką ilość pieniędzy? S. Pabiś, któremu zdarzało się od czasu do czasu zadziałać od ręki, wpadł na pomysł zaciągnięcia pożyczki w KS „Włókniarz" (później Klubowi przekazano dotację miejską, co było możliwe z uwagi na fakt, iż Klub posiadał osobowość prawną; Radio-Studio formalnie i faktycznie było ... niczyje!


Zespół rozpierała duma z bezcennego nabytku. Próby techniczne wypadły pomyślnie, zgrany z apa­raturą nadawczą magnetofon spisywał się dosko­nale. Nieograniczonej ilości taśm dostarczyia ka­towicka rozgłośnia. Kłopot był ze szpulami, ale te cichaczem sprowadzono zza Olzy. Nagrywano przede wszystkim „Pawła i Jónka", a D. Olszew­ski snuł najbardziej śmiałe plany o taśmotece, o wyeliminowaniu „żywej" kapeli, z którą — nie zawsze — ale bywał kłopot.


Podjęto próby nagrywania reportaży w fabry­kach, a nawet na skoczowskim stadionie, ale wte­dy okazało się, że kabel mikrofonu jest za krótki. A był to w owych czasach produkt nie do zdo­bycia — kabel mikrofonowy musiał posiadać ze­wnętrzną metalową siatkę, tzw. ekran.


Z kłopotu Studio wybawił niezawodny Karol Kruczek, spec od skoczowskiej, jemu tylko po­słusznej telefonicznej centrali — staruszki. Przy­pomniał sobie mianowicie, że na Rynku po gzymsie którejś kamieniczki, w charakterze tele­fonicznego przewodu biegnie ok. 20 m ekrano­wanego kabla. Gotów był go zamienić, ale co za­montować na jego miejsce? W owym czasie po­jawił się już 2-przewodowy kabel w osłonie ige­litowej. K. Kruczek dokonał błyskawicznego prze-montowania i niezbędna „ekranówka" znalazła się w posiadaniu Studia. Do szczęścia już chyba niczego nie brakowało, choć przydałby się jakiś pojazd, gdyż magnetofon ważył ponad 20 kg! (...)


Radość nie trwała długo. Któregoś dnia magne­tofon nieprzewidzianie wydawać zaczął beczko-wo-studzienne buczenie. Początkowo wady nie wykryto, choć zajmowali się tym różni specja­liści. Dociekliwy D. Olszewski „wyniuchał" jednak, że ciekawski nieznanego urządzenia W. P. zabrał był magnetofon do domu, by bliżej przyj­rzeć się owemu cudowi techniki. Porozkręcal i ... już nie złożył jak poprzednio. (,...)


D. Olszewski lata cale strawił na próbie uru­chomienia nieszczęsnego magnetofonu. Z biegiem czasu zdobył tomy specjalistycznej literatury i wtedy wykrył defekt, którego nigdy nie udało się usunąć.


Zespół Studia audycje nadawał po staremu. Swą działalnością zyskiwał coraz większy roz­głos. Uczestniczył w wielu propagandowych im­prezach na Śląsku, zdobywał laury, dyplomy, listy pochwalne.


Listy. Był to prawdziwy fenomen. Poczta co­dziennie dostarczała dziesiątki listów od słucha­czy, którzy dodawali otuchy zespołowi redakcyjnemu. Podsuwali też tematy i prawie nigdy ko­legium nie zawiodło sie na żadnym autorze listu.


Skwapliwie też odpowiadały na krytykę insty­tucje, które stały sie „bohaterami" audycji. Z treścią odpowiedzi zapoznawano słuchaczy, któ­rzy często mieli ostatnie zdanie w danej sprawie. Był to wielkiej rangi społeczny oręż i mało kto chciał być wykpiony przez „Pawia i Jónka" lub „Ciętą satyrę'.


