Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Nie lubię wspomnień

 

Maria Wróbel

"Nie lubię wspomnień"

 

Mam 70 lat i nie lubię wspomnień. Na półce z książkami leży gruby zeszyt wypełniony dziecinnym pismem - mój pamiętnik. Nie zaglądam do niego - bo ja nie lubię wspomnień. Ale oto pojawił się na ekranie telewizyjnym serial "Boża podszewka", wzbudzający duże zainteresowanie i kontrowersje.


Podczas glądania go - odżyły wspomnienia. Miałam tyle samo lat, co Genia - córka "bożej podszewki" - Marysi, kiedy odjeżdżałam z rodzinnych stron bydlęcym wagonem w nieznane, zostawiając groby bliskich. Mój ojciec podobnie jak ojciec Gieni był sędzią. Ale nie poczciwym safandułą z filmu, lecz kochającym i dbającym o rodzinę, w sile wieku mężczyzną.


Moja matka nie oszalała po stracie męża, lecz gdy została sama z dwójką dzieci bez środków do życia, walczyła o byt i przeżycie, wierząc w lepsze jutro. Mieszkaliśmy nie w Wilnie, lecz we Lwowie, a podczas wojny na wsi podlwowskiej u rodziny ojca.


Ale cóż porównywać. Zacznijmy od początku - od 1 września.


Tak ten dzień opisuję w pamiętniku: "Stało się coś strasznego! Rano poszłam kopać rów przeciwlotniczy z sąsiadami. Ziemia była ciężka, więc tylko odgarniałam łopatą ziemię. Wtem, nad głowami zahuczał samolot. Patrzymy i podziwiamy. Na tle błękitu płynie potężny trzymotorowy samolot.

- To pewnie angielski - stwierdziliśmy i dalej do pracy. Po godzinie ktoś przyszedł z miasta i mówi, że Niemcy bombardowali Śniadecką, że poburzyli domy, zabili wielu ludzi."


Ten moment uważam za kres mojego dzieciństwa - miałam wtedy niecałe 12 lat.


Mieszkałam we własnym domu z ogródkiem, w willowej dzielnicy Lwowa z rodzicami i bratem. Ojciec zmobilizowany w stopniu kapitana, po wkroczeniu Sowietów uciekł z oczekującej go niewoli i dzięki temu uniknął Katynia, gdzie później znalezio­no brata mojej mamy. Ponieważ ojciec nie mógł już wrócić do zawodu sędziego - czuł się zagrożony aresztowaniem - trzeba było myśleć co dalej robić.


Nasze mieszkanie wynajęto, a rodzice z dziećmi i częścią dobytku pojechali do dziadków, do miasteczka niedaleko Lwowa - by przeczekać. Wszyscy myśleli, że "wojna szybko się skończy". Takie były nadzieje. Zamieszkaliśmy w wynajętym pokoju. Cen­niejsze rzeczy zostały u dziadków, reszta w schowku, w domu we w 1939 roku. Lwowie.

Przed Bożym Narodzeniem ojciec został aresztowany. I tak jak w "Bożej podszewce" mama chodziła pod bramy więzienia, aż po kilku dniach ojca wypuścili. Zdawało się, że groza minęła. Zaczęłam chodzić do szkoły.

 

 


Aż nadszedł dzień 10 kwietnia 1940 roku. W dziewczęcym pamiętniku zanotowałam: "W nocy o 12-tej godzinie Moskale zabrali tatusia do więzienia, a było to tak: ok. 11 godziny zbudziłam się. Na ulicy panował szalony ruch. Wtem nasz sąsiad Rosjanin puka i mówi: powiedzcie gospodarzowi, niech otworzy bramę. Mama puka do p. Jasińskich mówiąc: Moskal chce, żeby otworzyć bramę. Po długich pertraktacjach pan Jasiński otworzył. Po chwili pani Jasińska mówi, że robią u nich rewizję i nas to samo czeka. Po strasznej godzinie oczekiwania przyszli do nas. Zrobili rewizję i zabrali tatusia z panem Jasińskim. Tej chwili pożegnania nie zapomnę nigdy. Tego odejścia niewinnych ludzi otoczonych strażą, jak zbrodniarze".


