Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Oddział

Robert Orawski

Oddział "Skoczów

1 września 1939 roku znalazłem się w Cieszynie, pociągi i autobusy już nie kursował Ja zaś spieszyłem się do domu, do Skoczowa. Przy szpitalu, do którego około południa sprowadzono pierwszych rannych próbowałem zatrzymać udające się na wschód samochody. Ewakuowano Starostwo, instytucje państwowe, wywożono skrzynie z dokumentami. I kilku próbach "złapania" tzw. okazji jedna z ciężarówek zatrzymała się. Wskoczyłem i pakę i tak dojechałem pod Kaplicówkę. Kierowca nie zwolnił przy kościele. Dlatego wyskoczyłem z auta nie bacząc na zdarte potem ręce i kolana. W domu przy ulicy Koście! nej zgromadziła się cała moja rodzina. Wszyscy byli załamani wybuchem wojny i przemyśliwali co i jak robić aby ją przeżyć. Miała się przecież szybko skończyć. Niestety w radi słychać było tylko apele z charakterystycznymi meldunkami dla wojska "Tu Czekolada Karol pojechał po czereśnie" itp. Innych informacji nie było. Poszedłem do ratusza liczą na uzyskanie dobrych wieści z frontu, ale nie zastałem tam nikogo. Na rynku spotkałem jednak kilku kolegów, z którymi postanowiliśmy skontaktować się z różnymi naszym znajomymi aby wspólnie zastanowić się co dalej. Ale czas niepewności wydłużał się niemi­łosiernie. Stąd z bratem Rudkiem jeszcze tego samego dnia zdecydowaliśmy się opuścić Skoczów. Rodzice przenieśli się do państwa Jurczyńskich na Zabawę. Spodziewali się, że na Wiśle stanie front. My zaś późnym popołudniem ruszyliśmy przez Pogórze na naszą linię "Maginota". Mieliśmy nadzieję, iż rowy przeciwczołgowe, bunkry, gniazda karabi­nów maszynowych zatrzymają najeźdźców ze swastykami. Chcieliśmy mieć w tym swój udział, służąc ojczyźnie w mundurze i z karabinem w ręku. Cóż kiedy zastaliśmy tam tylko żołnierzy z obsługi umocnień i zawiedzionych chłopców z Obrony Narodowej. Rejonowa Komenda Uzupełnień znajdować się miała w Grodźcu Tak nam przynajmniej powiedzia­no. Czym prędzej się tam udaliśmy, przepychając się przez tłum uciekinierów, którzy objuczeni dobytkiem dosłownie zatkali główną drogę. Na próżno. Punkt werbunkowy prze­niesiono wcześniej do Bielska. Nie zraziło nas to. Poszliśmy dalej. Razem z nami szło coraz więcej kolegów i znajomych. Do miasta dotarliśmy około 19. Za schronienie posłu­żyła stara stodoła przy rozwidleniu ulic Cieszyńskiej i Piastowskiej, która wypełniona była kobietami, dziećmi, starcami, młodzieżą i żołnierzami z kartami mobilizacyjnymi z relacji Stanisława Brody.


Ostatniego sierpnia miałem dyżur nocny z magistracie skoczowskim. Około godz. 5 rano przyjąłem telefon z Cieszyna. Dzwonił przedstawiciel starosty Plackowskiego, "wybuchła wojna, proszę uruchomić syreny alarmowe". Wykonałem rozkaz, a po chwili pokazały się na niebie niemieckie bombowce lecące w stronę Bielska. Otrzymałem pistolet i jako ochotnik udałem się do dowództwa w Bielsku


