Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Wakacje w przedwojennym Skoczowie

Robert Orawski

Wakacje w przedwojennym Skoczowie

 

W okresie międzywojennym niewiele dzieci ze skoczowskich i okolicznych szkół wyjeżdżało na wakacje. Po zakończeniu roku szkolnego, co zwykle miało miejsce około 20 czerwca prawie wszystkie pozostawały w domu pod opieką rodziców pracujących zazwyczaj od godz. 8 do godz. 12.00, z godzinną przerwą obiadową i znowu od godz. 13.00 do godz. 17.00.

Dla młodzieży ze wsi lato nie było okresem wypoczynku, ale wytężonej pracy na roli. Musiała ona pomagać swoim bliskim wprowadzeniu gospodarstwa, przy żniwach, robotach polowych i wypasie bydła. Z kolei dziewczęta i chłopcy z miasta pozbawieni kurateli rodziny i zorganizowanego czasu wolnego szukali różnych zajęć na własną rękę. Nigdy jednak nie nudzili się gdyż nie brakowało im fantazji i najdziwniejszych pomysłów. Z byle drobiazgu potrafili wykrzesać tyle zabawy i radości, że po latach warto przywołać z przeszłości ich świat i pokazać go ich dzisiejszym rówieśnikom wpatrzonym bezkrytycznie w ekran komputera i telewizora.

Również i wtedy dzieci nie miały zbyt dużo obowiązków domowych. Stąd jeśli któreś wyszło z domu na podwórko po ósmej rano, to najwcześniej wracało wieczorem, umorusane, głodne z poobijanymi, a bywało że i poranionymi nogami. Najbardziej narażone na szwank były duże palce u stóp. Młodzież chodziła bowiem boso i to aż do pierwszych przymrozków. Buty ubierało się tylko na jakieś szczególne okazje. Na starych zdjęciach szkolnych nie widać bosonogich chłopców. Tacy bowiem stali zawsze z tyłu. Z przodu nauczyciele ustawiali dzieci pochodzące z bogatszych rodzin w tzw. trzewikach . Jednak na podwórzu, „na polu" wszyscy byli równi i mieli prawie że jednakowe koszule i krótkie spodnie na szelkach. Jednakowo też byli spragnieni wolności, gdyż każdy z nich chciał odetchnąć od dyscypliny szkolnej. W lecie chętnie można było się jej podporządkować ale tylko na obozach i koloniach, o których młodzież śniła po nocach . We wrześniu 1938 r. do „Jedynki" i „Dwójki" uczęszczało aż 880 dzieci. Część z nich udzielała się w harcerstwie, które po roku 1932 zaczęło szybko się rozwijać, chociaż nie każdego rodzica stać było na obuwie i jako takie ubranie dla swego dziecka, a co dopiero na mundurek harcerski. Mimo to powstały dwie prężne działające drużyny harcerzy i jedna harcerek. Coraz liczniejsza stawała się drużyna zuchów. Pierwszy obóz skoczowscy skauci zorganizowali w Brennej, w lipcu 1936 r. pod komendąpod-harcmistrza Pawła Tendery i Karola Urbańczyka. Młodzież żądna przygód wywodząca się z najuboższych rodzin za pobyt na obozie nic nie płaciła, zaś pozostali wnosili tylko symboliczną opłatę.

Dużo mniej dzieci przebywało na koloniach w pobliskim Jaworzu, gdzie istniał Wojewódzki Ośrodek Kolonijny dostępny uczniom wszystkich szkół śląskich. Z tego powodu ilość miejsc na poszczególne, dwutygodniowe turnusy była w nim ograniczona. Nauczycielom niełatwo było np. w czerwcu 1939 r. sprawiedliwie wytypować 50 szczęśliwców. Dlatego kryterium doboru kolonistów opierało się często na przesłankach religijnych, zupełnie dla maluchów niezrozumiałych. W takim przypadku wyśnione nadzieje kończyły się wielkim płaczem i psychiczną zadrą na całe życie.

