Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Starał się Czeladnik, by majstrem zostać

JAN WANTUŁA

STARAŁ SIĘ CZELADNIK, BY MAJSTREM ZOSTAĆ

 

W odbudowującym się po wielkim pożarze w 1756 r. mieście Skoczowie, po oddaniu do użytku publicznego kościoła parafialnego, gospody pod Białym Koniem i zajazdu „Zabawa", skoczowscy mieszczanie przystąpili do budowy „Stockhausu" — kamieniczki przy dzisiejszej ulicy Fabrycznej, w której mieściła się gospoda cechowa pełniąca równocześnie funkcję zajazdu dla wędrujących czeladników.

 

Należałoby dodać, że w owym czasie rzemiosło odgrywało jeszcze poważną rolę w gospodarce i kształtowało stosunki społeczne, tak w skali kraju, jak i miasta czy wsi.

 

Młodzież garnęła się do nauki rzemiosła. Wielu chłopaków marzyło o zdobyciu godności cechowego majstra, zamożnego i powszechnie szanowanego obywatela, lecz droga do zdobycia dyplomu mistrzowskiego zastrzeżona była wyłącznie dla chłopców z rodzin wolnych od poddaństwa i pańszczyzny oraz wyznających religię rzymskokatolicką. Od r. 1677 członkiem cechu w Skoczowie mógł być tylko katolik.

 

Chłopak miejski, który postanowił zostać rzemieślnikiem, po złożeniu w cechu odpowiednich zaświadczeń o pochodzeniu i uiszczeniu opłaty zgodnej z obowiązującą taksą, został przyjęty na 6-cio tygodniowy okres praktyki w warsztacie wybranego majstra. Jeśli podołał obowiązkom, to najczęściej już po trzech latach terminowania doczekał się wyzwolenia i został uroczyście mianowany czeladnikiem, czyli rzemieślnikiem posiadającym już pełne kwalifikacje zawodowe. Ponieważ jednak nie uzyskał jeszcze pełnej samodziel ności, zmuszony był pracować za zapłatę na rachunek majstrapracodawcy.

 

Czeladnicy  zwani też towarzyszami stanowili główną siłę roboczą w rzemiośle, potrafili walczyć o zabezpieczenie sobie lepszych warunków pracy i płacy. W tym celu, już w XV w. powstawały bractwa czeladnicze, które kierowały się przepisami ujętymi w formie statutów określających prawa i obowiązki czeladników oraz ich stosunek do mistrzów cechowych.

 

Pierwszym, najważniejszym jeszcze w tych czasach obowiązkiem nowo wyzwolonego czeladnika, było odbycie co najmniej rocznej wędrówki w celu zdobycia praktyki zawodowej i uzupełnienie swoich rzemieślniczych umiejętności.

 

Wielkim udogodnieniem i dobrodziejstwem dla wędrujących czeladników były gospody cechowe, w których zobowiązani byli zgłaszać się wszyscy wędrowni czeladnicy, bez względu na to skąd przybyli, i jaki zawód reprezentują. Bogatsze cechy miały swoje branżowe gospody. Biedniejsze, w mniejszych miastach jak np. w Skoczowie, dysponowały jedną wspólną dla czeladników wszystkich specjalności gospodą, w której powieszony na widocznym miejscu statut bractwa czeladników, obowiązywał wszystkich wędrujących rzemieślników, bez względu na uprawiany zawód. Statut był równocześnie regulaminem gospody cechowej, bowiem zawierał szereg nakazów i zakazów regulujących życie społeczne i prywatne czeladnika, który przybywając do gospody stawał się automatycznie członkiem miejscowego bractwa.

 

Pieczę nad wykonaniem postanowień statutu sprawowali wybierani co kwartał starsi czeladnicy. Upoważnieni oni byli do zbierania składek (opłat  ściepek składkowych) oraz kar wpłacanych do kasy bractwa. Zostali też zobligowani do tego, by przynajmniej raz w kwartale odczytać głośno „wobec wszystkich towarzyszy, starszych i młodszych" cały statut „aby się wg niego wszyscy zachowywali".