1 września w piątek wojna zaskoczyła mnie w Starym Bielsku. Pracowałem wtedy przy budowie umocnień, bunkrów, rowów przeciwczołgowych, sadzeniu drzew itp. gdyż od czerwca byłem ochotnikiem w 3 Kompanii Nadwyżkowej Roboczej 4 Pułku Strzelców Podhalańskich. Dowódcami byli podchor. Edwin Babik, Ludwik Waliczek i Jan Pawło­wski. Po południu wysoko na niebie zauważyliśmy samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Na ich widok ludzie, którzy też je widzieli wpadli w popłoch. Mój oddział pośpiesznie zebrał narzędzia, sprzęty budowlane, konie i wozy od okolicznych rolników i udał się do koszar po mundury, broń, amunicję i ekwipunek. Okazało się jednak, że przybyliśmy za późno. Nasz pułk był już w drodze do Andrychowa, a za nim podążały setki uciekinierów z całymi rodzinami. Szli piechotą jechali kolasami i na wozach. Mówiono, że w Wadowicach ma być utworzona linia oporu i dla jej potrzeb ma tam przyjmować ochotników Rejonowa Komenda Uzupełnień. Pobiegłem na dworzec. W pociągu jadącym w tamtą stronę przyłączyłem się do oddziału "Skoczów"

- z relacji Franciszka Czyloka.



Na front

W sobotę 2 września, wcześnie rano w starej stodole pod Bielskiem samorzutnie zorganizował się 70-80 osobowy oddział ochotników składający się z harcerzy, studentów, starszej młodzieży ze Skoczowa, Bielska, Cieszyna i z okolic tych miast, a nawet z Zaolzia. Znaczna część wywodziła się ze Związku Strzeleckiego. Połączyła ich miłość do ojczyzny będącej w potrzebie. Każdy z nich był gotów za nią walczyć i za nią umierać. Entuzjazm i wola walki natchnęły do czynu. Na czele hufca stanął nieznany z nazwiska rezerwista w stopniu kapitana, którego zastępcą został również nieznany porucznik. Obaj mieli karty mobilizacyjne, ale nigdzie nie mogli uzyskać przydziału do jednostki wojskowej. Tak jak pozostali nie nadążali za cofającą się armią. Po sformowaniu kolumny oddział śpiewając patriotyczne marsze udał się do miejscowej Rejonowej Ko­mendy Uzupełnień, która po przybyciu na miejsce świeciła już pustkami.

Ewakuacja komendy do Krakowa odbyła się W nocy. Nie namyślając się wiele Repr. Karol Wojnar "młode wojsko" podefilowało na dworzec kolejowy, na którym stały pociągi wypełnione do granic możliwości uchodźcami i ich bagażami. Panował ogromny bałagan. Przerażeni ludzie byli na skraju paniki. Wszechobecny strach potęgował irracjonalne zachowania. Dlatego oddział z trudem zmieścił się w wagonie. W jego szeregach znaleźli się między innymi: Stanisław Broda, Rudolf Broda, Smolana, Franciszek Czylok, Franciszek Dański, Erwin Ferfecki, Józef Hajek, Erwin Jany, Tadeusz Jurczyński, Jerzy Kaczor, Edward Lichocki, Ludwik Machalica, Józef Palenker, Leon Palenker i Karol Faruga, który miał za sobą przeszkolenie wojskowe, a na dodatek był uzbrojony.


Młodzi chłopcy pilnowali porządku w pociągu, udzielali pierwszej pomocy napływają­cym zewsząd rannym i na ile mogli przeciwdziałali aktom sabotażu i dywersji czy też chybionym działaniom nie mającym wiele wspólnego z przemyślaną i dobrze rozplanowa­ną ewakuacją. Były przypadki, że ważni urzędnicy różnej maści rezerwowali dla siebie przedziały, nie oglądając się na ścisk, kobiety, dzieci i starców. Wówczas to młodzież z oddziału interweniowała i likwidowała tego typu absurdy, a nerwową atmosferę uspoka­jała humorem i śmiechem. Wkrótce wyrobiła sobie w transporcie renomę. Jak bardzo była potrzebna, pokazały wypadki w Wadowicach, gdzie pociąg dojechał wieczorem.


