Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Obyczaje szpitalne

Robert Orawski

Obyczaje szpitalne

 

Szpital był także częścią organizacji kościelnej. W wielu przypadkach rajcy dążyli do tego, aby ich fundacja podlegała prawu kanonicznemu. W dodatku część władzy nad szpitalem przechodziła w ręce kapelana, mimo że Kościół do fundacji nie dokładał zwykle ani grosza. Mało tego, istnienie kaplicy szpitalnej wiązało się z opłatami na rzecz parafii i dodatkowym dochodem proboszcza. Ze szpitala w Skoczowie w 1717 r. miał on m.in. „kopę karpi". Rada mogła założyć szpital bez udziału Kościoła. Mogła kupić dom, przeznaczyć go na mieszkanie dla ubogich i łożyć na jego utrzymanie. Niestety szpital taki nie miałby wtedy osobowości prawnej. Nie mógłby posiadać majątku, ani jakichkolwiek przywilejów, a statut, regulujący jego życie wewnętrzne, byłby bez żadnego umocowania prawnego. Brak zainteresowania ze strony fundatora spowodowałby natychmiastowy jego upadek. Szpital bowiem nie miałby opieki duszpasterskiej ani kaplicy. Nie można byłoby sprawować w nim liturgii, zaś jego mieszkańcy nie mogliby odwdzięczać się swoim dobroczyńcom modlitwą i intencjami. Odsunięci od służby Bożej, niezdolni do pracy, skazani byliby na bezczynność. Nie byłoby także cmentarza szpitalnego i ubodzy musieliby być grzebani w parafialnym gruncie, a z tym wiązały się spore opłaty. Wszystkie te kłopoty rozwiązywało nadanie szpitalowi statusu instytucji prawa kościelnego. Miasto nie traciło kontroli nad sprawami dla siebie kluczowymi, gdyż majątek szpitala precyzyjnie dzielono na jego część miejską, na którą władze duchowne nie miały wpływu, i na część kościelną. Kompetencje kapelana ograniczały się zwykle do duszpasterstwa. Opłaty na rzecz proboszcza były mniejsze od tych, które ubodzy i tak musieliby uiścić w samej parafii. Ofiaścioła, ze swoistą transakcją w tle. Za dobra materialne, głównie za pieniądze, można było się spodziewać łask boskich w życiu doczesnym i wiecznym. Modły ubogich miały skrócić straszne męki czyśćcowe. Dlatego zamożni mieszczanie skoczowscy nie szczędzili grosza na „Szpitalik". Jedna z fundacji pochodzi od mieszczanina Henryka Józefa Sembola, który w marcu 1741 r. ofiarował „ kościołowi parafialnemu i szpitalikowi" 1200 florenów ulokowanych u Karola Leopolda Fregsteina z Naczesławic, właściciela ziemskiego na Górnym i Dolnym Pogórzu. Inną założył Jan Antoni Hetschki (Heczko), były sekretarz sądu w Bielsku, późniejszy zarządca jednego z majątków księcia Sułkowskiego. 3 marca 1792 r. przekazał on 200 fl. na uroczystą sumę w dzień bł. Jana Sarkandra tj. 17 marca, „pieniądze te ulokowano w skoczowskiej administracji ubogich"( w szpitaliku).

 

Służba Boża nadawała szpitalowi sens istnienia, stąd nie ma się co dziwić, że życie wewnętrzne szpitalika przypominało klasztor. Szpitalny regulamin wzorowany był bowiem na regule zakonnej, a każdy, kto przyjmowany był do wspólnoty otrzymywał szpitalne ubranie i składał przysięgę, że będzie go przestrzegać. W jednym z nich czytamy „i powinna każda osoba, która chce wstąpić do szpitala, brać chętnie i przyjmować z ochotą to, co daje szafarz, jak na to pozwala majątek domu, z jedzenia i napoju i na nic nie narzekać, ani słowem, ani uczynkiem, ani w szpitalu, ani poza nim, ani w żaden inny sposób. I powinien każdy człowiek przestrzegać właściwych pór posiłków rano i wieczorem, a kto tego nie przestrzega, temu szafarz nie powinien nic dać. I nie powinien nikt jadła, naczyń i napojów, ani żadnej rzeczy, która należy do szpitala wynosić zeń otwarcie ani skrycie. I powinien każdy człowiek, jednako wewnątrz i na zewnątrz szpitala, godnie i pobożnie żyć, tak, aby szpital zyskał pochwały i dobrą sławę i aby inni ludzie dzięki temu wzrastali w miłości i łasce, a kto będzie czynił inaczej, tego szafarz ma usunąć ze szpitala i nigdy więcej nie przyjmować".