Tej nocy zabrano z domów do więzienia wszystkich mężczyzn z miasteczka, którzy w jakiś sposób "zagrażali" władzy radzieckiej. Przede wszystkim inteligencję - w sile wieku. Moja mama wiedziona jakimś przeczuciem, wysłała mnie na wieś do ciotki - siostry ojca, a sama spakowała podręczne rzeczy do dwóch walizek i ukrywała się z 6 - letnim synkiem u znajomych starszych nauczycielek. W nocy z 12/13 kwietnia zabrano do bydlę­cych wagonów stojące na dworcu rodziny aresztowanych i innych ludzi, w tym mojego dziadka za to, że jego syn był oficerem (zginął w Katyniu) i jego synową. Wszystkich wywieziono do Kazachstanu. W pustym domu na łóżku została moja babcia, chora na raka. Mama dowiedziawszy się o tym, przebrała się za wiejską babę i uciekła z moim bratem na wieś, tam gdzie ja już byłam.


Ciotka odstąpiła nam jedną izbę z piecem, czymś do spania i tak zaczęła się nasza egzystencja, praktycznie od zera.


Ludzie na wsi byli dla nas bardzo życzliwi. Sami biedni, pracowali od wczesnej wiosny do późnej jesieni w polu, a gospodarstwa były samowystarczalne. Kupowano tylko sól, zapałki, naftę do lampy. Mama i ja pracowałyśmy u gospodarzy w polu, przy gospodars­twie, pasieniu krów. Dostawałyśmy za to zapłatę w naturze.


Po roku przyszedł pierwszy list od ojca z obozu w Archanielsku. Jak się później dowiedziałam ojciec został skazany jako "wróg ludu" na 8 lat ciężkich robót przy wyrębie lasu. Udało się nam posłać mu parę paczek, o które prosił. Były tam suchary, cebula i czosnek. Otrzymał też wiado­mość, że jesteśmy w kraju, a dziadek z ciocią, na Syberii.


W czerwcu 1941 r. Wkroczyli Niemcy. Było to dla nas jakieś wyzwolenie, bo zniknęła groźba wy­wiezienia na wschód. Mama miała większą swobo­dę w poruszaniu się, ze Lwowa przywiozła nieco naszych rzeczy.


Dużym wydarzeniem było kupno krowy, która stała się naszą żywicielką. Nabycie jej to był praw­dziwy cud, w czasie gdy Niemcy zabierali chłopom

bydło, świnie, konie. Mama poszła do zarządzającego majątkiem ziemskim Niemca z prośbą o pożyczenie na lato krowy. On zapytał, czy umie doić. "Nie umiem, ale się nauczę" - odpowiedziała mama, wtedy on zaproponował kupno krowy. Mama sprzedała wówczas złoty łańcuszek od zegarka ojca i w ten sposób miała pieniądze. Ponieważ ciotka nie zgodziła się na ustawienie krowy w jej oborze (bała się, że będziemy korzystać z jej paszy) krowa została u sąsiadów. Sąsiad był zadowolony z tego stanu rzeczy, bo w zamian za to dostawał nawóz spod krowy, którego brakowało z uwagi na ogólny brak bydła. Mieliśmy własne mleko, ser, masło. Mieliśmy też kawałek ziemi, na którym posadziliśmy kartofle, jarzyny, groch, fasolę.


W 1,942 roku panował wielki głód. Chodziłam od chaty do chaty i prosiłam o nasiona, którymi można by było obsiać ten kawałek ziemi. Ludzie dawali po szczypcie nasion pietruszki, buraków, garść fasoli, parę kartofli i tak. - uzbierało się. Żeby lepiej rosło nosiłam w wiadrach gnojówkę w pole i podlewałam rośliny. Za troskę ziemia zapłaciła nam obfitym zbiorem i już nie byliśmy głodni.