W ostatniej fazie swego działania Radiowęzeł zyskał godne swej rangi pomieszczenia w budyn­ku Poczty (dawniej Sądu Grodzkiego) na I pię­trze. Tu też dopiero urządzono studio nadawcze z prawdziwego zdarzenia: były dźwiękochłonne ściany, połączenie z ampiifikatornią niezawodną sygnalizacją, pojawiło się też więcej mikrofonów. Nowoczesne urządzenia nadawcze zmontowane zostały przez Leopolda Porębskiego i wówczas (lata 1954—55) były prawdziwym cudem techniki.


Pod koniec lat 50. zmienił się klimat dla dzia­łalności lokalnych radio-studiów. Coraz bardziej zaczęto ograniczać limity czasu dla programów lokalnych. Prawda jest i taka, ze „kołchoźnik" — w owych latach najbardziej masowy środek spo­łecznego komunikowania — zaczął Dyć wypierany przez coraz bardziej dostępny aparat radiowy, których wielki wybór w latach 19j5—56 pojawił się na rynku z importu z NKD. Po czasie „doszlu-sował" także rodzimy przemysł radiowy.


Działalność skoczowskiego Radio-Studia za­nikła.


Warto i należy podjąć działania nad odszuka­niem przebogatego archiwum tekstów oraz listów słuchaczy. Byłby to cenny przyczynek do studiów nad trudnymi czasami, charakteryzującymi się jednak społecznikowską pasją i entuzjazmem dzia­łania wielu ludzi.


Dziś, w dobie nieprzebierającej w środkach po­goni za materialnymi dobrami, kuriozalnym wy­dawać się może fakt, iż zespól Radio-Studia dzia­łał absolutnie społecznie. Fojęcie wynagrodzenia lub honorarium autorskiego — było tym ludziom obce. Nieznane także było zwalnianie do pracy społecznej lub oddelegowanie do tej działalności.


Może to zabrzmieć patetycznie, ale najwspa­nialszą nagrodą dla zespoiu było uznanie i po­parcie słuchaczy, a jeszcze większą — wiadomość, że coś, wytknięte w audycji, uległo zmianie na lepsze, że jakiś sobek zmienił stosunek do oto­czenia. (...)


Nagrody kwartalne, które gdzieś od polowy działalności Radio-Studia przyznawano zespołowi — były po prostu symboliczne, ot „na papierosa". Za identyczne teksty każda gazeta płaciła co naj­mniej 20-krotnie więcej...


By pełna poświęcenia działalność członków zespołu Radio-Studia Skoczów, jej owocne i nie­zaprzeczalne efekty oraz skutki społeczne, gospo­darcze a także polityczne nie poszły w niepa­mięć ?— skreśliłem tę garść wspomnień. Być może kiedyś nabiorą one rangi cennej, przyczynkarskiej informacji historycznej.


TADEUSZ KOPOCZEK

DRUŻYNA HARCERZY... DO WSZYSTKIEGO

 

(fragment pracy nagrodzonej III nagrodą)

 

Inauguracyjna zbiórka skoczowskiej „Podha­lanki" odbyła się 13 marca 1957 r., a już 28 mai-ca drużyna liczyła 24 kandydatów na harcerzy. Pierwsze skromne „grosze" harcerze uzyskali ?e sprzedaży złomu i makulatury.


Rada drużyny zaakceptowała szatański plan, by o opiekuństwo poprosić Stefana Pabisia — prze­wodniczącego Prezydium MRN. Zadecydowano też O nazwie: Drużyna „Podhalańska" im. gen. Józefa Bema. Miała kontynuować tradycje niezrównanej cieszyńskiej „Podhalanki" z pierwszych lat po­wojennych, zaś dla przyszłych harcerzy stanowiła dodatkowy element atrakcyjności, którym było cha­rakterystyczne umundurowanie: peleryny i kape­lusze z pióropuszami. Narazie jednak były to ma­rzenia.