 

Podstawowym wymogiem była wstrzemięźliwość seksualna, która obowiązywała wszystkich pensjonariuszy. Często musieli oni wytrwać w niej do końca życia, lecz nie każdemu się to udawało. Świadczy o tym przykład z 30 listopada 1711 r., kiedy to „w szpitalu żywieckim między ubogiemi występek się cielesności i kazirodztwa pokazał, iż Majcher Błejcha z Kunegundą Michałkówną, kaliką na nogi, krewną swoją, występek ten uczynił i potomstwo się między niemi nierządne w tenże dzień urodziło; czego postrzec po nich nie możono, aż gdy się na świat wydało. Za co z szpitala oboje wyrzuceni i karaniem kościelnym i miejskim publicznie, srogo, dla przykładu innym, zelżeni". Nieprzypadkowo więc mężczyzn oddzielano od kobiet. Zajmowali osobne pomieszczenie na piętrze lub w skrzydle. Zdarzało się, że mieszkali w osobnym budynku. Spano, podobnie jak w wielu klasztorach, w dużej sali. Dwie, czasami trzy i więcej osób mieściło się w jednym, szerokim łóżku. Bywały także pojedyncze posłania. Szpital miał zazwyczaj jedną kuchnię. Jadano wspólnie i to bardzo skromnie, o ściśle przestrzeganych porach. Oczywiście czas pomiędzy snem, pracą i posiłkami wypełniały modlitwy. Każdy obowiązkowo musiał codzienne wysłuchać mszy świętej. Odmawiano brewiarz, czyli zbiór modlitw na każdą porę dnia, ułożonych według porządku roku liturgicznego. Uzupełniały je „prywatne" modlitwy zastrzeżone dla siebie przez fundatorów majątku szpitalnego. Zazwyczaj wymagali oni, by za spokój ich duszy i ich rodziny wszyscy mieszkańcy szpitala po kilka razy dziennie odmawiali „Ojcze nasz" i „Zdrowaś Mario". Za poszczególnych dobrodziei modlono się osobno. Poza tym każdy biedak musiał „mieć zawsze Boga w pamięci, wystrzegać się niepotrzebnej gadaniny i obskurnych wyrażeń, zachowywać się spokojnie i razem z innymi żebrakami modlić się za fundatorów i jego rodzinę". Poświadcza to kronikarz żywiecki, który 20 września 1635 r. zapisał: „wielebny ksiądz Andrzej Kozatius(...) uczynił na wyderkaff szpitalowi żywieckiemu złotych 50 na drwa. Za co ubóstwo szpitalne na każdy piątek począwszy od dnia świętego Marcina aż do Bożego Narodzenia na każdy rok przed ołtarzem św. Agnieszki (...) po pięci paciorków spoinie ma odprawować".

 

Chorzy mogli wykonywać swe powinności religijne w łóżkach, ponieważ kaplica była tak połączona z głównymi salami szpitala, że każdy widział ze swego posłania ołtarz i słyszał głos księdza. Ich życie duchowe ożywiały procesje wiernych. W Skoczowie, pierwsza z nich udawała się w dni krzyżowe do szpitalika na sumę i okolicznościowe kazanie, a druga, w dzień św. Marka, podążała do niego po rannej mszy. Informacje o nich zamieścił w swoich pamiętnikach także ks. Le

opold Rużański, który pod datą 21 maja 1826 r. podał „wyruszyła uroczysta procesja z udziałem 2 tys. ludzi (...) z kościoła parafialnego do kościoła filialnego w Nierodzimiu, stąd (...) udała się do kościoła szpitalnego.(...), a w „13. niedzielę po Zielonych Świątkach odprawiona została uroczysta msza św. w kościele szpitalnym, a ranna jak zwykle w kościele parafialnym".

