Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Osobliwe losy Skoczowskiego trytona

Karol Kajzer

OSOBLIWE LOSY SKOCZOWSKIEGO TRYTONA

 

Każdego, kto zawita do Skoczowa, zauroczyć może malowniczy, czworoboczny rynek ze staromiejską, stylową zabudową i wychodzącymi z jego czterech rogów, równie starymi, przytulnymi uliczkami. Kilkuwieczne, piętrowe kamieniczki, otaczające plac rynkowy wyglądają trochę jak zabawkowe makiety, równiutko złączone szeregowo w jednolite ściany. Nad nimi, od strony zachodniej, góruje sędziwy ratusz z przysadzistą, wysoką wieżą.

 

W centrum rynku, omurowany breńskim piaskowcem, stoi niewielki zbiornik wodny, z którego wyrasta kamienny, kwadratowy cokół dźwigający półnagą, brodatą postać mężczyzny siedzącego okrakiem na rybie i pochylonego pod ciężarem trzymanej na barkach dużej muszli. Gdy sadzawka napełnia się wodą, turyści i wycieczkowicze rzucają w wodę drobne monety, wierząc, że spełni się ich życzenie, by w to miejsce znowu kiedyś wrócić.

 

Niegdyś powszechnie panował zwyczaj ustawiania podobnych posągów na cysternach i fontannach, umiejscowionych zwykle na rynku miasta. Najczęściej były to figury św. Floriana, który ma chronić mieszkańców od ognia, jak np. w Cieszynie, lub wcześniej jeszcze rzeźby pogańskich bożków. Na skoczowskiej cysternie, zwanej „czyszczarnią" ustawiono rzeźbę przedstawiającą niby Trytona, dawniej a nawet i dziś zwaną też Jonaszem.

 

Przez wiele lat bowiem toczyły się (a nawet toczą się nadal) spory między mieszczanami a znawcami sztuki o to, kogo ma przedstawiać skoczowska statua. Mieszczanie uznali ją za biblijnego Jonasza, który trzy dni przesiedział w brzuchu wieloryba, choć nawet wśród nich nie ma jeszcze jednolitego zdania. W końcu pewne autorytety naukowe definitywnie orzekły niegdyś, że figura przedstawia mitologiczną postać bóstwa morskiego Trytona, syna Posejdona i Amfitrydy. W sztuce, zarówno w rzeźbie jak i malarstwie, przedstawiany jest często jako bożek towarzyszący orszakowi nereid i wyobrażany z dużą konchą albo ślimakowatą zwiniętą muszlą w kształcie trąby.

 

Dramatyczne, owiane legendą dzieje skoczowskiego Trytona jako żywo przypominają koleje niejednych losów ludzkich, w których przeplatają się okresy wzlotów i upadków, goryczy i rozczarowań, ale też nadziei i triumfującej satysfakcji.

 

Długo nie wiedziano, skąd rzeźba się wzięła, kto był autorem dzieła i kiedy ją wykonał. Dawno już bowiem nie żyli świadkowie jego „narodzin". Przypuszczano, że stało się to po dwóch groźnych pożarach, jakie nawiedziły miasto w latach 1723 i 1756, po których zostało gruntownie odbudowane. Gustaw Morcinek, pisząc o „burgrabiowskim mieście Skoczowie" wspomina, że „Jonasz" stał sobie na środku czyszczarni od 1755 r. Jego „narodziny" posłużyły też Pisarzowi za temat do noweli „Burmistrzanka Gryzelda", włączonej potem do powieści „Ondraszek". Jest to romantyczna historia o zakochanym Włochu, który rzeźbił statuę i o tym, jak Jonasz został z rynku wyrzucony.