 

Wszystkie regulaminy bractw czeladniczych zawierały takie same lub bardzo podobne przepisy, zaś różnice dotyczyły najczęściej sposobu ich zredagowania. Chociaż nie zachował się statut, który kiedyś wisiał na ścianie gospody cechowej w Skoczowie, dysponujemy podobnymi regulaminami: statutem bractwa czeladników kowalskich z Prudnika w 1549 r. oraz statutem bractwa czeladników w Mikołowie, zatwierdzonym w 1606 r. przez magistrat miasta. Wychodząc z założenia, że statuty te nie różnią się zbytnio od statutu bractwa   skoczowskiego,   spróbujemy:

 

- posługując się cytatami z tych dokumentów

 

- poszerzyć nieco wiedzę o prawach i obowiązkach i wogóle o życiu przebywających w naszym mieście czeladników.

 

Wszyscy wędrujący towarzysze po przybyciu do miasta zobowiązani byli zgłosić się w gospodzie cechowej, gdzie otrzymywali skierowanie do pracy u jednego z miejscowych majstrów. Propozycji nie wolno było odrzucić, odmowa karana była grzywną w wysokości całotygodniowego zarobku. Natomiast w czasie odbywania praktyki mógł czeladnik przenieść się do innego majstra, nie zapominając zawiadomić o tym gospodzkiego. Pod groźbą takiej samej kary towarzysz musiał zamieszkać u majstrapracodawcy, lub ewentualnie w gospodzie cechowej, a nie, broń Boże, w wynajętej prywatnej komórce. Koszt utrzymania w gospodzie dostosowany był do możliwości płatniczych czeladnika. „Jeżeli towarzysz za 1 grosz zje przy stole ojca gospodzkiego obiad, nocleg otrzyma darmo" — postanawiał regulamin. Zatem nie o zysk chodziło w tym wypadku, lecz o próbę izolowania czeladnika i ochronienia go przed obcymi, niepożądanymi wpływami.

 

W gospodzie towarzysz zobowiązany był zachować się godnie i grzecznie. Musiał „ojca gospodzkiego nazywać ojcem, a matkę  matką, zaś innq czeladkę zwać będzie siostrą i bratem". Gdyby tego nie uczynił, a oskarżą go o to — zapłaci 1 grosz".

 

Większa kara czekała towarzyszy za inne wykroczenie" „Kto by zanieczyścił pościel u ojca gospodzkiego, zapłaci za karę połowę zarobku tygodniowego", a kto obraziłby damski personel gospody „ ściągnął spodnie lub się rozebrał wobec matki lub siostry gospodzkiej, lub w ich obecności wyrażał się nieprzyzwoicie, przypada karze w wysokości całego zarobku tygodniowego". „Gdyby zaś, kto kogoś podczas oficjalnej biby brackiej, przy beczce lub konewce uderzył w gębę, ten zobowiązany jest napełnić ponownie beczkę lub konewkę, a gdyby kto kogoś nazwał kłamcą, niechby było gdzie bądź, zapłaci za karę 1 grosz".

 

W gospodzie chętnie grywano w karty lub kości. Było to dozwolone, nie wolno jednak było grać hazardowo, lub też z zawodowymi szulerami i „ludźmi lekkomyślnymi", za co groziła kara w wysokości połowy tygodniówki. Statut nakazywał też towarzyszom, żeby unikali jakichkolwiek kontaktów z kobietami lekkich obyczajów. „Gdyby który jakiej bezczelnej ladacznicy dałby napić się z konewki brackiej, lub jej podawał piwa, czy też zatańczył z nią, zapłaci 4 grosze kary". Karze o tej samej wysokości podpadał czeladnik, który „wprowadził kurwę w dom swego mistrza".

 

Twórcy tych przepisów zdawali sobie sprawę z tego, że żaden, nawet najeżony najwyższymi karami regulamin, nie jest w stanie wyeliminować wszelkiego rodzaju awantur i bójek wywoływanych permanentnie przez krewkich i podchmielonych towarzyszy. Ażeby złagodzić skutki tych młodzieńczych wybryków wprowadzono i przestrzegano rygorystycznie zakazu przychodzenia do gospody z bronią „gdyby zaś który z towarzyszy przybył do gospody uzbrojony w broń morderczą, zapłaci za karę cały zarobek tygodniowy, chyba że przybył taki z wędrówki, wtenczas jest zobowiązany broń złożyć u ojca gospodzkiego do przechowania". ; Zakazano też czeladnikom kowalskim wykonywanie kastetów.