Drużynowy a równocześnie założyciel drużyny (Tadeusz Kopoczek) przedstawił potrzeby opie­kunowi, który nie bez satysfakcji dał się w tę rolę wrobić. Obecny przy rozmowie był I sekre­tarz KM PZPR Edward Sajak i może dzięki temu nasze potrzeby zaczęły być załatwiane od ręki. Trzeba jednak dodać, że pomysł utworzenia dru­żyny robotniczej, złożonej z bezpańskiej młodzie­ży pozaszkolnej, bardzo władcom Skoczowa przy­padł do gustu. Połączyli się telefonicznie z kilku dyrektorami i sprawy zostały załatwione. „Filce" zobowiązały się nieodpłatnie dostarczyć kapeluszy z odrzutu wojskowego, Garbarnia zadeklarowała skórę na pasy, „Wełna" przyrzekła wyprodukować specjalną tkaninę na mundurowe peleryny. Stefan Pabiś z sobie tylko wiadomej kiesy sfinansował zakup drelichu na mundury.


Wokół drużyny było coraz głośniej. W jej sze­regi — w charakterze instruktorów — wstąpili: Leszek Sikorowski, Rudolf i Teodor Buchtowie, Henryk Żak, Leopold Bienias, Stanisław Chorób-ski i Ryszard Malanowski. Już 14 kwietnia har­cerski tygodnik ilustrowany „Na Przełaj" za­mieścił obszerny fotoreportaż (z okładką włącz­nie) o drużynie, której sława rosła w wojewódz­twie katowickim i kraju, zyskując z miejsca przy­chylność Komendy Chorągwi i Głównej Kwatery. W reaktywowanym harcerstwie bowiem „TO BYŁO TO!"...


Wprost przeciwnie było w środowisku skoczow­skim (...) i w... Komendzie Hufca w Cieszynie.


W przeddzień 1 Maja 1957 r. drużyna (z pro­porcem roboty Janiny Żak, na drzewcu wykona­nym przez jej męża Henryka) wystąpiła oficjalnie po raz pierwszy na capstrzyku. W jednolitych mundurach, z kapeluszami „podhalańczyków" na głowach (godzi się podkreślić, że uszycia mundu­rów, w bardzo krótkim terminie, podjął się mistrz krawiecki Jan Chrapek, któremu należność spła­caliśmy ratalnie). (...)


Kiedy 18 maja 1957 r. drużyna piechotą udała się do Brennej-Leśnicy (kolo Madusioka) na swój pierwszy biwak — nosiła już niebieskie chusty z naszytymi szarotkami z białego filcu. 30 maja liczyła 32 harcerzy i taki stan utrzymywał się przez cały okres jej działania.


Ponieważ „Podhalanka" znajdowała się w zde­cydowanej niełasce Komendy Hufca w Cieszynie (...), nie mogła zatem liczyć na żadną jej pomoc. Tymczasem sprzęt był bardzo potrzebny, gdyż nie­bawem zamierzano urządzić pierwszy obóz. By wybrnąć z kłopotu, 20 maja utworzono przy dru­żynie... Koło Ligi Przyjaciół Żołnierza, co spła­wiło, że znalazły się namiot)', pałatki, saperki, bu­sole, kbks-y, amunicja, świece i granaty dymne, maski przeciwgazowe, rakietnice z nabojami a na czas trwania obozu wypożyczono nam wojskową kuchnię polową. Przez kilka lat Koło LPŻ przy „Podhalance" — poniekąd efemeryda organiza­cyjna — należało w powiecie do najlepszych.


Tymczasem zbliżał się czas pierwszego obozu. Drużyna zainspirowała obchody „Dnia Morza", a urządzony z tej okazji festyn dostarczył 9.579 zł dochodu. Nie było tego wiele, jednak na poziomie ówczesnych zysków innych organizatorów sko­czowskich festynów. Pieniądze miały być przezna­czone na nasz obóz, gdyż wypracowane zostały przy walnym udziale oraz z inicjatyw)' drużyny. Tymczasem... zabrała je Komenda Hufca, która na dokładkę nie wyraziła zgody na urządzenie własnego obozu drużyny. (...)