 

Dopiero w listopadzie 1954 r. podczas rozbiórki i remontu wieży ratuszowej znaleziono w niej puszkę z dokumentami, umieszczonymi tam w 1801 r. a następnie 1845 r. Jeden z dokumentów podaje, że w 1775 r. ostami budynek w Skoczowie posiadał nr 179, zaś budynek oznaczony liczbą 3 był własnością wielko mieszczanina Wacława Donaya, który wyrzeźbił „Neptuna" na ozdobę miejskiej czyszczarni, do której wodę sprowadzano drewnianymi rurami z „Cesarskiej Kępy", znanej obecnie jako „Kaplicówka". Stało się to zapewne przed rokiem 1775 . Mamy zatem trzecią nazwę rzeźby - „Neptun", która -jak się jeszcze okaże - była dość długo w obiegu.

 

Wacław Donay, radca miejski, był niela-da mistrzem w swoim fachu, gdyż oprócz Trytona, zwanego wówczas Neptunem, dla Cieszyna wykonał statuę św. Floriana, stojącą do dziś na cieszyńskim rynku, a także figury św. Jana Sarkandra i św. Piotra z Alkantaru w Skoczowie.

 

Sama rzeźba, wykuta w jednej bryle piaskowca o wysokości półtora metra, licząc od podstawy do zakończenia muszli, razem z postumentem wznosiła się na wysokość ponad dwa metry. Postać samego Trytona jest o wiele niższa od wzrostu przeciętnego mężczyzny ale na podwyższeniu prezentuje się okazale. Artysta przedstawił jąbardzo sugestywnie, w taki sposób, że patrząc na dzieło samemu niemal odczuwa się wielki wysiłek człowieka, dźwigającego znaczny ciężar.

Dziesiątki lat stał sobie Tryton, alias Jonasz, na skoczowskim rynku, spokojny, tajemniczy, przyglądając się codziennemu życiu i obyczajom mieszkańców. Do czyszczarni przychodziły mieszczki czerpać wodę, wypływającą z otworów muszli i paszczy ryby, prać bieliznę, furmani poili w zbiorniku konie, a dzieci dokazywały i chlapały wodą spod figury. Najwięcej zaś podczas śmigusowych polewam Był Tryton niemym świadkiem historycznych wydarzeń i miejskich uroczystości. Oglądał odbywające się na rynku bogate targi i jarmarki, na których zbierały się tłumy sprzedających i kupujących z miasta i miejscowości okolicznych.

 

Było tak do czasu, gdy magistrat postanowił miastu zafundować wodociąg. Wtedy studnia na rynku była już niepotrzebna, toteż „czyszczarnię" zlikwidowano a rzeźbę usunięto z rynku. Stało się w roku 1895.

 

Inna jest natomiast legendarna wersja tego wydarzenia. Powiadano bowiem, że dopóki mieszczanie uznawali w rzeźbie staro-zakonnego, świętego proroka Jonasza, wszystko było w porządku. Gdy jednak coraz częściej mówiono, że to nie Jonasz a obmierzły pogański bożek o szatańskim przezwisku „Tryton", który w dodatku, dla obrazy boskiej, goły paraduje na środku rynku, tego już ścierpieć nie można było. Nie mogły tego ścierpieć zwłaszcza stateczne i pobożne żony godnych mieszczan, strzegące w sposób bezwzględny zasad moralnych swoich mężów i dorastających córek. A ponieważ znane były z energii i stanowczości, co nieraz mężowie na własnej skórze odczuli, zmówiły się w gromadzie, przekonały małżonków i cokół z Trytonem przewróciły, a nieszczęśnika wywlekły za miasto do ogrodu, za hotelem „Pod białym koniem" i tam go porzuciły. Ponieważ w pobliżu był śmietnik, toteż figura skazana była na pewną zagładę.

 

W taki sposób zgotowano biedakowi los, podobny do losu jego mitycznego pierwowzoru. Bowiem według lokalnej, beockiej legendy, grecki tryton za to, że napadał na morskiej plaży kobiety, został przez Dionizosa przepędzony, lub też zgładzony przez mieszkańców.

