Portal lska Cieszyskiego OX.PL
sylwester 2013
szukaj w portalu szukaj w google

Losy rodzin skoczowskich

Robert Orawski

Losy rodzin skoczowskich

Rodzina Waliczków

 

Waliczkowie to familia wywodząca się z Górek. Protoplaści rodu zapisani są w księgach parafialnych okolicznych kościołów. W kościele ewangelickim w Drogomyślu wymienione jest to nazwisko w r. 1754, a w kościele katolickim w Skoczowie w r. 1772, zaś w Górkach w r. 1793. Wszędzie figurują jako rolnicy i drobni rzemieślnicy.


Założyciel skoczowskiej linii tej rodziny osiadłej na Groszówce pod Kaplicówką, Jerzy Waliczek urodził się w Lipowcu 16.04.1881 r. Był najmłodszy spośród 4 synów i 2 córek Jana i Marii z domu Krysta, właścicieli dwóch dużych gospodarstw w Górkach i jednego mniejszego w Lipowcu.


Jan Waliczek jeszcze za życia podzielił swój majątek między synów, a córki wyposażył w pokaźne wiana. Najstarszy Paweł przejął największą część ojcowizny, lecz w ciągu kilku lat ją roztrwonił. Następny syn nie przeżył 35 lat, gdyż zmarł na serce, a trzeci z kolei znakomicie gospodarzył pod Lipowskim Groniem. Powiększył swoją schedę i doczekał się całej gromady dzieci. Ostatni z synów Jerzy nic nie otrzymał w spadku i od najmłodszych lat musiał sam sobie radzić w życiu. Był zdrowy, silny i bardzo pracowity. Kiedy tylko nadarzyła się sposobność, zatrudnił się w kopalni hrabiego Larischa w Kar-winie, w czym upatrywał swej szansy życiowej. Tam w trudnych warunkach, w przodku, przepracował ponad 10 lat. Jednak przez cały ten czas ciągnęło go do ziemi, do gospodarowania na swoim. Dlatego, gdy tylko udało mu się uzbierać trochę pieniędzy kupił kilka morgów pola na Dolnym Borze. (1 morga austr.=0,575 ha) i rozpoczął budowę własnego domu na Miętusówce nieopodal Bajerek. *


Wtedy też, bo 8.11.1910 r. poślubił najmłodszą córkę bogatego skoczowskiego zagrodnika Antoniego Dudy, Franciszkę ur. 8.03.1892 r. Świadkami na ślubie w kościele św. św. Piotra i Pawła był Rudolf Duda z Górek, a ze strony pana młodego Paweł Biłko.


W niewykończonym jeszcze domu na Miętusówce przyszedł na świat 18 grudnia następnego roku Wiktor, a potem Stefania (14.12.1913 r.), Gertruda (15.03.1915 r.) - zmarła w niemowlęctwie i Antoni (15.05.1917 r.).


Lata I wojny światowej przyniosły rodzinie Waliczków nieszczęścia i niedostatek. Na Ludwik Waliczek domiar złego Jerzy Waliczek powołany zo
stał do c. k. armii i służył w jednostkach liniowych we wschodniej Galicji. Do domu przyjeżdżał tylko na kilkudniowe urlopy, więc prowadzenie gospodarstwa spadło na żonę Franciszkę opiekującą się trójką małych dzieci. Gdyby nie pomoc ojca - Antoniego Dudy, brakowałoby im żywności i opału.


Jerzy Waliczek wrócił zabiedzony z frontu końcem września 1918 r. Szybko doszedł do siebie i jeszcze przed zimą zdążył zakończyć pilne prace polowe. Jako człowiek stroniący zawsze od polityki nie angażował się w skoczowskie sprawy narodowościowe z pierwszych lat niepodległości. Denerwowały go ekscesy bojówek ślązakowskich. Bardziej zajmowała go rodzina, dom. Doczekał się przecież następnych dzieci: Ludwika ur. 9.08.1919 r., Franciszka ur. 24.03.1921 r., który niestety zmarł 4 miesiące później, Elżbiety ur. 12.11.1924 r., Bronisławy ur. 24.11.1926 r. i najmłodszej Janiny ur. 6.05.1929 r.