Zezwolenia — łącznie z „błogosławieństwem" — udzieliła natomiast... Komenda Śląskiej Cho­rągwi ZHP w Katowicach, wyrażając uznanie dla naszej inicjatywy (sic!).


Jeszcze w czerwcu powstała żeńska drużyna „Podhalańska", którą krótko prowadziła Irena Krużołek, a po niej aż do fuzji z męską „Pod­halanką" drużynową była Maria Buchta.


Obóz „Podhalanki" odbył się w Brennej na „Milerzach". Każdy uczestnik, łącznie z kadrą, opłacił należny koszt udziału. Mimo obietnicy przekazania 1 tys. zł, Hufiec nie dal ani grosza. Pożyczył nam namiot, który nadawał się na szmelc. Duszą i motorem napędowym obozu był Leszek Sikorowski. (...)


Drużyna bezustannie szokowała środowisko cie­kawymi imprezami i niecodziennymi przedsięwzię­ciami, do których zaliczyć należy: zawody strze­leckie na szczeblu miasta, urządzenie lodowiska na „żydowszczoku" (zaproszono katowickich łyżwia­rzy na propagandowe popisy tej dyscypliny sportu), udział w akcjach przeciwpożarowych, za­wody narciarskie, dokarmianie zwierzyny leśnej


1 ptactwa. (...)

Znaczący był udział drużyny w kampanii wy­borczej do rad narodowych, a w dniu wyborów

2 lutego 1958 r. pomoc w dowożeniu do lokali wyborczych steranych wiekiem i chorobami mieszkańców miasta.

1 Maja 1958 r. „Podhalanka" wystąpiła w nowouszytych pelerynach. Od tej pory mundur był kompletny. (...)


26 czerwca drużyna gremialnie uczestniczyła w pierwszej swojej akcji powodziowej, zyskując uznanie, podziękowanie władz i prasowy rozgłos. 9 lipca Komenda Chorągwi po raz drugi wydała zezwolenie na urządzenie obozu własnego „Podha­lanki" oraz... 4 tys. zł, które... obiecywała wyasyg­nować Komenda Hufca. 12 lipca obóz rozpoczął się w malowniczym zakątku Małych Pienin w Ja­workach k/Szczawnicy. Na rmejsce, na które do­jechaliśmy samochodem ciężą owym (za którym jechała dymiąca kuchnia z grochówką), odpro­wadzał nas Edward Sajak, wyrażając uznanie za wybór malowniczego miejsca obozu. 24 uczestni­ków zdobyło stopnie harcerskie, kilkadziesiąt sprawności (w rym „Trzy pióra"!), kilku kandy­datów na harcerzy złożyło obrzędowe przyrzecze­nie harcerskie. Wizytacja obozu, dokonana przez wybitnego działacza ZHP hm Sniegockiego z Poz­nania, wystawiła organizatorom bardzo dobrą oce­nę. Obóz ostatecznie scementował drużynę.


Prezydium MRN przydzieliło drużynie dawną pompownię wodociągową w parku n/Wisłą. Ciasna, ale własna siedziba była równocześnie ma­gazynem coraz liczniejszego sprzętu i harcówką. Trzeba dodać, że ruderę tę harcerze we własnym zakresie przystosowali do stanu użytkowania. Działo się to jeszcze przed wyjazdem na obóz. Widząc zapał harcerzy oraz ich pracowitość, przy­dzielono drużynie ostatni pawilon powystawowy (najbliżej amfiteatru) w parku. W jesieni gotowa była w nim nowa, obszerniejsza harcówka wraz z piętrem, natomiast część podłużną, bez posadzki, tylnej ściany i sufitu, z pojedynczymi oknami, drużyna postanowiła urządzać sukcesywnie.