 

Do legendarnego motywu „wypędzenia" Jonasza ponownie sięgnął Gustaw Morcinek w powieści „Urodzaj ludzi", a później także w broszurce napisanej z okazji 85-lecia Straży Pożarnej w Skoczowie. Pisał w niej m.in., że „skoczowskie dewotki" skrzyknęły się jednego dnia, zarzuciły powróz na szyję świętego Jonasza, zwaliły go z „czyszczarni" i powlokły w triumfie w krzaki za ulicę Wałową. Nawiązał też do legendy Konrad Doktor w „śpiewogrze niehistorycznej" zatytułowanej „W trytonowym grodzie" - utworze scenicznym, wystawionym z okazji 700-lecia Skoczowa w 1967 r.

 

W miejscu zlikwidowanego basenu czyszczarni przez kilkadziesiąt lat widoczne były, ułożone z brukowych kostek, tajemnicze inicjały literowe i data wydarzenia. W elipsowej otoczce umieszczono litery: IH, zaś pod nimi: I 1895 W.

 

Po dawnej czyszczarni żadnego śladu nie ma a obecny zbiornik zbudowano dla Trytona po jego powrocie na rynek.

 

Wygnany za miasto Tryton w niedługim czasie zasłynął jako „straszydło". Krążyły bowiem wśród ludzi wieści, że dziwne rzeczy dzieją się za sprawą bożka, zwłaszcza koło północy. Nieraz było słychać, jak ktoś jęczał, wzdychał, stękał i to tak głośno, że ludziom spać nie pozwalał. Niejednej skoczowiance zjawiał się we śnie jako potwór - pół ryby, pół człowieka - czyhający na ich cnotę a nawet życie. Podobno nawet miejscowy proboszcz poświęcał figurę i egzorcyzmami wypędzał z niej diabła, lecz na niewiele się to zdało. Dlatego strach było w nocy znaleźć się w bliskim sąsiedztwie ciemnego zakątka i siedliska pogańskiego bożka. Kto przypadkiem w nocy przechodził w pobliżu, zmykał ile wlazło, aby jak najdalej znaleźć się od tego miejsca i żegnał się nabożnie, by uchronić się od licha. Za to w dzień odwagi starczało więcej, zwłaszcza dzieciom i młodzieży, które pastwiły się nad biedakiem, jakby mszcząc się za jego nocne straszenie.

 

Nie wiadomo w końcu, czy dlatego, aby oddalić straszydło od zabudowań, czy też -co wydaje się pewniejsze - po to, by uratować figurę przed całkowitym zniszczeniem i choć częściowo zrekompensować poniżające usytuowanie, lub jeszcze z innych powodów, dość że w 1910 roku przeniesiono Trytona dalej za miasto. Tym razem ustawiono go wśród pól i pastwisk, na wschodnim stoku Kaplicówki, skąd rozpościerał się widok na miasto i najbliższą okolicę. W taki sposób niewdzięczne miasto znalazło się u stóp swego wygnańca.

 

I znów blisko pół wieku stał Tryton samotnie koło ścieżki, którą co roku, podczas odpustu szły procesje wiernych do stojącej u szczytu wzgórza kaplicy błogosławionego (dziś już świętego) Jana Sarkandra. Stał tam opuszczony, zdawałoby się nikomu niepotrzebny, wzgardzony.

 

Tymczasem niektórym mieszkańcom sumienie nie dawało spokoju, że dzieło tej miary poniewiera się gdzieś za miastem skazane na samotność i wybryki pastuchów. Toteż już w latach międzywojennych władze miasta kilkakrotnie rozważały sprawę powrotu rzeźby do centrum, z czego w protokołach z posiedzeń Wydziału Gminnego zostały odpowiednie zapiski.