Większe skoczowskie zakłady pracy starały się organizować letni wypoczynek dla dzieci swoich pracowników, jednakże nie czyniły tego systematycznie, a jeśli już, to na niewielką skalę. Wyjątkiem była tu firma przewoźnicza Jana Molina, która nie tylko, że pokrywała większość kosztów takich kolonii i wczasów pracowniczych, to jeszcze darmowo użyczała swoich autobusów na wycieczki szkolne, harcerskie i zuchowe.

Corocznie w lipcu i w sierpniu wysyłano też 10-12 słabowitych i niedożywionych dzieci na bezpłatne czterotygodniowe turnusy lecznicze do Rabki. Tam mogły one podreperować swoje zdrowie za pomocą zabiegów i kąpieli jodo-bromowych. Przypadki rachityzmu i niedokrwistości nie należały do rzadkości. Walczono też z gruźlicą i fatalnym stanem uzębienia, które u 50% uczniów zagrożone było próchnicą.

Od połowy lat 20-tych wydatki na oświatę z budżetu państwa systematycznie rosły. Od 5,1% do 15,3% w r. 1928. Ich wielkość nie odbiegała od poziomu europejskiego. Dzięki czemu utrzymano akcję dożywiania najmłodszych we wszystkich szkołach ludowych i wydziałowych przemianowanych w r. 1932 na powszechne. Co więcej, rozciągnięto ją na drużyny jordanowskie powołane do życia w r. 1927 z inicjatywy wojewody katowickiego M. Grażyńskiego. W ciągu roku zaistniały one niemal we wszystkich szkołach śląskich w tym i w Skoczowie, w którym patronował im emerytowany generał Karol Kasperlik, powszechnie uznawany za gorliwego przyjaciela szkoły i uczniów. On to właśnie stworzył Komitet Opiekuńczy i wszelkimi sposobami wyszukiwał dla niego nowych członków oraz źródeł dochodów potrzebnych do utrwalania i rozwoju miejscowych drużyn. Szkoda, że zamierzeniami tymi poważnie zachwiał ogólnoświatowy kryzys gospodarczy, który z początkiem lat 30-tych objął także i Polskę. Ograniczenia budżetowe i daleko posunięte zabiegi oszczędnościowe w szkolnictwie sprawiły, że w lecie 1931 r. z braku funduszy nie udało się utrzymać drużyn. Dopiero w r. 1934 przy wsparciu Polskiego Czerwonego Krzyża na nowo je reaktywowano. Były one bowiem prawdziwym dobrodziejstwem dla dziatwy szkolnej. Od tego roku urządzano je już bez przeszkód, aż do wybuchu II wojny światowej. W lecie 1939 r. wstąpiło do nich 250 dzieci. Wtedy też blisko 100 uczniów wyjechało na obóz harcerski pod Tułem, a bardziej odważni wybrali się z 6 starszymi instruktorami w Pieniny na obóz wędrowny, którym kierował Wiktor Kempny. Na czele drużyny jordanowskiej stał kierownik. On też rokrocznie w okresie od 15 kwietnia do 20 maja szkolił podległych mu przodowników, będących najczęściej nauczycielami wychowania fizycznego po 19 dniowym kursie informacyjno-instruk-torskim. Ich metodycznemu przygotowaniu poświęcone były cykliczne konferencje powiatowe w Cieszynie.

Zazwyczaj w czerwcu z ambon kościołów skoczowskich ogłaszano rekrutację do drużyn, które cieszyły się uznaniem młodzieży. Zgłaszało się do nich 100-200 i więcej dzieci. Nie miały one kłopotu z przyjęciem. Odpłatność była symboliczna, a te z najuboższych rodzin nie były nią objęte.

W słoneczne dni członkowie drużyn zbierali się w parku za Wisłą lub na boiskach szkolnych gdzie ćwiczyli, bawili się i grali w prawdziwą piłkę pod opieką kierowników, Jerzego Karcha, Rudolfa Kukucza czy Leopolda Gazurka (w r. 1929). Wychowaniu fizycznemu młodzieży poświęcono dużo uwagi, nie tylko w lecie ale i na lekcjach w-fu. W miejsce kunsztownych ćwiczeń typu niemieckiego wprowadzono gimnastykę szwedzką i tzw. lekką gimnastykę, lekkoatletykę.