Każde z tych dzieci odziedziczyło po rodzicach pracowitość i sumienność, a po dziadku ciekawość świata, ambicję kształcenia się i umiłowanie ojczyzny. Wzorcem osobowościowym był dla nich wujek Franciszek Duda, człowiek o niepospolitych zdolnościach, robiący świetną karierę w policji. Rodzice mobilizowali dzieci do wytężonej pracy nad sobą, nie żałując pieniędzy na ich naukę. Dlatego też każde zdobyło solidne wykształcenie, rokujące im jak najlepiej na przyszłość.


Wiktor, jak wszyscy z młodego pokolenia Waliczków, ukończył szkołę ludową i wydziałową przy Al. Mickiewicza i w r. 1925 wstąpił do Gimnazjum Klasycznego im. A. Osuchowskiego w Cieszynie. Po jego chlubnym ukończeniu i po odbyciu służby wojskowej podjął pracę w Urzędzie Skarbowym w Królewskiej Hucie (od r. 1934 Chorzów). Jednocześnie studiował zaocznie w Akademii Ekonomicznej w Krakowie.


Stefania została absolwentką Szkoły Gospodarczej przy ul. Siksta w Bielsku, a Antoni w r. 1936 tamtejszej, słynnej w Europie Szkoły Przemysłowej. Dał się w niej poznać, jako jeden z najzdolniejszych uczniów, ale także jako niespokojny duch wpatrzony w osiągnięcia T. A. Edisona. W domu przeprowadzał niekończące się doświadczenia chemiczne i fizyczne, a w wolnych chwilach udzielał korepetycji, niemal ze wszystkich przedmiotów, swoim szkolnym kolegom ze Skoczowa. Chciał być inżynierem i marzył 
o dostaniu się na Politechnikę w Krakowie. Dlatego cały rok po ukończeniu bielskiej szkoły przygotowywał się do gimnazjalnej matury. Po jej złożeniu, aby zarobić na studia


1 nie obciążać przez to rodziców zatrudnił się w chropaczowskiej kopalni Guidotta Den-nersmarcka rezydującego w świerklańskim pałacu. Będąc technikiem z renomowanej uczelni, objął tam bardzo dobrze płatną pracę w dozorze górniczym. Razem z bratem Wiktorem mieszkał wtedy w jego mieszkaniu służbowym w Chorzowie.


Ludwik z kolei zdał znakomicie maturę w gimnazjum w Bielsku i jeszcze w tym samym, 1938 r. powołany został do wojska do Kompanii Podhalańczyków w Cieszynie. Dosłużył się tam stopnia podporucznika, lecz nie zdecydował się na pozostanie w armii, do czego namawiali go przełożeni.


W sierpniu 1939 r. jeszcze przed mobilizacją, ze swą jednostką budował bunkry w Pogórzu.


Już od końca lat 20-tych Antoni Duda zaczął wyraźnie podupadać na zdrowiu. Potrzebny był mu następca. Jedynym, który mógł przejąć po nim gospodarstwo był jego zięć Jerzy Waliczek. Tak też się stało. Dlatego w r. 1934 Jerzy Waliczek sprzedał dom na Miętusówce i przeniósł się z całą rodziną i dobytkiem na Groszówkę. Tu jeszcze w tym samym roku, a częściowo i w następnym remontował były budynek teścia oraz zabudowania gospodarcze.


Wiktor 1 września 1939 r. znalazł się w Armii Kraków gen. Szyllinga. Wojnę obronną zakończył pod Baranowem, dostając się tam do niewoli z ciężkim postrzałem w płuca. Jako oficer przetrzymywany był najpierw w stalagu w Bumau, a potem w Woldenbergu w Niemczech, około 100 km na południowy-wschód od Szczecina.