 

Po raz pierwszy sprawę przeniesienia znajdującego się na wzgórzu ,, artystyczno-historycznego posągu Posejdona (sic!) na stosowniejsze miejsce " rozpatrywano w dniu 30 listopada 1926 roku. Spotykamy się tu, jak widać, z grecką nazwą boga mórz Neptuna, a zatem obydwie nazwy były dawniej powszechnie w użyciu. Na tym posiedzeniu nie podjęto prawdopodobnie żadnej decyzji, a do sprawy wrócono w maju 1928 roku. Tym razem, na wniosek radnego Stritzkiego, uchwalono „przenieść posąg Posejdona na odpowiedniejsze miejsce do budynku Jany-Rotter". Ponieważ budynek ten znajdował się w pobliżu hotelu „Pod białym koniem", byłby to powrót w okolicę dawnego usytuowania rzeźby. Komisja dla konserwacji zabytków, której powierzono załatwić przeniesienie posągu, z jakiejś przyczyny nie wywiązała się z zadania i „Posejdon" nadal pozostał na stoku wzgórza.

 

Do sprawy rzeźby ponownie wrócono w marcu 1934 roku. Wówczas jednak Wydział Gminny zgodził się z propozycją nauczyciela Karcha na „pozostawienie posągu Posejdona tzw. Jonasza (sic!) na starym miejscu " do czasu wyznaczeniu mu nowego miejsca, po ukończeniu projektowanej przebudowy starego zamku i połączonego z nim parku na brzegu Wisły. Niestety jednak, nie doszło ani do przebudowy starego zamku, który po czterech latach został rozebrany, ani do utworzenia parku nad Wisłą.

 

Tak więc przetrwał Posejdon - Jonasz -Tryton na wzgórzu Kaplicówki dwie wielkie zawieruchy wojenne, które dotknęły miasteczko i jego mieszkańców. Najwięcej miasto ucierpiało w czasie ostatnich dni drugiej wojny światowej, gdyż prawie dwa miesiące znajdowało się w strefie przyfrontowej. Jednak dzieło skoczowskiego rajcy - artysty, stojące na peryferiach miasta szczęśliwie ocalało.

 

Czego wszak nie zrobiły działania wojenne, dokonali wcześniej miejscowi pasterze, wypasający na Kaplicówce bydło i ich koledzy, którym to wzgórze jako ulubiony poligon do zabaw służyło. Upatrzyli sobie też rzeźbę jako obiekt niecnych wybryków. Choć już poprzednio rzeźba była znacznie sfatygowana, najwięcej jednak ucierpiała po umieszczeniu jej na stoku wzgórza. W tym czasie, gdy ją przenoszono na Kaplicówkę, jej stan był jeszcze znośny. Jak wynika z opisu Ludwika Brożka, nauczyciela skoczowskiego (późniejszego kustosza muzeum w Cieszynie), na początku lat trzydziestych rzeźba była potwornie okaleczona. Część muszli była rozbita a ręce, które ją podtrzymywały, ułamane u samego kadłuba. Prawa noga została w połowie odłamana, zaś u lewej ubito piętę i palce. Również nos był utrącony, a na jego miejscu powstała potworna dziura. Ryba, na której okrakiem siedzi mężczyzna, pozbawiona została przedniej pary płetw, a jej ogon był poszczerbiony.

 

Pierwotnie rzeźba była chyba parokrotnie pomalowana, gdyż w niektórych miejscach stwierdzono ślady farby zielonej i żółtej, m.in. na korpusie ryby, brunatnej na ciele mężczyzny a także zielonej i niebieskiej na liściach okalających biodra Trytona. Użyta była również farba czarna do oczu, włosów i wąsów. Później - prawdopodobnie już na wygnaniu -pobielono statuę wapnem, które zostało spłukane przez deszcz, o czym świadczyły nielicznie zachowane ślady we wgłębieniach. W końcu nawet te rzadkie ślady zniknęły.

 

W takim stanie posąg przetrwał kolejną wojnę i pierwsze lata powojenne.