Atrybutem drużyny jordanowskiej był zielony, dwukołowy wózek pełen różnego sprzętu sportowego, którego ciągnienie było nie lada honorem. Młodzież garnęła się do sportu, a ta najzdolniejsza i najbardziej wytrwała zasilała potem szeregi miejscowego klubu sportowego. Piłka nożna, dwa ognie, siatkówka rywalizowały z kąpielami w Wiśle.

O wiele atrakcyjniejsze były jednak kąpiele, którym nie przyglądali się nauczyciele. Przez nich nie można było łowić ryb i nurkować za nimi w zagłębieniach brzegów i pod drewnianymi balami ułożonymi w poprzek Wisły, jeden obok drugiego. Samodzielna wyprawa nad rzekę, nad tzw. szlajsę (wodospad) była najprzyjemniejsza. Doświadczeni łowcy umieli chwytać ryby samymi rękami lub na tzw. oko (pętla z żyłki lub sznurka) co wymagało nie lada cierpliwości. W nieuregulowanej rzece roiło się od pstrągów. „Łaty jak rynka chodziły" po zakolach i małych zatoczkach1, których wtedy było pełno. Woda była czysta i nie uświadczyło się w niej kamieni pokrytych glonami, które obecnie wypełniają całe koryto Wisły. Nadawała sie do picia w miejscach gdzie do rzeki wpadały małe potoczki. Zachęcała do kąpieli, do mycia się mydłem raz w tygodniu i do skoków z trampolin robionych z desek. Każde z dzieci umiało dobrze pływać dlatego grało się w lajdę (berka) i przebywało w wodzie po kilka godzin. Tak długo dopóki wargi nie zsiniały z zimna.

Młodzież zorganizowana była w tzw. „bandy" tworzone przez nią samorzutnie. W każdej z tych band rządził wódz, którym najczęściej był najstarszy i najsilniejszy chłopak. „Chłapczory" - dziewczęta przyjaźniące się z rówieśnikami, należące do takich grup na równych z nimi prawach raczej rzadko dostępowały tego zaszczytu, chociaż niektóre z nich były niedościgłe w „wydziwianiu" (brojeniu) oraz w wymyślaniu najróżniejszych zabaw i gier. Brały też udział w systematycznie urządzanych zawodach sportowych.

W centrum miasta organizowało je rodzeństwo Blattanów, Edwin, Teobald i najmłodsza Lonia. Na podwórzu obok Fabryki Wódek i Rosolisów ich ojca był start i meta dla biegaczy oraz boisko do siatkówki. Skakano wzwyż i w dal.

Taką rywalizacją pasjonowała się również grupa Józefa Steca z „Zobawy", Ottona Gabrysia z Kępy, siedmioosobowy klan Heczków, mający swój rewir koło domu Zwilinga na dzisiejszym PKS-sie jak i Hotelmannschaft z parku hotelu „Pod Białym koniem". Wszyscy oni z kolegami i koleżankami niemal z całego Skoczowa zbierali się na „własnym" stadionie za mostem kolejowym, po lewej stronie Wisły patrząc od miasta. Tam także skakano, biegano, rzucano kulą i dyskiem z piaskowca, z kamienia.

Jednak największą popularnością wśród 8-14 letnich wyrostków z parku hotelowego cieszył się palant, rodzaj współczesnego baessballa . Ta gra budziła olbrzymie emocje.

Kwadratowy plac w parku za hotelem zwany umownie boiskiem gromadził najlepszych graczy z tej części miasta: Ernesta Obornego, późniejszego pastora jego brata Franciszka, Lidię Oborny, Kazimierza Hausera, syna kowala Józefa Janego, Antoniego Wróbla, Lizę Wróblównę, Lichockiego z siostrą Wandą Pawła Szarzca, Leona Palinkera i braci Poloczków, Karola i mieszkającego teraz w Anglii Józefa. Poloczkowie z ojcem trudnili się kolportażem poczytnego wówczas Ekspresu chodząc po mieście z zawieszonymi na piersiach drewnianymi skrzyneczkami z napisem gazetowym z przodu.