30 listopada 1958 r. w 48 n-rze „Na Przełaj" ukazał się kolejny fotoreportaż z życia „Podha­lanki", zatytułowany „Chłopcy do wszystkiego". Pierwsze kroki zaczął stawiać... zespół muzyczny, a zapoczątkowała go elektryczna .gitara, zbudowa­na przez Leszka Sikorowskiego.


W grudniu drużyna uczestniczyła w wielkich pokazach sprawności strażackich na Rynku w Cie­szynie, będąc odpowiedzialna za błyskawiczne roz­winięcie polowej sieci telefonicznej oraz jej obsłu­gę w czasie pokazów. (...)


Z okazji Nowego Roku drużyna rozesłała efek­towne życzenia powielone metodą fotograficzną. Tą techniką wykonywano dyplomy, zaproszenia na imprezy i coroczne życzenia, zawsze usłużnie i za darmo projektowane przez „Szoriego" (Edward Biszorski — przyp. red.), który wykonał także — dziś już unikalną — plakietkę pamiątkową z okazji 5-lecia drużyny. Ale do jubileuszu po­zostało jeszcze trochę czasu.


30 czerwca 1959 r. tradycyjna w Skoczowie po­wódź, omal nie zniweczyła przygotowań do wiel­kiej imprezy. „Podhalańczycy" znowu dali popis ofiarności. 5 lipca odbył się rekordowy pod wzglę­dem frekwencji, obrotów i dochodu festyn z okazji „Dnia Morza". Zasługa to dr. Jerzego Siekluckiego, który idea imprezy porwał za sobą Kolo Przyjaciół Harcerstwa, zaś drużyna dwoiła się i troiła, by sprostać ciążącym na niej obo­wiązkom. Obrót wyniósł 102 tys. zł! Uzyskano ponad 40 tys. zysku, to jest tyle, ile wynosił do tej pory największy... obrót na największym sko­czowskim festynie! Tego jeszcze nie było. Prawdą jest, że reklama była przednia, z ulotkami rozrzu­canymi z samolotu oraz zaproszeniem do Skoczo­wa dwóch niedzielnych... pociągów górniczych!


I oto kolejny obóz. Inny, jak żaden do tej pory. Ciężarowym samochodem, wypożyczonym przez Garbarnię, 13 harcerzy pod wodzą Leszka Sikorowskiego wyruszyło na trasę: Bielsko — Myślenice ?— Nowy Targ — Zakopane — Szczaw­nica i Jaworki — Rożnów — Krynica — Sucha Beskidzka. 9 dni pod nowymi namiotami (zaku­pionymi z festynowego zysku) popisowo i bły­skawicznie rozbijanymi na coraz nowych miejscach popasu. Impreza kosztowała 18 tys. zł, ale spieszno trzeba dodać, że w kwocie tej mieści się 13,323,80 zł za zakup... namiotów, materacy i innych urzą­dzeń biwakowych. Czyż nie godzi się podkreślić gospodarności i bezinteresowności kadry „Podha­lanki"?...


A po powrocie do domu — nowy pomysł i no­wa pasja. 18 sierpnia 1959 r. podjęto próbę „od­kopania" śladów starego Skoczowa w legendarnym „Piekiełku". Szczere chęci i niezwykły zapał nie mogły sprostać archeologicznym umiejętnościom. Głębokie wykopy były kompromitującym dowo­dem naszej ignorancji. Sprowokowani przez nas, a przez kustosza Muzeum w Cieszynie dr. Ludwi­ka Brożka ściągnięci w trybie alarmowym archeo­lodzy w kilkucentymetrowych odkrywkach znaj­dowali cenne, wczesnośredniowieczne zabytki. „Podhalańczycy" byli potem podstawową kadrą niefachowej siły roboczej podczas okresowych ba­dań archeologicznych, jakie tu pod wodzą dr Jerzego Szydłowskiego podejmowano w latach następnych.