Początek dramat miał miejsce już nazajutrz przed południem. Samoloty wroga rozpoczę­ły naloty na rynek i dworzec wypełniony ludźmi i wagonami. Zginęło wielu cywili. Jeszcze
brudni, niewyspani i głodni, a napotykani wojskowi kierowali ich do Tarnowa, gdzie miała być organizowana następna linia oporu. Zauważyli, że jakiś żołnierz niesie dwa chleby. Podeszli bliżej. Był to Bojda ze Skoczowa, który pracował w wojskowej piekarni. Wszyscy ucieszyli się ze spotkania. Po krótkiej rozmowie o tym co słychać pod Kaplicówką i Wawelem obdarowani zostali tymi bochnami. Za radą Bojdy dotarli do bursy, gdzie za 25 groszy od porcji najedli się zupy. Mogli tam się umyć, napić do woli i uporządkować ubrania. Potem znowu zajęli się szukaniem wojskowej kuchni lub kwatermi­strzostwa. Chcieli zaopatrzyć się z w suchy prowiant. Wszędzie jednak natrafiali na rozgo­rączkowanych i przestraszonych ludzi. Widzieli, jak ewakuowano urzędy. Pozamykane były sklepy, a tamtejsze zakłady monopolu tytoniowego stały otworem. Kto chciał, wynosił z nich, co tylko mógł. Największym wzięciem cieszyły się markowe papierosy i tabaka. Skoczowianie nie zostali w tyle. Każdy zaopatrzył się w 2-3 kartony. Wartość nabytku docenili potem na drogach i bezdrożach sandromierszczyzny. W trudnych chwi­lach wymieniali papierosy na żywność.


Po nocy spędzonej w pociągu zmierzającym do Rzeszowa, przejechali przez Bochnię. Co chwilę ostrzeliwały ich pojedyncze samoloty. Z każdym kilometrem przybywało składów z uciekinierami. Lokomotywy często się zatrzymywały. Kiedy zbliżał się groźny warkot więcej było rannych. Skoczowianie' mieli pełne ręce roboty. Przenosili skrwawionych ludzi do pociągu sa­nitarnego. Zbierali ich w mieście i na peronach. Udzielali pierwszej pomocy, opatrywali lżejsze przy­padki, przenosili bagaże. To samo czynili podczas dalszej podróży do
Krakowa. Hasło "Skoczów" było na ustach najbardziej poszkodowanych.


Do Krakowa dojechali 4 września. Znowu nie zastali w nim RKU. Działo tak dlatego, ponieważ równolegle wydawane były rozkazy aby kryć się w zaroślach. Gd było bezpieczniej pokazywały to skutki nalotu. Bezkarni i morderczy piloci urządzali sd bowiem polowania na ludzi. Pastwili się nad oszalałym tłumem. Po każdym takim ataku przybywały dziesiątki zabitych i setki rannych. "Skoczowskie wojsko" pozostało w przedziałach. Raz tylko, kiedy jeden drugiemu podawał papierosa odłamek bomby skróciły go o połowę. Zrozpaczeni i bezradni ludzie na gwałt szukali szpiegów i dywersantć Gdzieś jakiś biedny Żyd miał rzekomo świecić lusterkiem wskazując w ten sposób gct Luftwaffe ma bombardować. Aresztowano go, a wykonanie wyroku powierzono skoczowi nom, ale ci realnie ocenili sytuację i nie dali się wciągnąć w uśmiercenie niewinne człowieka. Potem schwytano szpiega, kobietę - spadochroniarza. Gdzie indziej zatrzymał dwóch oficerów niemieckich przebranych w polskie mundury. Największy dramat rozef się koło Sterkowca.