Do gry potrzebna była mała twarda piłeczka i solidny kij. Tym wyśnionym była firmowa „warzecha" proszku do prania firmy „Radion", który podobno, gdyby wierzyć reklamie - sam prał. Faktycznie owa pałka służyła do mieszania i wyjmowania gotującej się bielizny z kotła lecz ze względu na swój nadzwyczajny kształt była niezastąpiona na boisku. Na końcu wyjątkowo poręcznego trzonka miała charakterystyczne spłaszczenie o odpowiedniej, pożądanej przez graczy szerokości. Zwykły kij od miotły nie mógł się z nią równać, gdyż tylko jej uderzenie było wyjątkowo pewne i dalekie. Z takim strzałem nie mógł sobie poradzić nawet nadzwyczajnie uzdolniony do tej gry Rudolf Kostka, znakomity świecarz, który do perfekcji opanował sztukę łapania takiej piłki do wyciągniętej ręki. Właśnie taki chwyt dający przewagę drużynie nazywano świecą.

Równie namiętnie grano w karty, w „oczko". Nikt nie miał pieniędzy więc mało kogo stać było na obstawianie puli jednogroszówką. Otrzymać od kogoś lub znaleźć kilka groszy to było coś! Trzeba było mieć niesłychane szczęście aby pod podłogą drewnianego kręgu dla orkiestry, stojącego w parku trafić na 5 groszówkę. W podłodze ustawionej 1,5 m nad trawnikiem były szpary i zdarzało się, że któryś z muzyków upuścił tam parę monet. Czasami też ktoś z uczestników reguralnie odbywających się tam „festów", zabaw gubił podczas tańców trochę drobnych. Cóż to był za „zocny pinióndz".

Dlatego prawdziwe pieniądze zastąpiono sztucznymi „równie" cennymi. Ich funkcję pełniły drobne płytki z tworzywa pochodzącego z plastikowej rączki od parasola. Aby zostać bogaczem trzeba było zdobyć taki stary „parazol" i rozbić tą rączkę na kawałeczki.

Duże możliwości stały przed właścicielem schleuderów, proc robionych obowiązkowo z eisenholzu - żelaznego drzewa rosnącego na Kaplicówce w jednym z czterech wąwozów opadających po jej zboczu ku miastu. Do cienkiego rdzenia w ramionach rozkraki wkręcało się specjalne wkręty zakończone obrotowym kółkiem. Do nich mocowano czarną gumę o kwadratowym przekroju i boku 5 mm. Potem do obu końców przywiązywano kawałek skóry i dopiero wtedy tzw. „sznajder" był gotowy. Pociskami amunicją były kamienie, które przegrywały ze stalowymi półksiężycami z warsztatu ślusarskiego Hausera za hotelem. Łatwo było strzelać nimi daleko i celnie. Z łatwością rozbijały szyby w pobliskiej synagodze, a L. Pelenker potrafił jednym strzałem ustrzelić ptaka siedzącego na szczycie bardzo wysokiego świerka.

Z takim uzbrojeniem Mannschaft mógł stawić czoło innym bandom wchodzącym na jego teren, a szczególnie tym z „Zobawy". Rejonem zastrzeżonym były w tym wypadku okolice hotelu, wzgórze Kaplicówki i farskie pole rozciągające się u jego podnóża. Do obrony własnego terytorium zobowiązana była cała gromada. Stąd w częstych potyczkach, niekiedy przeradzających się w prawdziwe bitwy brało udział i kilkadziesiąt chłopców. Żaden z nich nie przebierał w środkach. Walczono wszystkim tym, co znalazło się w zasięgu ręki. Nie było jednak rannych ani pokaleczonych, zaś nad sińcami i guzami nikt się nie zastanawiał.