Jego brat Antoni nie brał udziału w walkach. Gdy front przesunął się na wschód przyszedł piechotą z Chorzowa do Skoczowa, ponieważ komunikacja jeszcze wtedy nie funkcjonowała. Tu od razu został rankiem 2 września przyjęty do odbudowy mostu na rz. Wiśle wysadzonego w powietrze przez wycofujących się saperów polskich. Jeszcze w październiku, kiedy pracował przy budowie mostu, wstąpił do organizacji podziemnej Orła Białego, gdzie z czasem zaczęto powierzać mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania konspiracyjne. Współpracując z Tadeuszem Babikiem i jego ojcem Janem Babikiem wciągał do podziemia innych, podobnie jak on myślących ludzi. Aresztowany został zupełnie przypadkowo w trakcie niemieckich obchodów rocznicy wybuchu wojny i zajęcia Polski. Dnia 1 września 1940 r. akurat był na Rynku w Skoczowie przyglądając się urządzonemu tam partaitagowi. Pech chciał, że miał przy sobie dokumenty i ulotki jednoznacznie wskazujące na jego działalność konspiracyjną. Kilka dni przesłuchiwany był w więzieniu w Cieszynie. Bito go i torturowano, by wymusić na nim zeznania, które ułatwiłyby gestapo rozpracowanie całej siatki podziemnej. Przetrzymał to wszystko, nikogo nie wydając. Przewieziono go więc do Katowic, gdzie tamtejszy „sąd ludowy" skazał Antoniego Waliczka na karę śmierci. Wyrok wykonano o godz. 3 rano 28.07.1942 r. Przed ścięciem na gilotynie nie rozpaczał i był dzielny do końca. Jak się przypuszcza jego zwłoki zostały spalone w Oświęcimiu.


Skoczowscy Niemcy i ich poplecznicy, a także różni przedwojenni znajomi czerpali satysfakcję z tego, że co jakiś czas mogli pytać matkę Franciszkę Waliczek -„kiedy wreszcie powieszą tego Antka?, jeszcze go nie powiesili?".Egzekucja pod Wałka w Cieszynie z 20.03.1942 r. i inne publiczne mordy na Polakach były strasznymi dniami dla całej rodziny. W każdej chwili wśród ofiar mógł znaleźć się Antoni Waliczek. Do dzisiaj przechowuje się jak relikwię pamiątkę po Antku; książkę, którą czytał w celi oczekując na stracenie. Na jednej ze stron zdążył jeszcze zapisać - „czekam spokojnie na śmierć".


Antoni Waliczek nie wydał gestapo 18-letniego Tadeusza Babika. Został on złapany przez niemiecką policję w innych okolicznościach. Po strasznych przesłuchaniach Antoni Waliczek. Zdjęcie z początku    umieszczono go w ciężkim więzieniu w latach 50-tych wiczu, gdzie w czasie prac polowych zra
nił się w nogę, do której wdało się zakażenie. Bez opieki lekarskiej, a pośród morderczej pracy i przy głodowych racjach żywnościowych zakończyło się to tragicznie. Jego ojciec Jan też nie przeżył. Zmarł w katowickim więzieniu. Uratował się brat Tadeusza Edwin obecnie przebywający w USA.


Rodzice Antoniego przez prawie dwa lata jego pobytu w więzieniu nie mogli się z nim widywać. Otrzymanie zgody na widzenie było rzeczą prawie niemożliwą. Mało komu udawało się dotrzeć do swoich bliskich przetrzymywanych przez gestapo. Udało się to Marcie Musioł, żonie kuzyna Waliczków, Pawła Musioła. U samego H. Himmlera w Berlinie wystarała się o spotkanie z mężem więzionym w Katowicach od marca 1941 r. Widziała go ostatni raz tuż przed jego ścięciem na gilotynie 19.02.1943 r.


Paweł Musioł - współzałożyciel Tajnej Organizacji Wojskowej i Związku Walki Zbrojnej na Śląsku Cieszyńskim przez ponad półtora roku swej konspiracyjnej działalności ukrywał się w wielu miejscach. Mimo usilnych poszukiwań przez gestapo Stefanii Waliczek udało się przeprowadzić go z Wędryni do Górek, a potem do Brennej. W maju 1940 r. tą samą drogą przeniosła konspiracyjną broń do wójta Brennej Hellera, u którego schronił się P. Musioł.