 

Przepisy statutu miały służyć pogłębianiu wiary i religijności. Jeden z artykułów przewidywał, że „ktoby się odważył lżyć Pana Boga w gospodzie, zapłaci kary cały zarobek tygodniowy". Obowiązkiem czeladnika było branie udziału w nabożeństwach i uroczystościach kościelnych. Szczególnie uroczyście obchodzono święto patrona rzemiosła: „w ten dzień — zgodnie z zaleceniami regulaminu — ojciec gospodzki winien towarzyszom podać do stołu gęś". Wszyscy czeladnicy byli też zobowiązani do udziału w pogrzebach swych kolegów  „gdyby który bez przyczyny się nie zjawił, zapłaci kary 1 grosz".

 

Dążenie do integracji zróżnicowanego środowiska czeladników, znalazło swój wyraz w artykułach statutu, nakazujących towarzyszom brać udział we wszelkich wspólnych imprezach cechowych oraz bibkach brackich ,,prbeczce i konewce". Kary za nie przestrzeganie tych zaleceń zasilały kasę bracką, z której wypłacano m.in. zasiłki i zapomogi czeladnikom niezdolnym do pracy z powodu choroby. Tak więc każdy towarzysz winien był w każdą (w Mikołowie), lub co drugą niedzielę (w Prudniku) zjawić się w gospodzie i „dać nakład 2 halerze, nie uczyniłby tego, zapłaci za karę grosz". „Ma też każdy towarzysz co trzeci tydzień korzystać z „dobrego poniedziałku", a gdyby nie przybył „ma zapłacić piwne, jakby pił z nimi". „Gdy ojciec gospodzki szynkuje piwo, wtedy każdy towarzysz winien wypić jedną kwartę", kto wtenczas byłby zatrudniony przezpolnie (poza miastem) — ten ma 6 halerzy złożyć na popitkę. Ktoby się temu sprzeciwił, zapłaci połowę zarobku tygodniowego".

 

Udział w oficjalnych popijawach, był więc obowiązkowy. Pito piwo, uważane powszechnie za napój szlachetny, posiadający właściwości lecznicze i orzeźwiające. Dawano je również osobom chorym i słabym oraz rekonwalescentom — dla wzmocnienia. Natomiast cały dowcip polegał na t^m, że nie wolno było się upić, za co groziła kara. „Gdyby się kto upił i nie zachował porządnie ma 4 grosze grzywny zapłacić, a oprócz tego podlega karze przez czeladników". „Kto by się upił tak, że wymiotuje, za karę płaci połowę zarobku tygodniowego".

 

Statuty bractwa czeladników określały wyraźnie stosunek towarzysza do mistrza, utrwalały różnice uprzywilejowania pomiędzy młodszymi i starszymi terminatorami, czeladnikami i mistrzami cechowymi, regulowały sprawę zatrudnienia i zwolnienia z pracy. Obowiązywała zasada, że czeladnik, który pragnie udać się na dalszą wędrówkę, musi zawiadomić o tym mistrza z tygodniowym wyprzedzeniem. „Jeżeli czeladnik w ciągu dnia chciał odejść z pracy u swego mistrza, to ten, dopóki czeladnika potrzebuje, w żaden sposób nie ma na to pozwolić". Towarzysz powinien czcić i szanować swego cMebodawcę. „Każdy czeladnik, gdy spotka mistrza lub jaką inną osobistość czcigodną, winien uczciwie pozdrowić, a gdyby tego nie uczynił, ma być przez starszych czeladników ukarany". „Nie wolno też obmawiać za plecami swego mistrza jedzenia, picia lub pościeli, pod groźbą kary w wysokości 2 groszy".

 

Statuty były więc również podręcznikami „dobrego wychowania", i jak stwierdził Aleksander Bruekner „uczyły istotnie obyczajowości, wygładzały szpetotę mowy i ruchów". Doświadczeni starsi cechu wiedzieli, że taka będzie przyszłość rzemiosła, jakie uczniów i czeladników chowanie. Dokładali też wszelkich starań, by również statuty bractw czeladników stanowiły instrument przydatny w procesie wychowania młodych rzemieślników.


Uwaga: Cytaty w tekście pochodzą z „Księgi pamiątkowej rzemiosła" Katowice 1948.

 

Artykuł pochodzi z „Kroniki Skoczowa” 1991,nr 8 udostępnionej dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.