Życie personelu szpitalnego bardziej niż ich podopiecznych przypominało klasztor. Gdy udało im się założyć bractwo, to potem mogli starać się o utworzenie zakonu na wzór popularnych na Śląsku Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą. Wypada podkreślić, że większość szpitali była prowadzona przez zakony, głównie szpitalne, ale w Skoczowie tą ewentualność należy wykluczyć. Z czasem przejęły je samorządy miejskie, a ich obsługą zajęli się ludzie świeccy. Przejście zarządu szpitala pod kontrolę miasta różnie się odbywało.

 

W Skoczowie, jak podaje kronika kościoła p.w. św. Piotra i Pawła „dzięki staraniom ówczesnej gminy, celem zapobieżenia dostania się tego kościółka [„Szpitalika] w protestanckie ręce, kościół ten został przez gminę wykupiony i obowiązek przez gminę przejęty". Bywało, że Kościół nie stawiał oporu, lecz niekiedy spory na ten temat ciągnęły się latami. Mimo to, niemal wszędzie szpital, jego majątek i administracja należały do miasta, a kościół szpitalny, jego uposażenie i opieka duszpasterska do władz duchownych. Najlepiej te wzajemne relacje pokazuje architektura szpitalna. Kaplica i sala ubogich nie były zazwyczaj przedzielone ścianą, a jeśli już to przedzielenie to pochodziło z czasów późniejszych. W sprawozdaniu wizytacyjnym biskupów wrocławskich z 1717 r. zapisano, że „w pobliżu szpitala jest murowany kościół, w którym proboszcz jest zobowiązany odprawiać nabożeństwa dwa razy w ciągu tygodnia na mocy ustawy fundacji z Roztropic. Tym szpitalem zarządza proboszcz wespół z magistratem. Szpital ten posiada własną willę (majątek ziemski) z pięknymi częściami ziemi. Rachunki są sporządzane corocznie". Jego zupełnym zaprzeczeniem był szpital w Cieszynie, o którym w 1722 r. tamtejszy kronikarz napisał: „wygląda źle i należy obawiać się jego zupełnej ruiny, dlatego poleca się magistratowi (...) zaradzić temu ażeby biedni nie byli pozbawieni mieszkania i utrzymania(...). Do dzierżawy majątku szpitalnego, jako też do odbierania rachunków może być dopuszczony tylko człowiek zasługujący na zupełne zaufanie, a nie ktoś zostający w dobrych stosunkach z magistratem". Dopiero w 1765 r. wybudowano „dwie izdebki poza szpitalem, obok izby dla żebraków, każdą z oknem, piecem kaflowym i kominem, tak żeby każdy z tych żebraków miał swoją izbę do mieszkania i spania".

 