Ludwik Waliczek ostatniego sierpnia 1939 r. zdążył zameldować się w swojej jednostce w Cieszynie wchodzącej w skład 21 dywizji piechoty Grupy Operacyjnej Bielsko. Z nią to przebył kampanię wrześniową dostając się do niewoli pod Rawą Ruską nad Retą. Na jego oczach pod Oleszycami koło Lubaczowa zginął gen. Kustroń, który usiłował wydostać się z okrążenia prowadząc swoją dywizję do ataku na bagnety 16 września 1939 r.


Z Rawy Ruskiej Ludwik wraz z setkami innych żołnierzy, pod strażą doszedł piechotą do Skoczowa. Głodny, wynędzniały i krańcowo zmęczony jedno popołudnie w połowie października spędził na tutejszym stadionie sportowym. Gdy rodzina dowiedziała się, że Ludwik, jako jeniec jest w mieście, czym prędzej pośpieszyła by zaopatrzyć go w lekarstwa i żywność. Warty niemieckie jednak nikogo do jeńców nie dopuszczały.


Dzięki pomocy Grety Mazur i Fridy Schramek, które jako Niemki z ciekawości zjawiły się na stadionie, Stefania Waliczek mogła przekazać bratu paczkę. Po krótkim postoju w Skoczowie, żołnierze kolumnami wyruszyli do Cieszyna, gdzie na dwa dni umieszczono ich w proaustriackich koszarach. Również i tam Waliczkowie nie mogli kontaktować się z synem, gdyż zezwolenie na to wydawało wyłącznie gestapo rezydujące w Czeskim Cieszynie. Nim załatwiono formalności, jeńców wywieziono pociągami do Gliwic. 'Tam wszystkich posegregowano pod względem narodowościowym, wypytując i w miarę dokładnie sprawdzając kto jest Niemcem, Polakiem lub Ślązakiem. Ludwik Waliczek znał bardzo dobrze język niemiecki więc uznano go za Niemca i wypuszczono do domu.


Jeszcze 1 września 1939 r. Franciszka Waliczek wraz z czwórką dzieci udała się furmanką do Międzyrzecza, gdzie przed wojną kuzyn, Walenty Krząszcz był kierownikiem szkoły. Na Groszówce pozostał tylko Jerzy Waliczek, który nie chciał opuścić gospodarstwa. Bał się, że majątek zostanie splądrowany i rozszabrowany. Tymczasem żona Franciszka z córkami po nocy spędzonej u Krząszczów wyruszyła dalej na wschód wraz z tysiącami uciekinierów. Na pierwszym postoju w Wadowicach przeżyła bombardowanie z powietrza. Widziała panikę rozszalałego tłumu, który miotał się w rynku, kiedy na miasto spadały bomby. Wielu ludzi wtedy zginęło.


Jedni zostali stratowani, a inni znaleźli się w polu rażenia pocisków. Po tej masakrze unikała więc głównych dróg i przez Kalwarię i Myślenice dotarła, aż pod Krosno do miejscowości Potok. Tam nie widząc już sensu dalszej wędrówki, gdyż Niemcy byli już niemal wszędzie, zawróciła do Skoczowa. Stefania, jako najstarsza, idąc na skróty przez pola znalazła się w Tarnowie i stamtąd wróciła do domu pociągiem. Bała się o ojca i chciała jak najszybciej go zobaczyć. Franciszka Waliczek z pozostałymi córkami przyjechała w tydzień później, po blisko miesięcznej tułaczce. Dom nie był już tym samym domem co dawniej. Na Groszówkę systematycznie napadali już wtedy miejscowi Niemcy i ich poplecznicy. Wybijali szyby w oknach, ubliżali na każdym kroku Jerzemu Waliczkowi, strasząc go przy tym, że go zabiją „jak innych przeklętych Polaków". Już we wrześniu 1939 r. przybito na budynku tabliczkę z informacją, że dom jest do nabycia u nowych niemieckich władz miasta. Wywłaszczono w ten sposób prawowitych właścicieli, ale Waliczkowie w „swoim" domu mogli dalej mieszkać, gdyż przesiedleńcy niemieccy z Besarabii otrzymali kamienicę w innej miejscowości. Jednak w każdej chwili, przez całą okupację mogli być stamtąd wyeksmitowani. Zarekwirowano im konie, a Jerzy Waliczek przez okres całej okupacji musiał ciężko pracować przy transporcie węgla, materiałów budowlanych, a także i lodu do miejscowych gospód. Nie otrzymywał za to pieniędzy i tylko dzięki pracy na nieswojej już ziemi rodzina mogła przeżyć. Do dzisiaj z sentymentem wspominają życzliwego im burmistrza Skoczowa Schwarzenburga.