We wtorek 5 września o godz. 15.15 pociągi jechały jeden za drugim na dwóch równoległych torach. Nagle zaatakowały je bombowce i myśliwce. Pierwszy pocisk trafił w lokomotywę a następne w platformy z działami przeciwlotniczymi i ich obsługę. Całym składem gwałtownie szarpnęło. Ludzie wraz z bagażami pospadali na podłogi. Zaczęło się "piekło". Zaczęto uciekać na oślep do lasu i to wprost pod lufy karabinów pokładowych Ginęli żołnierze, przewożone konie ułańskie, kobiety i dzieci.

Oddział Skoczów od razu przystąpił do akcji ratunkowej. Zawołanie "Skoczów" było n ustach wszystkich. Ranni prosili o pomoc, o wodę. Zachowała się w pamięci martw kobieta w ciąży z przestrzelonym brzuchem, obok której siedziało ok. czteroletnie dzieci tuląc się do matki. Trzęsło się ze strachu i płaczu. Maleństwo ktoś potem przygarnął. Dopiero po czasie nadjechał pociąg sanitarny. Szybko zapełniono go rannymi. Dawał się w znaki brak wody i opatrunków. Młodym chłopcom ciężko było transportować rannych Z noszami pokonywali grzęzawiska, rowy i wertepy. Każdy z nich oblepiony był błotem i cudzą krwią której nie było czym zmyć. Gdy sytuacja została opanowana, weszli dc przedziałów i padli ze zmęczenia. Wówczas to J. Palenker poszedł szukać brata. Pobiegł dc lasu. Długo trwało, nim wrócił niosąc go na rękach. Leon cały był zalany krwią więc czyni mogli to go obtarli. Zdjęli bluzę. Na torsie miał aż 14 krwawych punktów po odłamkach. Dostał też w nogi. Na moment się ocknął i powiedział "Pozdrówcie mi mamę" i zemdlał. Zanieśli go do pociągu sanitarnego. Po latach okazało się, że przeżył. Chorował 9 miesię­cy. Najpierw we Lwowie, a potem dalej na wschodzie. Tam pracował jako kelner. Do kraju wrócił w r. 1945 jako oficer wojska polskiego. Później piastował ważne funkcje w przemy­śle, gastronomii i handlu.


Oddział Skoczów opuścił pobojowisko 6 września o godz. 8 rano. Poszedł w kierunku na Tarnów. Dołączyło do niego kilku żołnierzy z różnych jednostek. Ogółem dysponowali paroma pistoletami i bagnetami, a S. Broda taszczył aparat do obsługi telegrafu. Po południu minęli most na Dunajcu.
Coraz więcej krytycznych uwag padało pod adresem dowódców. Zapewniali oni, że są w ciągłym kontakcie z armią. Wiele razy obiecywali, że wieczorem będzie obfita kolacja, porządny nocleg i suchy prowiant na drogę. Za każdym razem kłamali, chociaż kapitan dysponował rowerem i jak mówił wyjeżdżał na nim przed oddział przygotowywać jedzenie i kwatery. Dopiero później okazało się jaki był prawdziwy cel tych wypraw.


Skoczowianie szli dniem i nocą stale mając nadzieję na zdobycie wody i czegokolwiek do jedzenia. W studniach jakie mijali we wsiach, nie było już co pić. Wszystko wybrała wielotysięczna rzesza uciekinierów. To samo było z żywnością w domach, warzywami w polu i owocami w sadach. Chcąc oszukać żołądek, ssali liście kapusty i kukurydzy. Jedzenia szukali po okolicy. Podzielili się obowiązkami. Każdy musiał coś zdobyć, a to wodę, a to kociołek czy odrobinę mąki. Zasypiali maszerując. W półśnie wyczuwali kole­gów z przodu lub z tyłu. Po całodobowej wędrówce, w której minęli Tarnów, idąc koło Żabna i Dąbrowy Tarnowskiej, dotarli wieczorem 6 września do Radomyśla, gdzie spotkali Franciszka i Józefa Przybyłów z Iskrzyczyna i w zabudowaniach plebanii położyli się na noc. Wcześniej błądzili. Przy drogach nie było bowiem drogowskazów, ponieważ te niszczyło wojsko dla zmylenia hitlerowców.