Przytułek dla ubogich i chorych był jedną z wizytówek miasta. Mówił o jego bogactwie, przezorności i pobożności mieszkających w nim ludzi. Wyrastał z lokalnych potrzeb i zaspokajał je we właściwy sobie sposób. W Skoczowie, który w 1774 r. powoli dźwigał się z ruin po ostatnim pożarze w 1756 r. stało w rynku 21 drewnianych domów. Innych wtenczas nie budowano, gdyż miasto było zrujnowane i biedne, a jego mieszkańcy bardziej troszczyli się o swój byt niż o łożenie na szpital. Koszty jego utrzymania ponosił wówczas głównie magistrat, lecz nie były one zbyt duże. Dysponował on przecież znacznym majątkiem przynoszącym wymierny dochód. W Skoczowie, w 1775 r., kiedy odbudował go i założył pewien mieszczanin, który na ten cel ofiarował cały swój dorobek, obejmował on zabudowania, pola, ogrody, łąki i stawy. W opisie budynków miejskich z tego roku podano, że w szpitalu stale przebywało czterech ubogich oraz stróż, który za swe usługi miał bezpłatne mieszkanie. Nie wymienia się w nim aźni, bo w drugiej połowie XVIII w. zwyczaj powszechnego kąpania się zaczął stopni m zanikać. Jak się przypuszcza stało się to pod wpływem kontrreformacji, która gaiła poświęcanie nadmiernej uwagi grzesznemu ciału. Poza tym upowszechnił się pogląd, że kąpiele są bardzo niebezpieczne dla zdrowia. Nawoływanie „zaklinam was, unikajcie łaźni i kąpielisk, w przeciwnym razie pomrzecie" nie pozostawało bez echa. Czystość w dzisiejszym rozumieniu tego słowa miała wtedy charakter czysto symboliczny. Jej znakami były jedynie częste zmiany bielizny oraz białe koronkowe chusteczki, kołnierzyki i mankiety. Łaźni ubywało, stan higieny pogarszał się, przybywało za to lekarzy „od wszystkiego", z których większość musiała posiadać specjalny atest Komisji Sanitarnej. W1753 r. bowiem Maria Teresa ustanowiła naczelne władze sanitarne dla Śląska w osobie protomedyka, fizyków krajowych i okręgowych oraz wspomnianą komisję w Opawie. Podlegali jej łaziebnicy, felczerzy czyli chirurgowie, akuszerki i aptekatrze. Mimo to między balwierzami i łaziebnikami ciągle dochodziło do zatargów i różnych nadużyć natury finansowomedycznej. Dla zapobieżenia temu w 1770 r. ukazało się zarządzenie, zgodnie z którym balwierze i łaziebnicy, o ile się wyuczyli i zdali odpowiedni egzamin, zaliczeni zostali w poczet chirurgów. Byli też nimi felczerzy, a jedni i drudzy zobowiązani byli do informowania władz o wszelkich zabójstwach i okaleczeniach, z jakimi się spotkali.

 

Lekarz miejski pojawił się w Cieszynie dopiero w połowie XVII w., a w Skoczowie pewnie jeszcze później. Służył on radą wyłącznie zamożniejszym mieszczanom. Chorzy z niższych sfer, ubodzy mieszczanie, chłopi szukali pomocy u golarzy i cyrulików trudniących się opatrywaniem świeżych ran oraz sporządzaniem leków, u znachorów bądź wędrownych kuglarzy oraz w łaźni u łaziebników. Całkiem ubodzy nie leczyli się nigdzie. Z biegiem czasu i w miarę rozwoju medycyny doktoramiinternistami stawali się zdolniejsi łaziebnicy. Najbardziej podatni na te zmiany dokształcali się praktykując zwykle 24 lata u znanego i sławnego chirurga. Nie był to wymóg i może dlatego w 1848 r. zabroniono im wykonywania operacji chirurgicznych.

 

Osobną profesją obok chirurgii było aptekarstwo. W latach 16241767 w Cieszynie praktykowało aż sześciu aptekarzy. Pięciu z nich osiedliło się w nim między 1668 r. a 1678 r., lecz żaden nie dorobił się pozycji właściciela apteki. Pochodzili głównie z Moraw i Śląska. Dysponowali własnymi recepturami leków, które uzupełniali o przepisy z centralnej apteki we Wiedniu. Począwszy od 1713 r. wydawała ona fachowe broszury z wykazami leków i sposobami ich wytwarzania. Na liście leków uniwersalnych znajdowała się m. in. wódka, jako „woda życia", wino i cytryny. W Skoczowie też musiała istnieć wtenczas apteka, ale nie zachowały się o niej żadne informacje.