W okresie nasilonych aresztowań inteligencji skoczowskiej, szczególnie w kwietniu 1940 r., Ludwik i Antoni Waliczkowie ukrywali się u swojego wuja Rudolfa Dudy w Górkach. Przebywali tam do potowy kwietnia do końca maja 1940 r. Kiedy się uspokoiło, Antoni Waliczek na początku czerwca wrócił do domu, a jego brat Ludwik przez zieloną granicę wyjechał do Krakowa do Generalnej Guberni. Tam skontaktował się z ludźmi będącymi już w konspiracji i szybko stał się łącznikiem między Krakowem a Warszawą. Jako kapitan wywiadu Armii Krajowej władający biegle włoskim, francuskim i niemieckim nie miał problemów z przewożeniem niemal po całej Guberni ludzi i tajnych dokumentów. Był człowiekiem wprost urodzonym do życia w podziemiu, dlatego pozwalał sobie na częste przyjazdy do Skoczowa do rodziców. Tutaj Stefania, jego siostra pomagała mu w zdobywaniu biletów kolejowych, znaczków i odznak hitlerowskich, które najczęściej kupowała w trafice p. Jamroza przy Rynku. Ludwik nigdy nie wsiadał do pociągu w Skoczowie. Zawsze niemal w ostatniej chwili robił to w Pogórzu, a najczęściej na dalszych stacjach w kierunku na Bielsko. Co parę miesięcy kontaktował się też z siostrą Elżbietą pracującą w firmie Bata w Czechowicach. Od niej zabierał wtedy cichociemnych do Krakowa. W wolnych chwilach uczęszczał w Krakowie na tajne komplety kończąc na nich prawo.


Końcem lipca 1944 r. Ludwik Waliczek i jego kuzyn Andrzej Skrzypek - wykonując rozkazy swego dowództwa Armii Krajowej - znlaleźli się w Warszawie. W dniu wybuchu powstania, tuż przed godziną „W" w drodze na wyznaczone pozycje, Ludwik przekonał, a właściwie zmusił Andrzeja do powrotu do domu - „ty jesteś jedynakiem, uciekaj stqd". Więcej się już nie zobaczyli. Ludwik Waliczek walczył na Starym Mieście i kiedy zamknął się wokół tej dzielnicy pierścień okrążenia jego oddział nie miał już prawie amunicji. Bronili się jednak do końca. Do kanałów nie zdążyli uciec. Nie wiadomo dokładnie kiedy Ludwik zginął. W powstańczych wspomnieniach też nie można znaleźć jego nazwiska i pseudonimu. Pracując w wywiadzie zmieniał je tak często, że z pewnością pochowany został, jako ktoś zupełnie inny.


Stefania - najstarsza z rodzeństwa, aby uniknąć wywiezienia do Rzeszy na roboty, w maju 1942 r. podjęła pracę w ustrońskiej kuźni należącej do spółki Brevillier - Urban. Pracowała tam do końca kwietnia 1945 r. Potem została w domu i pomagała rodzicom w prowadzeniu ich dużego gospodarstwa.


Natomiast młodsze siostry podjęły dalsze kształcenie. Elżbieta ukończyła gimnazjum w Bielsku i wyjechała do Wrocławia, ściągając tam Bronisławę i Janinę, absolwentki Gimnazjum im. A. Osuchowskiego w Cieszynie. Najstarsza - ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim, średnia - historię na tej samej uczelni, a najmłodsza Janina odbyła studia w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Po studiach pozostały w tym mieście i nie założyły rodzin.