W dniach 26—28 września 1959 r. w Zabrzu odbył się potężny Zlot Powstańców Śląskich i Harcerstwa. Każdy Hufiec miał obowiązek dele­gowania najlepszych drużyn do reprezentacyjnego obozu zlotowego. W Hufcu Cieszyn do tej impre­zy szykowano bliżej nieokreśloną „cywiibandę", co niespełna 2 tygodnie przed Zlotem wykryte zostało podczas wizytacji przeprowadzonej przez Komendę Chorągwi. I wtedy zerwała się burza. (...) Organizację cieszyńskiego obozu zlotowego powierzono „Podhalance", a z uwagi na „gardło­wy" termin uzbrojono ją w nieograniczone pełno­mocnictwa.


W obozie zlotowym uczestniczyły drużyny: wodniaków ze Strumienia (Henryka Puszczewi-cza), wodniaków z Cieszyna (Bronisława Tom­czaka), żeńska „Podhalanka" ze Skoczowa (Marii Buchta) i „Podhalanka" męska. Podjęto pomysł Leszka Sikorowskiego, by harcerki wystąpiły w nowych mundurach. Ich model opracował... Leszek Sikorowski, a błyskawicznego uszycia podjęła się jego szwagierka Inka Guziur. Mundu­ry wywołały furorę. Po defiladzie, którą odbie­rali m.in. Marszałek Polski Marian Spychalski i Naczelnik ZHP Zofia Zakrzewska, wysocy goście zjawili się w obozie cieszyńskim (usytuo­wanym na dalekich peryferiach zabrzańskich bło­ni), by z bliska obejrzeć mundury harcerek. Skła­dały go bluzy typu kanadyjka, rozpinana spódnica, pod którą harcerki nosiły zgrabne szorty z tego samego materiału. (...) Zofia Zakrzewska po obejrzeniu mundurów poleciła kwatermistrzowi GK ZHP niezwłoczne upowszechnienie praktycz­nego i niezwykle twarzowego munduru. Niestety, po kilku miesiącach od Zlotu odeszła z funkcji Naczelnika ZHP...


24 stycznia 1960 r. reprezentacja drużyny zali­czyła pierwszy zagraniczny występ w zawodach sportowo-obronnych SVAZARM-u w CSRS, przy­wożąc... IV miejsce. W 3. rocznicę działania „Podhalanki" (gaszenie pożarów, biwaki, wy­cieczki, nocne gry terenowe, udział w każdym prawie ciekawym rajdzie, wygrywanie omal wszystkich konkurencji na harcerskich zawodach, a przede wszystkim oswajanie się z dyscypliną, obowiązkowością, pracą społeczną, nauka ogłady towarzyskiej) z braku drużynowej żeńskiego od­powiednika (Maria Buchta została żoną drużyno­wego cieszyńskich wodniaków Bronisława Tom­czaka), obie drużyny podporządkowano jednej męskiej komendzie.


10 lipca odbył się kolejny festyn, który druży­nie dostarczył 5 tys. zł na koszta własnego obozu. Miał być tym razem obozem wędrownym, pie­szym, na trasie Szczawnica, Jaworki, Radziejowa, Przehyba, Rytro — pod wodzą Tadeusza Ko­poczka. Ulewne deszcze zatrzymały uczestników obozu w Szczawnicy, gdzie harcerze, już niejako z nawyku, uczestniczyli w walce z rozszalałym żywiołem wodnym. Niby-obóz trwał 8 dni, uczestniczyło 21 harcerek i harcerzy. Łączny koszt z przejazdami i... noclegami w stodole (nie­stety) wyniósł niespełna 8 tys. zł.