 

„A Jonasz stoi cicho i w dół opuścił oczy,

Czy ja mam zejść do miasta,

Czy Skoczów do mnie skoczy? " - zdawał się pytać słowami poety Jana Sztaudyngera, opiewającego swego czasu dzieje skoczowskiego wygnańca w „Balladzie o Skoczowie i Trytonie".

 

Minęło wszakże jeszcze z górą dziesięć lat od końca wojny, gdy u skoczowskich działaczy dojrzała myśl, aby zabytkowe dzieło Wacława Donaya sprowadzić w końcu na dawne miejsce na rynku. Wiosną 1957 roku władze podjęły ostateczną decyzję o sprowadzeniu na rynek rzeźby.

 

Zniszczoną i okaleczoną rzeźbę przewieziono najpierw do artysty - rzeźbiarza Artura Cień-ciały w Wiśle, który podjął się jej odnowienia i doprowadzenia do pierwotnego stanu. Żmudna to była praca, zważywszy na znaczne uszkodzenia, co wymagało uzupełnienia brakujących fragmentów i odnowienia całej powierzchni, toteż całe miesiące spędził Tryton na „kuracji" w wiś-lańskiej pracowni artysty.

 

Odnowiony wreszcie, w całej swej okazałości wrócił Tryton - Jonasz do Skoczowa, choć jeszcze nie na rynek. Tym razem rzeźbę umieszczono w parku, na zapleczu remizy strażackiej, dziwnym zbiegiem okoliczności w pobliżu pierwszego miejsca wygnania.

 

Wówczas też był już rok 1962 - losem skoczowskiej rzeźby zainteresowały się, o dziwo, władze Wisły. Ojcowie miasta szykowali Uzdrowisku nową szatę. Zakładano kwietniki i zieleńce w parkach i dla upiększenia któregoś z nich postanowiono sprowadzić właśnie skoczowskiego Neptuna vel Trytona. Niewykluczone zresztą, że podobna myśl mogła zrodzić się pod wpływem samego mistrza Cieńciały.

 

Jednak skoczowianie nie wypuścili swojego niefortunnego patrona z miasta. Skoczów zaczął przygotowywać się tymczasem do własnego jubileuszu - 700-lecia uzyskania praw miejskich, co przypadało na rok 1967. Uroczystościom patronować miał Tryton. Z rynku usunięto stację benzynową, a zamiast niej miała tam wrócić rzeźba. Stację benzynową przeniesiono w maju 1967 r. na nowe miejsce przygotowane u wylotu z miasta, przy szosie prowadzącej do Katowic. Niestety, dla zabytkowej rzeźby jeszcze nie nadszedł kres wygnania. Okoliczności dla niej wciąż były nieprzychylne. Nawet jubileusz miasta nie stanowił dla ówczesnych władz powiatowych - od których to wtedy zależało - wystarczającego uzasadnienia i powodu do wydania zezwolenia na sprowadzenie Trytona na rynek.

 

- „ Czy w tym Skoczowie nie macie już ważniejszych problemów do załatwiania? " - zaskakiwano wymówką przedstawicieli władz miasta. zwracających się o zezwolenie. I zaraz też następowała wyliczanka „nabrzmiałych problemów społecznych", którymi władze miejskie winny się zająć i na te cele przeznaczyć fundusze. Na tym też sprawa się urwała.

 

Tymczasem popularność Trytona rosła. Został w zasadzie uznany faktycznym patronem miasta, jego wizytówką. Utrwaliła się wówczas, niejako definitywnie, dla rzeźby Donaya nazwa „Tryton" (choć dla niektórych pozostał nadal „Jonaszem"). Nowoutworzony Międzyzakładowy Dom Kultury w Skoczowie przyjął nazwę „Tryton", miłośnicy kina zawiązali dyskusyjny Klub Filmowy pod nazwą „Tryton", w publicystyce i informacjach prasowych Skoczów nazywano często „miastem Trytona", lub „trytonowym grodem".