Na drugi dzień, w czwartek wykąpali się w pobliskim stawie i zjedli jajka kupione u miejscowego Żyda. Po południu pomaszerowali do Mielca, uważając na samoloty. Ze względu na nie nie rozpalali ognisk dla upieczenia ziemniaków. Nie chcieli paść ofiarą polowań zbrodniczych pilotów. Do miasta przybyli około godz. 23 i w pierwszej napotka­nej stodole położyli się spać. Nie minęło jednak pół godziny, a dowódca dał rozkaz wymarszu w kierunku Kolbuszowej. Rozeszła się wieść, że Niemcy są już na przedmieściu. W pośpiechu nie przeliczono oddziału. W stodole zostali bracia Brodowie. Mieli pistolet i chleb. Kiedy się obudzili, nie wpadli w panikę. Dowiedzieli się, w którą stronę poszli koledzy. Znaleźli ich kilka kilome­trów za miastem. Noc spędzili w przydrożnym stogu, rozmyślając o swojej coraz bardziej bezsensownej poniewierce. Powoli przestawali wierzyć w silną zwartą i gotową Polskę, wspartą na "pewnych" sojuszach z Francją i Anglią. Gdy mgły opadły, wyruszyli na północ przez rozległe pola, lasy, biedne wsie i miastecz­ka. Kluczyli. Odgłosy walk przybliżały się. Dobiegały ze wszystkich stron. Nie było wiado­mo, w którą stronę iść. Na dodatek doskwiera! głód i pragnienie. Przed Majdanem skręcili na wschód. 9 września o północy minęli palący się Rudnik. Znużeni marszem na skróty zasnęli w przydrożnym rowie. Tymczasem rano o godz. 5 kapitan zarządził pobudkę. Po zbiórce skierowali się na Nisko. Głodni, łapali przypadkowo napotykane kury i gęsi.


Przez San przeprawili się niedaleko Stalowej Woli. Krańcowo zmęczeni, przestawali być sprawną i zdyscyplinowaną grupą. Męczył ich brak snu. 2-3 godziny na dobę musiały wystarczyć, a trzeba było jeszcze pełnić warty. Kilku desperatów oderwało się od oddziału, próbując szczęścia na własną rękę Pozostali zaś spotkali harcerzy ewakuowanych z Buczą oraz Plachego i Gruszkę, kolegów szkolnych. W końcu i 11-osobowa grupa skoczowska oderwała się od reszty, gdyż dowódca, najczęściej zabawiał się z sanitariuszką lub zajęty był wyszukiwaniem wartościowych rzeczy z porzuconego przez uciekinierów dobytku. Wyszło to na jaw gdy przy przeskakiwaniu przez rów otwarła się walizka z "dokumentami państwowymi". Wysypały się z niej srebra i różne precjoza. Chłopcy na zmianę męczący się dotąd z cennym bagażem, nie mieli już ochoty na wysłuchiwanie dalszych krętactw. Kapitan nie chciał się zgodzić na ich odejście. Groził rozstrzelaniem lecz na nikim nie robiło to już wrażenia. (Potem okazało się, że grupa która poszła z nim dalej znalazła się w ZSRR. Tylko nieliczni zawrócili i uciekli z sowieckiej strefy. Reszta nie wróciła już do domu).

W południe znaleźli się w opuszczonym domu, w którym los się do nich uśmiechnął. Nareszcie zjedli tam prawdziwy gotowany obiad, złożony z rosołu i ziemniaków znalezio­nych w polu. Na deser były dzikie gruszki. Można się było najeść i napić do woli, umyć się i wyczyścić ubranie. Zasnęli w stogu, trzy kilometry przed Janowem Lubelskim. Nie przeszkadzała im, dobiegająca stamtąd kanonada i całonocna palba z karabinów.