Jedna z batalii zakończyła się na polu buraczanym będącym własnością parafii Piotra i Pawła. Wynikłe z tego straty w „ćwikli" zdenerwowały samego księdza proboszcza Józefa Czaputę. W najbliższą niedzielę, na kazaniu ks. Edward Rduch długo grzmiał z ambony o zwyrodniałej i rozwydrzonej młodzieży, nie przestrzegającej przykazań ani praw boskich i ludzkich. Po takiej reprymendzie wzmocnionej bolesną ojcowską argumentacją na jakiś czas uspokoiło się w tej części Skoczowa. Mannschaft na kilka dni zaszył się w wąwozie, we własnym, dobrze ukrytym bunkrze, gdzie oddawał się innym miłym zajęciom, grze w policjantów i złodziei i zabawie w wojsko. Zdarzało się, że palono tam papierosy skręcone z papieru gazetowego i liści kasztanów. Dla najmłodszych był to swoisty egzamin dojrzałości. Nie zawsze udawało im się powstrzymać kaszel i wymiotny odruch żołądka, co wśród pozostałych wywoływało ogólną wesołość.

W dużym parku obok „Białego Konia", po którym zostało dzisiaj tylko kilka drzew, każdy członek bandy miał swój „stróm" i swoją dziurę w okalającym go, sztachetowym parkanie. Gdy któryś z pracowników hotelu nie mógł już dłużej znieść „rozwrzeszczanych bachorów" wbiegał do parku i usiłował przepędzić stamtąd intruzów. Na niewiele się to zdawało, gdyż dosłownie w ciągu kilku sekund każdy z nich chował się błyskawicznie za płotem, drzewem lub na drzewie.

Małpia umiejętność wspinania się na drzewa przydawała się podczas ekscytujących wypraw po jabłka, na tzw. „złodziejkę lub raubczykowanie" do sadu kowala Józefa Janego. Właściciel usiłował je obronić przed chmarą głodomorów, ale cóż kiedy brakowało mu czasu na nieustanne pilnowanie jabłoni, zarówno we dnie, jak i w nocy. Łatwym łupem były również czereśnie rosnące na „Kamieńcu", przy drodze do Katowic, będące własnością gminy. Skoczowianie tradycyjnie wykupywali je zyskując tym samym prawo do ich obierania. Gorzej gdy wszystkie owoce z „zajętego" drzewa zjadła wcześniej bez przerwy głodna smarkateria. Winnych kradzieży nikomu nie udało się złapać na „gorącym uczynku", więc cała awantura kończyła się na narzekaniach.

Trudno się było dziwić „chłapcóm i dziełuchóm, że wszyndzi gonili za jedzynim". W wielu domach zamykało się spiżarkę zwaną „szpajską". Pod kluczem trzymano cukier, a nawet chleb. Placki ziemniaczane pieczone na blasze i smarowane smalcem ze skwarkami były najcudowniejszą potrawą o niebo lepszą niż uprzykszone „szwołki". Na wspomnienie suchej bułki z kakaem lub mlekiem, zjadanej przez kolegę na zakończenie zajęć w drużynach jordanowskich, „ciekła ślinka", a stale obecne uczucie głodu robiło się jeszcze bardziej dokuczliwe. Najłatwiej można było się go pozbyć zajadając się gminnymi czereśniami.

Wielkim świętem były spotkania przy ognisku na Kaplicówce, na które czekało się już od rana. Starsi chłopcy potrafili przynieść na nie najróżniejsze smakołyki, rzadko goszczące w domu.

Zdarzało się, że Legin - pomocnik masarza Klechnika wyniósł z zakładu mieszczącego się w kamienicy Galocza koło strażnicy nieco kiełbasy. Jakaż to była uczta gdy i Waldkowi Kamińskiemu, synowi piekarza z Małego Ryneczku udało się skombinować wybornie pachnący, podłużny 2-kilogramowy chleb. „Niebo w gębie" pokrywały chrupiące złote łuski, pod którymi kryła się dobrze wypieczona mąka otaczająca trzeszczącą pod zębami skórkę. Smakowo cała reszta jest nie do opisania.