 

Powraca jednak ciągle pytanie, jak to w końcu jest z nazwą Donayowej rzeźby, której tożsamość wzbudzała i nadal wzbudza wiele sporów. Czy to Neptun - Posejdon, czy Tryton, czy w końcu Jonasz? Otóż w spisie mieszkańców Skoczowa z 1775 r. sporządzonym jeszcze za życia rzeźbiarza, a włączonym z innymi dokumentami do ratuszowej wieży - o czym już była tu mowa, wymienia się Wacława Donaya jako twórcę kamiennej rzeźby Neptuna. Można zatem przypuszczać, że sam artysta nazwał tak swoje dzieło. Ponieważ italski bóg deszczu i wody Neptun utożsamiany jest z greckim bogiem mórz i oceanów, rzeźbę nazywano również Posejdonem. Z czasem zwrócono jednak uwagę, że Posejdon, czy Neptun wyobrażany jest zwykle z nieodłącznym trójzębem, którym bóg wzburzał morze i uśmierzał morskie fale. Natomiast postać Donaya takiego atrybutu nie posiada. Zatem - twierdzono - nie może to być władca mórz.

 

W czasach, gdy jeszcze figura stała na rynku, podczas wędrówek po Śląsku, Skoczów odwiedził profesor Marian Sokołowski, historyk sztuki, który w 1887 roku napisał m.in. o Skoczowie: ,,Na rynku basen z wodą a na nim kamienny tryton z ciemnym, wilgocią przesiąkniętym ogonem ". W wiele lat później, wspomniany już Ludwik Brożek również utrzymywał, że figura wyobraża mitologiczną postać bożka trytona. W żadnym wypadku, według Brożka, nie jest to postać Jonasza. Oponenci natomiast powoływali się na wizerunek mitologicznego trytona jako półczłowieka - półryby, podczas gdy postać Donaya w całej pełni jest mężczyzna z nogami, siedzącym na rybie. Więc jakiż to Tryton? Chociaż przypomnieć trzeba, że Tryton przedstawiany jest także w sztuce, albo jako dmuchający w muszlę, albo też trzymając konchę w kształcie muszli, jak to widać na skoczowskiej rzeźbie. Tryton jest też dość często przedstawiany na niektórych fontannach •barokowych, skąd rzeźbiarz, pochodzący z Moraw, znając zapewne różne miasta, mógł brać pewien wzorzec.

 

Od dawna jednak dość powszechnie uważano i nadal uważa się, że figura przedstawia starotestamentowego proroka Jonasza. Wersja z Jonaszem bowiem bliższa jest mieszkańcom, znającym lepiej podania biblijne niż mitologię grecką czy rzymską i odpowiada zwłaszcza osobom religijnym. Zawsze to przecież prorok święty. Zwolennikom Jonasza tłumaczono natomiast, że nie może wieloryb, który połknął człowieka, być od niego mniejszy. W dodatku, gdy ten ujeżdża go jak wierzchowca i jeszcze z konchą nad głową. Tak więc Jonasz także niezbyt pasuje do postaci rzeźby. Nic więc dziwnego, że spór o nazwę dzieła Donaya całkowicie nie został zakończony.

 