Wiktor końcem marca 1945 r. doczekał się wyzwolenia przez jednostki I Armii Wojska Polskiego, które po przełamaniu „Wału Pomorskiego" parły na zachód, do linii Odry. Całą wojnę przetrzymywany był wraz z 7 tys. innych oficerów polskich w obozie jenieckim w Woldenbergu - Neumarku, w oflagu IIC w dzisiejszym Dobiegniewie. Po wydostaniu się z niewoli, udało mu się przenieść do amerykańskiej strefy okupacyjnej, gdzie znalazł mieszkanie i pracę. Tęsknił jednak za domem. Jesienią 1945 r. wrócił więc do Skoczowa. Tutaj, jako przedwojenny oficer szykanowany był przez miejscowy Urząd Bezpieczeństwa. Z etykietą sanacyjnego sprzedawczyka nigdzie nie mógł dostać pracy. Pasł krowy na Kaplicówce i pracował w gospodarstwie rodziców. Dopiero po kilku latach, dzięki pomocy życzliwych mu ludzi, przyjęto go do Pledanu. Nie chciał znowu znaleźć się na bruku, więc chodził na szkolenia partyjne i pisał przemówienia na egzekutywy.


W wyniku nalotów sowieckich na Skoczów, w okresie od stycznia do maja 1945 r., część zabudowań gospodarczych Waliczków uległa zburzeniu. Sam budynek mieszkalny pozostał jednak nietknięty mimo silnego ostrzału. Około 100 m dalej, w głąb ulicy Stalmacha u kowala Fuksa bomby rozbiły kuźnię i zabiły dwoje młodych ludzi, chłopca i dziewczynę, którzy pracowali u niego na roli.


Wiele nieszczęść przyniosły niewypały i miny. Wszędzie było ich pełno. Tymczasem przyszła wiosna i trzeba było orać i siać. Ludziom się śpieszyło, dlatego sami zabrali się do odminowywania pól, nie czekając na saperów. Najczęściej kończyło się to tragicznie. Na Dolnym Borze zginął w ten sposób Ludwik Kuś i syn p. Kobieli, a niemal cudem uniknął śmierci p. Heczko. Naśladując dorosłych, rozbrajały miny nawet dzieci.


Przeżycia wojenne mocno odbiły się na zdrowiu całej rodziny Waliczków. Śmierć dwóch synów, prześladowania w czasie okupacji i po niej wraz z trudnymi latami powojennymi zrobiły swoje. Narosłe urazy zaważyły na wyjeździe ze Skoczowa na stałe niemal połowy rodziny.


Jerzy Waliczek zmarł 1.09.1966 r., a jego żona Franciszka dwa miesiące później z powodu niewydolności serca. Wiktor również nie przeżył ciężkiego zawału w szpitalu w Cieszynie 26.02.1976 r. i pochowany jest na starym cmentarzu przy ul. Cieszyńskiej. Do końca życia nie mógł zapomnieć, jak przywitała go władza ludowa na dworcu w Skoczowie po przyjeździe z zachodu. Okradziono go ze wszystkiego co miał. Pozostawiono mu tylko ubranie, które miał na sobie. Musiał też codziennie meldować się na posterunku.


Bronisława umarła 22.04.1984 r., a Elżbieta 6.05.1990 r.

Końcem lat 60-tych majątek rodzinny został poważnie okrojony. Większość ziemi na Kaplicówce, niemal pod przymusem, za symboliczne pieniądze została przejęta przez państwo i rozparcelowana na działki budowlane. Reszta nie mogła już wystarczyć na hodowlę bydła, a uprawa roli na tak małym areale przestała być opłacalna. Na dodatek na polu, obok domu bezprawnie wybudowano przedszkole mimo, że Waliczkowie nie odstąpili pod nie gruntu. Również droga na osiedle wiodąca obok krzyża przy ul. Objazdowej, w miejscu gdzie dawniej był ogród wytyczona została tam bez zgody właścicieli. W ten sposób gospodarstwo rolne Grosza, Krząszczów, Dudów, a potem Waliczków przestało istnieć. Jan Waliczek, kuzyn który przejął warsztat kołodziejski po Antonim Dudzie, przed r. 1970 przeszedł na emeryturę i zamknął zakład.