Po takiej biesiadzie „fajnacko" się śpiewało. Jeszcze przyjemniej rzucało lotkami do tarczy zrobionej na ekranie wymalowanym na ścianie budynku Poloczków, na którym kilka lat wcześniej, licznej publice wyświetlano filmy. Najważniejszymi elementami takiej dobrze wyważonej lotki były, z jednej strony - specjalny szpikulec, a z drugiej pęk piór odpowiednio ułożony i przystrzyżony. Zrobić lotkę nie było łatwo, ale jeszcze trudniej przychodziło trafić nią w dziesiątkę, w sam środek.

Gdy minęła moda na rzucanie do tarczy, przyszła pora na „draki" - latawce puszczane na Kaplicówce. Przy ich pomocy posyłano do nieba po jak najdłuższym „szpagacie" wirujące na wietrze listy. Ale czyż papierowy „lotnik" robiony ze szpilek do jelit (krupnioków) mógł równać się z rowerem? Jakże mogło być inaczej skoro w całej szkole miało go jedynie kilku chłopców, w tym Franek Michejda z Międzyświecia? Sytuowany ojciec sprawił mu to cudo aby mógł dojeżdżać nim do Skoczowa. Gdy wracał do domu, szła za nim cała banda. Nikomu z niej nie było ciężko iść z nim 2-3 kilometry wyłącznie po to aby móc „karnąć" się na tym bicyklu choć i 100 metrów. Ale szum wiatru we włosach mogli poczuć jedynie ci, którzy już umieli jeździć. Tego zaś trzeba było nauczyć się samemu. Należało chwycić kierownicę większego od siebie roweru i niejako pod ramą kręcić pedałami.

Innym marzeniem było pójście do kina, równie niedostępnego jak rower. Najtańszy bilet na niedzielny poranek od godz. 11.00 do godz. 13.00 kosztował aż 30 groszy! Dlatego nieliczni mogli zobaczyć „żywego" Tarzana granego przez mistrza olimpijskiego wpływaniu O. Weissmiillera. Reszta musiała zadowolić sie oglądaniem plakatu, na którym Tarzan walczył z krokodylem. Przedstawiony był tam tak sugestywnie, że podobno nie można było oderwać od niego oczu. Potem na Kaplicówce roiło się od Tarzanów, a jeszcze później od Ben Hurów z filmu pod tym samym tytułem pochodzącym z r. 1926 w reżyserii Freda Nibio.

Do kina można było się dostać i przejść obok tamtejszego bufetu pomagając operatorom przywozić filmy ze stacji kolejowej. Typowy film składał się z trzech taśm, których zakładanie powodowało kilka przerw w projekcji. W magicznej kabinie było więc co robić, a przy okazji obserwować to, co działo się na ekranie. Wyjątek stanowiły filmy zabronione do oglądania przez dzieci do lat 14-tu. Nikogo przy tym nie traktowano ulgowo. Rygoru tego skrupulatnie przestrzegał kierownik kina, nauczyciel i siedzący na sali widzowie. Nikt nie odważył się komentować ich decyzji. Ludzie starsi cieszyli się bowiem ogromnym szacunkiem. Bardziej od nich bano się już tylko policjanta.

Dziewczęta i chłopcy, których dzieciństwo przypadło na trudne lata 30-te, a młodość na czas okupacji z rozrzewieniem wspominają biedne lecz pełne radości wakacje sprzed 60 laty.

Czekali na nie, cieszyli się nimi tak, jak ich rówieśnicy dysponujący obecnie stosami zabawek o jakich wtedy nikomu się nie śniło. Oni sami nie mieli nic prócz wyobraźni, ale dzięki niej potrafili być kreatorami, a nie konsumentami rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Marząc o lepszym świecie wyrośli na ludzi wrażliwych, bogatych duchem, przepełnionych szacunkiem do ludzi i pracy. Będąc dziś w sile wieku noszą w sobie wartości, które powinny być wpajane młodym pokoleniom coraz bardziej zapatrzonym w zmaterializowany świat. Patrząc w XXI wiek korzystajmy z mądrości przeszłości.

 

Kalendarium pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” 1997, udostępnionego dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.