W latach 60-tych w prasie, radio i telewizji dużo pisało się i mówiło o Skoczowie, przede wszystkim z okazji jego 700-letniego jubileuszu. Bo też to był jubileusz, który nie miał sobie chyba równych. Cały tydzień świętowali i zabawiali się mieszkańcy „trytonowego grodu" i licznie przybyli na te uroczystości goście. Podziwiali różnobarwny, historyczny korowód przebierańców, jaki przemaszerował w dniu inauguracji ulicami miasta, występy zaspołów i orkiestr a także historię wygnania Trytona z miasta, przedstawioną w „śpiewogrze niehistorycznej" Konrada Doktora. Tłumnie uczestniczyli w czwartkowym przebogatym jarmarku na rynku, gdzie przeszłość splatała się ze współczesnością, bawili się wesoło na różnych zabawach i festynie, podziwiali wspaniałe „fajerwerki". A wszystko to obwieszczał zebranym magistracki dobosz Warcęga, postać wielce osobliwa i popularna w dawnym Skoczowie, co prawda dawno nieżyjący, lecz po mistrzowsku przez Jana Czaputę odtworzony z takim realizmem, iż starym Skoczowianom jako żywy się przypomniał. Zebrali się też na uroczystej sesji historycznej znakomici historycy, którzy o 700-letnich dziejach miasta bardzo ciekawe i uczone referaty wygłaszali.

 

Był więc skoczowski jubileusz wielkim i znaczącym wydarzeniem, które na trwałe weszło do tradycji miasta. Od tego czasu bowiem obchodzone są co roku„Dni Skoczowa".

 

Obchodom siedemsetlecia zatem w głównej mierze zabytkowa rzeźba Donaya zawdzięcza swoją odnowę i powrót do miasta, choć na sam jubileusz nie pozwolono jej wrócić na rynek. I znowu mijał rok za rokiem, lecz pamięć o stojącym w parku za remizą Trytonie była na tyle żywa, że Skoczowianie oczekiwali już a najbliższym czasie sprzyjających okoliczności, aby rzeźbę ostatecznie sprowadzić na pierwotne miejsce w rynku.

 

Jednakże wiele zabiegów trzeba było jeszcze poczynić ze strony działaczy kulturalnych i wiele biurokratycznych trudności pokonać aby wreszcie osiągnąć cel. Nieugiętymi zwłaszcza protagonistami powrotu Trytona byli między innymi dwaj zasłużeni dla Skoczowa działacze - Edward Biszorski - malarz artysta i Jan Wantuła - nauczyciel, historyk. Oni to przez cały czas czynili usilne starania o sprowadzenie na rynek Trytona u władz miejskich a zwłaszcza powiatowych, od których to głównie zależało. I znowu, po raz kolejny w 1972 roku władze powiatowe odmówiły zezwolenia na sprowadzenie rzeźby na rynek. Odmową nie zrażał się jednak Edward Biszorski, którego żadna dyscyplina partyjna pod tym względem nie obowiązywała, toteż zwracał się w tej sprawie nawet do ministerstwa kultury. Sprawa Trytona niewielkiego miasteczka śląskiego stała się na tyle głośna, że trafiła nawet do katowickiej wojewódzkiej prasy a w „Poglądach" ukazał się obszerny reportaż o Skoczowie i jego zabytkowym Trytonie.

 

Dopiero w 1975 roku po zlikwidowaniu powiatów i utworzeniu województwa bielskiego, które objęło ziemię cieszyńską ze Skoczowem, okoliczności zmieniły się na korzyść. Naczelnikiem miasta w tym czasie był Stanisław Łuczkiewicz, dzięki któremu sprawa Trytona w końcu znalazła swój pomyślny finał.

 

Wreszcie, po osiemdziesięciu, z górą, latach wygnania i tułaczki, zabytkowa osiemnastowieczna rzeźba Wacława Donaya, w październiku 1976 roku, wróciła na skoczowski rynek. Pod statuę przygotowano wyższy cokół i umieszczono w specjalnie wybudowanym zbiorniku fontanny w centralnej części placu, gdzie prezentuje się okazale i znowu jak niegdyś stanowi ozdobę miasta. Miejmy nadzieję, że już na zawsze.


Stojąc dziś na skoczowskim rynku Trytona-Jonasza, warto poświęcić chwilę zadumy nad niezwykłymi dramatycznymi jego losami, jakże podobnymi do niektórych losów ludzkich. Karol Kajzar


Artykuł pochodzi z „Kroniki Skoczowa” 1996, nr 11 udostępnionej dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.