Prowizorium prawne na Groszówce trwa już ponad 20 lat. Stefania i Janina Waliczek są już w podeszłym wieku i nie mają już siły upominać się o swoje, a rachunek krzywd rośnie. Nie tak dawno na domiar złego na ich ojcowiźnie na Dolnym Borze również bezceremonialnie przeprowadzono drogę i ułożono tam gazociąg.


Waliczkowie, ofiarni i gorliwi patrioci nigdy swych zasług nie zamieniali na pieniądze i zaszczyty. Zawsze uważali, że spełnili jedynie swój obowiązek wobec ojczyzny. Teraz oczekują tylko odrobiny szacunku od ludzi, dla których przeszłość zdaje się nie mieć znaczenia. Dochodzą przecież do kresu swej ziemskiej wędrówki. Ich dzieje są jakże cennym fragmentem historii Śląska. Ludzie, którzy tracą pamięć, tracą swoją tożsamość.

Opracowano na podstawie wspomnień p. Stefani Waliczek

 

Rosenbergowie

 

Familia ta wywodzi się z Wadowic. Dziadek Ottona Rosenberga miał tam małe, dobrze prosperujące gospodarstwo rolne, które wraz z domem całkowicie spłonęło na początku lat 70-tych ubiegłego wieku. Ogień nie oszczędził niczego. Spłonęły wszystkie zasoby. Rodzina została bez dobytku i dachu nad głową. Na domiar złego gospodarstwo obciążone było długami. Rosenbergowie sprzedali zatem ziemię, spłacili wszystkie długi i przenieśli się do krewnych do Burzanowa. Tam przy ich pomocy i za niewielkie pieniądze, jakie zostały im po zbyciu majątku, wynajęli mieszkanie i założyli mały sklepik. Jednak dochody z niego ledwie starczały na życie. Bieda coraz częściej dawała im się we znaki. W kilka lat po przyjściu na świat Hermana, ich pierwszego dziecka (urodzonego 27.04.1874 r.) zdecydowali się na wyprowadzkę do Janowic, w których spodziewali się lepszego jutra. Niestety i tam rachuby te okazały się złudne. Handlowanie czym tylko się dało nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Gdy urodził się drugi syn Szymon (9.09.1882 r.) problemy finansowe Rosenbergów jeszcze bardziej się pogłębiły. Po czterech latach familia ta została zmuszona do przeniesienia się do krewnych do Skoczowa od lat trudniących się w nim drobnym handlem i rzemiosłem. Zamieszkała u nich przy ulicy Fabrycznej i znowu zajęła się kupiectwem. Tym razem wiodło się jej już dużo lepiej i po dziesięciu latach ciężkiej pracy spłaciła krewnych i przejęła całą kamienicę, w której obecnie znajduje się kawiarnia „Muzealna".

W Skoczowie Szymon Rosenberg spędził dzieciństwo i ukończył szkołę ludową przy ul. Bielskiej, a następnie zawodową szkołę dokształcającą. Został ślusarzem budowlanym i wspólnie ze swoim bratem Hermanem w r. 1902 założył na parterze ich domu warsztat blacharsko-ślusarski. Herman był już wtedy żonaty, a jego wybranką została Regina o nieznanym dziś nazwisku panieńskim urodzona w Buczkowicach 2.06.1878 r. Z nią to miał on troje dzieci, Ernestynę ur. 11.03.1901 r., Zygfryda ur. w r. 1902 oraz Artura, który wstąpił w ślady ojca i w rodzinnej firmie zajął się rzemiosłem. Szymon ożenił się dużo później. Rozalia Juekier z Buczkowic ur. 18.12.1888 r. dopiero 3 maja 1921 powiła mu jedynego syna Ottona. On to właśnie po nauce w Szkole Powszechnej im. Józefa Piłsudskiego zakończonej w r. 1935 rozpoczął naukę zawodu w nowo powstałym zakładzie swojego ojca przy ulicy Ustrońskiej 495. Warsztat ten wraz z domem, do którego Rosenbergowie wprowadzili się w czerwcu 1937 r., Szymon Rosenberg budował ponad dwa lata.