Ekipy służb komunalnych pomogły przy wy wykonywaniu fachowych robót (murarka tylnej ściany, ocieplenie sufitu, zamurowywanie co dru­giego okna) w długiej części powystawowego pa-wilonu-harcówki drużyny. Drobne roboty wyko­nywali harcerze, za składkowe pieniądze kupując gniazdka, wyłączniki, lampy, przewody, pędzle, farby, zasłony do okien i wiele innych. (...)


3 stycznia 1961 r. drużyna otrzymała (za równowartość wagową złomu) samochód tereno­wy „willys", przekazany przez Skoczowskie Za­kłady Sprzętu Rolniczego i Ochronnego. (...) Odremontowany pod koniec kwietnia wyruszył z garażu, a 1 Maja uczestniczył w pochodzie. (...) 9 lipca trzeci obszerny fotoreportaż w „Na Prze­łaj" (nr 28) zapowiedział obóz „Podhalanki" w-... Bieszczadach, dokąd 13-osobowy skład pod wodzą Jana Fiedora (komendant) wyruszył dopiero 24 lipca. Jakże bowiem bez udziału „Podhalanki" mogła się odbyć w Skoczowie uroczystość odsło­nięcia Pomnika „Poległym za Polskość Śląska" (22 Lipca 1961 r.) ?


Bieszczadzkie przeżycia oraz harcerskie doko­nania i zdobycze — to odrębny temat (kwater­mistrzem i kierowcą „willysa" był Leszek Sikorowski), nic sposób jednak pominąć faktu, że obóz w tym zakątku Polski w 1961 r. był wy­czynem śmiałym i... pionierskim.


15 października otwarł swe podwoje Klub Har­cerski „Szałas", dając zaczątek zorganizowanego życia kulturalnego w pustych, niewykorzystanych pawilonach (pozostałościach wielkich w prze­szłości powiatowych wystaw rolniczych). (...)


Za wyjątkiem wtorków i piątków odbywały się tu różne interesujące imprezy, jak: koncerty, spot­kania z aktorami, odczyty, wystawy, rozgrywki sza­chowe, turnieje wiedzy a nawet projekcje filmo­we. Stanowiły one atrakcyjną ofertę kulturalna nie tylko dla młodzieży Skoczowa. Imprezami w „Sza­łasie" nie gardzili nawet dorośli i to w wielu wy­padkach wybredni mieszczanie.


I znowu niezbędne podkreślenie: działo się to wszystko społecznym sumptem kadry i członków „Podhalanki". Tu właśnie, w „Szałasie", odby­wały się utrzymywane na wysokim poziomie kul­turalnym wieczorki taneczne dla młodych sko-czowian, a przygrywała — rzecz jasna — har­cerska orkiestra.


Nie sposób nie odnotować doniosłego w dzie­jach drużyny wydarzenia, jakim była wizyta w „Szałasie" harcerskich zwierzchników: Józefa Haensla — komendanta katowickiej Chorągwi, Jerzego Wojciechowskiego — jego zastępcy, późniejszego wieloletniego Naczelnika ZHP oraz kilku innych działaczy Związku. Bez cienia za­strzeżeń otrzymała „Podhalanka"... „błogosławień­stwo" na przyszłość i „rozgrzeszenie" Z WSZEL­KICH GRZECHÓW, KTÓRYCH W PRZE­SZŁOŚCI NIE UDAŁO NAM SIE POPEŁNIĆ...


Były to słowa-balsam za wszystko, czego nam — za sprawą dziwnych ludzi — przeszłość nie szczędziła...


Pierwsze w dziejach Skoczowa spotkanie z mieszkańcami II półkuli — Kubańczykami (11 stycznia 1962 r.), przerodziło się w wielo­miesięczne, serdeczne i ożywione kontakty. Po Kubańczykach „podhałańczycy" zaprzyjaźnili się z Tunezyjeżykami, a harcerka Irena Czyż została szczęśliwą żoną jednego z nich.