W poniedziałek 11 września weszli, pełni obaw do wyludnionego miasteczka z lichymi żydowskimi domkami. Wszędzie było widać skutki wcześniejszych nalotów. Większość budynków była zburzona lub uszkodzona. Część z nich jeszcze się dopalała. Chodząc po przeoranych bombami uliczkach, zaglądali do pustych sklepów. Wstąpili do zniszczonej piekarni. W rozbitych dzieżach i na podłodze walało się surowe ciasto. Skrzętnie je pozbie­rali do plecaków. Potem weszli do browaru. Jakaż była ich radość, gdy spotkali w nim przyjaciół ze Skoczowa: Oswalda Mendrka i Stanisława Chrapkiewicza. Postanowili to uczcić. Do garnków i wiader nazbierali nieco piwa rozlanego po wszystkich pomieszcze­niach. Schwytali też kilka kaczek, indyków i gęsi, hodowanych prawdopodobnie w browa­rze, które głodne wałęsały się po podwórzu. W stojącym obok przy strumieniu domu zjedli obiad, do dzisiaj wspominany w Skoczowie. Było mięso, ziemniaki i kapusta. W lepszych humorach szli 9 km do Andrzejowa, gdzie zatrzymali się na noc. Kartoflanka z kurą sprawiła, że pierwszy raz od blisko dwóch tygodni zasnęli najedzeni!


Następnego ranka, wyspani i wypoczęci udali się w dalszą drogę. W napotkanym sadzie zerwali dużo jabłek, a w Piłatce kupili chleb. W środę 13 września przebyli tylko 15 km i znaleźli się w Wólce Batorskiej, w której wstąpili do zasobniejszej, jak się im wydawało, zagrody. Gospodarz niezbyt ucieszył się z najścia kilkunastu obdartusów, ale przyjął ich jak tylko mógł. Tam uprali bieliznę i zasnęli, słysząc ponowne bombardowanie Janowa.


Nazajutrz dotarli do Zakrzówka. Rozgościli się w przydrożnym gospodarstwie. Przy skromnym ognisku dla pokrzepienia serc śpiewali cieszyńskie pieśni. Po chwili, w drugiej części podwórka usłyszeli głośną męską rozmowę. To ich gospodarz kłócił się z żołnierza­mi rekwirującymi mu konie i wóz. Podeszli bliżej i wśród żołnierzy rozpoznali kolegę szkolnego podchorążego Alojzego Miecha ze Skoczowa. "Alojz to ty" - On też się zdziwił, "chłopcy co wy tu robicie". Oddział A. Miecha został rozbity, a on z pozostałymi towarzy­szami broni zmierzał do ustalonego wcześniej punktu koncentracji w rejonie Krasnegostawu. Odmieniło to napiętą atmosferę. Alojz zapewnił gospodarza, że po odwiezieniu go na miejsce będzie mógł on wrócić z końmi z powrotem. Gospodyni z wdzięczności postawiła przy pustym dotąd ognisku wielką michę klusek z mlekiem. Później na pół wsi słychać było radosny śpiew skoczowskich "wojoków". Kiedy chłop wrócił nad ranem, zaprosił oddział na dłuższy pobyt u siebie. Sprawił im ogromną radość. Trzeba było bowiem rozeznać co dzieje się wokół, gdzie są Niemcy i co dalej robić. Niestety nigdzie nie było radia i gazet. Nikt nic nie wiedział o ruchach wojsk. Wskazywano tylko na Bychawę

Zajętą już przez Wehrmacht.