Mama martwiła się, że nie chodzę do szkoły. Kazała mi uczyć się na pamięć wierszy: I Księgi "Pana Ta­deusza", Ojca zadżumionych i wiele innych. Potem uczyłam się prywat­nie u będącego bez pracy nauczycie­la gimnazjalnego, który tak dobrze mnie uczył, że po latach nie miałam problemów w liceum.


Dużo czytałam - pożyczałam książki od znajomej nauczycielki. Ale przyszły inne problemy. Zaczęły się napaści Ukraińców na Polaków -nocą płonęły wsie.


Nasza wieś była zróżnicowana narodowościowo, mieszkało w niej wiele rodzin polsko -ukraińskich. Do tej pory wszyscy żyli w zgodzie - chodzili do siebie na święta - Polacy do Rusinów i na odwrót. Ale zaczęło być groźnie i pewnego dnia mama spakowała cały nasz nowy dobytek na furę, z tyłu przywiązała krowę i pojechaliśmy do miasteczka - odległego o 14 km. Tam zasiedliliśmy opuszczoną chałupę, była też stajnia dla krowy. Tak żyliśmy do lipca 1944 r.


Front zaczął się zbliżać, były naloty, słyszeliśmy wystrzały armat. 14 lipca podczas bombardowania, dwie bomby wybuchły obok rowu - schronu, gdzie schowała się mama z bratem i jeszcze 12 osób. Wszyscy zginęli! Ja ocalałam cudem, bo pasłam krowę w pobliskim sadzie i nie zdążyłam się schronić razem z nimi.


Bombardowanie miasteczka przez Rosjan trwało 12 dni. Dopiero jak wkroczyła Armia Czerwona można było odkopać zabitych. Moja mama wraz z młodszym bratem została pochowana w zbitej z desek trumnie, w rodzinnym grobowcu. Po wyjeździe z tamtych stron, nigdy już tam nie wróciłam.


Zostałam sama - mając 16 lat. Jak na ironię, parę tygodni wcześniej przyszła wiado­mość, że ojciec jest w Teheranie. Mama miała nadzieję, że jak Rosjanie (teraz alianci) wkroczą, to łatwiej będzie spotkać się z tatą. Jak pamiętam, całe te trudne lata żyliśmy wciąż jakąś nadzieją. Nie było w nas rozpaczy, a wprost przeciwnie - cały czas nadzieja, że wkrótce wojna się skończy i będzie dobrze. W najtrudniejszych chwilach nie traciliśmy ducha.


Po stracie matki i brata znowu zaczynałam nowe życie, nadzieja była mi bardzo potrzebna. Przygarnęła mnie rodzina profesora, u którego brałam lekcje. Zamieszkałam u nich w roli ni to krewnej, ni to służącej. Profesora wkrótce zabrano do wojska - została żona z małym dzieckiem i w ciąży oraz rodzice. Profesor poszedł wojować - dotarł aż pod Pragę.


Zaczęłam chodzić do szkoły - do 9 klasy rosyjskiej dziesięciolatki, gdzie uczyli polscy nauczyciele.


Dziwna to była klasa, jeszcze prawie dzieci, a niejeden miał za sobą ciężkie przeżycia. Był Żyd, który uciekł z transportu, para Żydów, która przeżyła ukrywając się w schowku na terenie getta, byli chłopcy z partyzantki.


Skończyłam 9 klasę, opiekując się jednocześnie nowo narodzonym dzieckiem mojej opiekunki i pomagając w domu. Ale coraz częściej dawano nam do zrozumienia, żeby wyjechać. Wciąż nachodzono nas i pytano, kiedy wyjeżdżamy "do Polski".


Tragiczna była wiadomość po konferencji jałtańskiej, że te tereny już nie należą do Polski - nasze groby, domy, wsie i miasta.