13 marca — 5-lecie drużyny. Były pierwsze instruktorskie nominacje dla kilku harcerzy. W kwietniu „Podhalanka" odbudowała party­zancki bunkier w „Wilczem" nad doliną Leśnicy w Brennej, a 9 maja spotkała się z legendarną radiotelegrafistką Aleksandrą Anisimową. Była też drużyna organizatorem kolejnego wielkiego obozu zlotowego w Brennej, który odbył się (17 czerwca 1962 r.) w 20. rocznicę utworze­nia PPR. Hufiec Cieszyn otrzymał tu sztandar organizacyjny i znowu należy podkreślić: chorą­żym Hufca był „podhalańczyk" Jan Fiedor (ko­mendantem obozu Tadeusz Kopoczek).


W lipcu drużyna stanowiła kadrowy i kwater-mistrzowski trzon obozu Hufca Cieszyn w Przy-lubsku, obozu inaugurującego udział naszego harcerskiego regionu w słynnej akcji „ZAMO-NIT".


Drużyną przemiennie dowodzili Leszek Siko­rowski i Tadeusz Kopoczek, zaś ok. 1964 r. ko­mendę przejął Leopold Bienias. Kiedy z funkcji komendanta Hufca odszedł Jerzy Kopeć (a spra­wował ją od końca 1961 r.), drużyna ponownie stała się solą w oku. Przerost ambicji niektórych działaczy harcerskich nie mógł pogodzić się z faktem, że „podhałańczycy" w żadnym kon­kursie, turnieju, biegu harcerskim, manewrach — nie pozwolili innym uplasować się na czołowych lokatach. Zajęci nadmiarem zawodowych obowiąz­ków Leszek Sikorowski i Tadeusz Kopoczek ani się spostrzegli, kiedy w 1967 r. „Podhalankę" bezceremonialnie... rozwiązano!,


Żyła ona jednak w nawyku licznych harcerek i harcerzy, których spora grupa przez wiele lat sprawowała funkcje renomowanej kadry instruktor­skiej ZHP, chętnie zapraszanej, ba! ANGAŻO­WANEJ do pomocy w obozach, które w okolicy Skoczowa i w naszym regionie licznie rozbijaiy hufce Śląskiej Chorągwi ZHP.



Wydała „Podhalanka" 3 komendantów hufców,


2 komendantów rejonu, wielu kadrowiczów, któ­rzy wchodzili w skład komend hufców. Przez jej szeregi przewinęło się 20 harcerek i 81 harcerzy, z których wielu, pod wpływem konsekwentnie prowadzonego procesu wychowawczego, „wyszło na ludzi", zajmując wysokie funkcje zawodowe, społeczne i polityczne.


Zdarzały się też porażki wychowawcze. Ale jak to w życiu: „są ludzie i są też... ludziska". Tych drugich w drużynie była znikoma garstka, choć nie da się zaprzeczyć, że kiedy należeli do „Pod­halanki" — trzymali „fason" i starali się do­równać pozostałym.


Nie da się też zaprzeczyć, że „Podhalanka" — w powojennym 40-leciu Skoczowa trwale zapi­sawszy 10-letni rozdział życia młodzieżowego i społecznego — była animatorem nie tylko har­cerskiego działania. Była nim, mimo wielu wro­gów i ich zakulisowych działań. (...)


Klub Harcerski „Szałas" -— w drugiej fazie prosperity sprzęgnięty z PUPiK „Ruch" — stano­wił kamień węgielny zorganizowanego życia kul­turalnego a przede wszystkim powstałego w parku n/Wisłą Międzyzakładowego Domu Kultury „Tryton".


Skrzętna, często mrówcza praca harcerska kadry —- a wraz z nią całego stanu osobowego 45. Dru­żyny Harcerzy „Podhalańskich" im. gen. Józefa Bema — nie poszła na marne.


Zaświadczają o tym liczne dokonania, fakty, a przede wszystkim żywi ludzie.