Piątek spędzili na wyczekiwaniu. Regenerowali siły, wypoczywali, spali i doprowadzali się do porządku. Na okrągło jedli kluski z mlekiem. W sobotę uruchomili kierat i wzięli się za młóckę zboża, które potem ukryli w sąsieku. Po południu znowu słychać było odgłosy bitwy. Wtedy postanowili jak najszybciej wrócić i wojskowymi koczowali na tamtejszym targowisku. Przesłuchujący ich oficer nie krył zadowolenia, że może z nimi rozmawiać po niemiecku. Chwalił się przewagami hitlerowskiego oręża, wyśmiewał polską armię. Zawiązana "znajomość" sprawiła, że pilnują ich żołnierze, patrzyli przez palce na to, co robili. Pojedynczo, przez ogrodzenie udało ia się zbiec. Wrócili do Zakrzówka, a stamtąd przez pola poszli na zachód. Obeszli Łaśnik, chowając się przed niemieckimi patrolami. Wszędzie spotykali sterty zniszczone­go sprzętu wojskowego, trupy ludzi i koni. Na noc chowali się w krzakach.

Wrześniu byli już w Annopolu, Zawichoście, gdzie w opuszczonym posterunku policji położyli się spać. Potem podążyli wzdłuż Wisły. Dzień później zostawili za sobą Sandoanerz, a jedzenie i spanie przygotowali sobie za miastem. W czwartek, 21 września zeszli przez Osiek, spalone wioski i cmentarzyska samochodów, dział i taboru konnego, przez piękne sady i żyzne ziemie. W ciągu dwóch dni zawędrowali do Nowego Korczyna, Opatowca4 i Koszyc, gdzie schronili się w plebanii. Gospodarz zaopatrzył ich w chleb, słoninę, jaja i dwie kury. 17 września - gęsiego, na przełaj, wy­korzystując pagórkowaty teren poszli do Bychawy. Po drodze spotykali piechurów, którzy wskazali im gdzie iść. Potem na wielkim polu ostrzeliwał ich samolot. Pod miastem pozbyli się broni, zakopując ją w przydrożnej stodole. Po paruset metrach zderzyli się z niemieckim patrolem na motocy­klach. Dostali się do niewoli. Razem z cywilami.


W niedzielę 24 września zdążyli przebyć tylko 6 kilometrów. Zaskoczyła ich wojskowa cię­żarówka. Na ucieczkę nie mieli już ani siły, ani ochoty. Załadowano ich na samochód i po dwóch godzinach byli w Krakowie. Przekonali się, że nie wszyscy Niemcy fanatycznie nienawidzą Polaków. W koszarach dostali grochówki i mogli się umyć przy studni. Przytrafiła im się przy tym niebezpieczna przygoda. Razem z nimi mył się E. Ferfecki5. Kiedy się pochylił, pistolet który miał przy sobie o mało co nie wypadł mu spod bluzy. Jakimś cudem zatrzymał się na poprutej. Nikt z żołnierzy tego nie zauważył. Repr Karol Wojn.
Gdyby było inaczej, już by stali przed plutonem egzekucyjnym. Resztę załatwił Smolana, który w Krakowie miał znajomych. Powołał się na kogoś z rodziny Strizkich. Poszedł do niego do domu. T< ktoś był wysoko postawionym Niemcem pracującym w miejscowej administracji. Smolai został przez niego bardzo dobrze przyjęty. Załatwił on dla wszystkich przepustki c Skoczowa i bezpłatne bilety. Następnego ranka jechali pociągiem do Katowic. Na m zatrzymali się w Dziedzicach. Rano 26 września, we wtorek byli w Bielsku u pa Lichockiej, a wieczorem S. Broda wraz z bratem siedzieli już przy stole w rodzinny domu. "Kiedy z pogórskiego kopca ogarnąłem wzrokiem niewiele zniszczony Skoczów wzruszyłem się do łez. Wieści o całkowitym zniszczeniu miasta okazały się nieprawdziwy Tyle samo prawdy było w tym, że Rudek z którym przemierzyłem pół Polski zginął i wojnie". Niestety dla "żołnierzy" września ze skoczowskiego oddziału wojna dopiero s rozpoczęła.

Opracowano na podstawie wspomnień Stanisława Brody i innych uczestników

 

 

Kalendarium pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” 1999, udostępnionego dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.