 

Wyobrażenie o poziomie ówczesnej wiedzy farmaceutycznej dają recepty na niektóre dolegliwości. Aby wyleczyć ból zęba należało zdjąć z ostu gąsienicę, wsadzić ją w stosinę gęsiego pióra, zalepić z obu stron woskiem i zawiesić na gołej szyi. Dolegliwość ustępowała, gdy gąsienica zdechła. Innym „skutecznym" lekarstwem była maść na wszy i strupy na głowie. Robiło się ją z masła utartego z jajkiem ugotowanym na twardo. Przy codziennym jej stosowaniu wszy zdychały, a strupy odpadały. Równie oryginalny był sposób na uzdrowienie paralityka. Najpierw musiał on regularnie pić wyciąg z jemioły. Potem należało zabić jakieś zwierzę i w jego cieple, w dymiących jeszcze wnętrznościach, trzymać rękę lub nogę. Dla wzmocnienia kuracji zbierano do worka całe mrowisko i wkładano je do wrzątku. Parę, która unosiła się w trakcie gotowania mrówek kierowano w stronę sparaliżowanej część ciała. Dla zapobieżenia „utraty rozumu" należało „uwarzyć kwiat bzu w kozim mleku lub krowim, zmieszać dobrze, do tego dodać stłuczone jądra orzechów laskowych , uwarzyć je w mleku i znów dobrze wymieszać. Potem dodać jeszcze jarmużu z białym chlebem i szafranem, omaścić świeżym masłem i zażywać rano i wieczorem". Umiano też zapobiegać tzw. szlagowi, czyli wylewowi krwi do mózgu. Wystarczyło włożyć do tabakierki kawałek bobrowego jądra i codziennie zażywać z niej tabakę. Te zdumiewające porady brały się stąd, że samo rozpoznanie choroby nie było sprawą łatwą. Wszelkie diagnozy opierały się, bowiem na badaniach pulsu, moczu czy oczu. Wewnętrzne dolegliwości człowieka na długo jeszcze pozostały wielką niewiadomą, a pierwszy szpital z prawdziwego zdarzenia otwarto w Cieszynie ledwie w 1700 r. „Medicus ordinatus" czyli lekarz szpitalny zaczął tam terminować dopiero od 1 stycznia 1725 r.W 1780 r. miała miejsce zdumiewająca, jeśli chodzi o skutki sprzedaż dóbr będących na uposażeniu skoczowskiego domu ubogich. Stało się to za sprawą cesarza austriackiego Józefa II (1741-1790). Wydał on zarządzenie, że nieruchomości należące do szpitali należy sprzedać, a uzyskane stąd sumy zdeponować na oprocentowanym na 3.5 % koncie bankowym. Domy dla biednych miały być odtąd utrzymywane z odsetek kapitałowych. W tych okolicznościach „doszło do niewybaczalnego zaniedbania magistratu. Licytacja gruntów odbyła się w starostwie cieszyńskim w dzień jarmarku w Skoczowie. Nikt ze skoczowian zainteresowanych licytacją nie mógł się więc w tym dniu udać do Cieszyna. Tylko dwóch z nich stawiło się na licytacji, urzędnik i mieszczanin. Wobec tego licytacja wypadła na korzyść tego ostatniego, gdyż grunty szpitalne udało mu się kupić bardzo tanio. Szpital zaś poniósł ogromne straty. Ze sprzedaży uzyskano jedynie 2200 guldenów". Czyżby szpital padł ofiarą „szytej grubymi nićmi" afery finansowej? Pozostały jednak stawy, ogrody i łąki oraz bezinteresowna pomoc kolejnych darczyńców. Jaskrawa manipulacja nie zraziła do szpitala nieznanego z nazwiska i imienia następnego ofiarodawcy.

 

W 1782 r. przekazał on na jego utrzymanie bliżej nieokreślone parcele, które wydzierżawiono, a uzyskane stąd pieniądze zasiliły szpitalne konto bankowe.


 

Artykuł pochodzi z „Kroniki Skoczowa” 2000,nr 15 udostępnionej dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.