We wrześniu 1945 r. wraz z moją opiekunką, jej 4 - letnim dzieckiem i 9 - miesięcznym niemowlęciem wsiadłyśmy do bydlęcego wagonu i pojechałyśmy w nieznane na Zachód. Ona zostawiła własny dom z rodzicami, którzy potem dojechali. Ja - groby bliskich, dom we Lwowie.


Jechaliśmy 3 doby. Pociąg często stawał w polu. Nie wiadomo było, kiedy dalej pojedzie. Baliśmy się ogromnie, że napadną nas bandy ukraińskie, ale szczęśliwie minęliśmy granicę i dojechaliśmy do Bytomia. Moja opiekunka miała adres swojej krewnej w Byto­miu, już wcześniej wywiezionej. Odszukała ją i tu nastą­piło prawie cudowne zdarzenie, bowiem spotkała się z mężem. Ten będąc w wojsku, u tej właśnie krewnej w Bytomiu szukał swojej rodziny. Od razu nasza sytuacja poprawiła się, dostaliśmy mieszkanie po Niemcach.


Zaczęłam pracować jako przedszkolanka, równocześ­nie ucząc się. Zarabiałam pieniądze, które oddawałam moim opiekunom. Zajmowałam się też ich dzieckiem i sprzątałam mieszkanie. Podczas wakacji prowadziłam półkolonie w podbytomskiej dzielnicy i tam zaprzyjaźni­łam się z gronem nauczycieli. Wszyscy mieszkali w do­mu nauczycielskim przy szkole. Wkrótce zrobiłam kurs dla niewykwalifikowanych nauczycieli, dostałam posadę nauczycielki w zaprzyjaźnionej szkole i mieszkanie. Wtedy wyprowadziłam się od moich "dobrodziejów".


Cenię ich za to, że mnie przygarnęli, ale ich chleb był nieraz bardzo gorzki.


I tak stałam się zupełnie samodzielna w wieku 18 lat. I oto po paru dniach samodzielności dostałam list od ojca, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Ojciec po wyjściu z obozu pracy w okolicy Archangielska, gdzie pracował przy wyrębie lasów, po wielu przygodach dostał się do wojska polskiego - które wyprowadził z Rosji gen. Anders. Nie nadawał się do czynnej służby, ale pracował na tyłach. Aktualnie był w Palestynie i stamtąd słał listy do Polski, do władz miast, szczególnie na terenach gdzie byli przesiedlani Polacy ze wschodu. List był krótki -"szukam żony i dzieci - imię i nazwisko". Taka karteczka dotarła do kogoś ze Złoczowa (a mieszkałam tam do 1945 r.). Z Głogówka - ojciec otrzymał wiadomość, że żona i syn zginęli, a z córką nie wiadomo co się stało. Ojciec był bliski samobójstwa. Ale ten ktoś (na­dawca) spotkał mojego profesora, który mnie uczył w 9-tej klasie i ten wysłał list ojca do moich opiekunów w Bytomiu. Ja go zaraz otrzymałam i natychmiast napisałam.


I tak po pierwszej złej wiadomości ojciec otrzymał mój list. Zaczęła się wymiana li­stów, przychodziły paczki. Był problem, czyja mam dostać się przez zieloną granicę do ojca - czy on ma wrócić? Ja absolutnie nie zgadzałam się na wyjazd i ojciec mimo psychicznych eporów i strachu przed so­wiecką władzą, w październiku 1947 r. przyjechał do kraju.


Po 7-miu latach rozłąki zamiast dziecka, które pamiętał zastał "doświadczoną" kobietę. Zaczęliśmy wspólne życie. Nie opowiadałam mu o swoich przeżyciach - dałam mu do przeczytania swój – bo ja nie lubię wspomnień.

 

Autorka wspomnień mieszka obecnie w Skoczowie. Tutaj znalazła spokojną przystań po wielu tragicznych przeżyciach wojennych, trudach życia codziennego i latach pracy zawodowej. W Skoczowie mieszkają także jej dzieci i wnuki.

Kalendarium pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” 1999, udostępnionego dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.