Wydatkował na to wszystkie oszczędności wraz z pożyczką zaciągniętą w Banku Śląskim w Cieszynie spłacaną jeszcze po wojnie. W tych trudnych warunkach pośród wyrzeczeń i ciężkiej pracy Otton Rosenberg po dwóch latach terminowania, 1 lipca 1938 r. zdobył uprawnienia czeladnicze i do wybuchu II wojny światowej pracował w firmie ojca uzupełniając wykształcenie w Zawodowej Szkole Dokształcającej w Skoczowie.


W oknie na pierwszym piętrze Rozalia Rosenberg


Na dzień przed wkroczeniem Niemców do Skoczowa 18 letni Otton Rosenberg wyjechał ostatnim transportem kocy z fabryki Heilpema na wschód. Po kilku tygodniowej tułaczce znalazł się w Kamionce Strumiłowej koło Lwowa i tam po miesiącu dowiedział się od innych uciekinierów, że jego ojciec Szymon, wywieziony ze Skoczowa 27 października 1939 r., uwięziony został w obozie przejściowym w Nisku niedaleko Stalowej Woli. Od razu podjął starania o zorganizowanie mu stamtąd ucieczki. Za wszystkie zarobione w Kamionce pieniądze opłacił ludzi, którzy podjęli się tego zadania. Wykorzystano fakt, że tylko kilku strażników pilnowało kilkuset więźniów pracujących na peryferiach Niska przy budowie baraków. Akcja powiodła się i z pięcioma obozowymi przyjaciółmi Szymon Rosenberg przedostał się przez granicę niemiecką na Sanie do ZSRR i w Kamionkowej jadłodajni spotkał się z synem i kilkoma bliskimi krewnymi.


Odtąd już razem handlowali w okolicach Lwowa drewnem wożonym własnym zaprzęgiem, a gdy skończyły się zamówienia na opał zatrudnili w Kamionkowym kołchozie „Wojek Torgu", jako blacharze.


W czerwcu 1940 r. Otton i Szymon Rosenbergowie zostali zatrzymani przez NKWD i wywiezieni na Ural do obozu pracy przy hucie „Gław-Ural-Met" w Majkorze w obwodzie Mołotańskim. Tam pracując od świtu do nocy wypalali węgiel drzewny, byli blacharzami i robotnikami w zakładowej kuźni. Tu Otton Rosenberg dwukrotnie zachorował na tyfus. Najpierw w sierpniu, a potem w grudniu. Nieludzkie warunki życia skrajne wycieńczyły jego młody organizm. Tylko dzięki własnej odporności i ogromnej woli przetrwania cudem uniknął śmierci, chociaż z sali, na której przebywał przeżyli nieliczni. Jednym ze szczęśliwców był Zygmunt Berling, późniejszy dowódca I Dywizji Koś-ciuszkowej. Gdy wyszli obaj z lazaretu ważyli po 36 kg.


Obok katorżniczej pracy najbardziej we znaki dawały się głód, choroby i rosyjska zima. Mimo mrozów dochodzących do - 45° C musieli mieszkać (bo nie było gdzie) w walącej się chacie bez drzwi i okien. Po tygodniu Otton Rosenberg nie widząc innego ratunku ściął w pobliskim lesie kilka drzew potrzebnych do zabicia okien i zrobienia drzwi. Jedynie dzięki szczęściu, które nie opuszczało go przez lata wojny, uniknął za to przestępstwo 10 lat syberyjskiej katorgi.


Otton i Szymon Rosenbergowie zostali zwolnieni z pracy w hucie dopiero w sierpniu 1941 r., po zawarciu układu Sikorski-Majski, który uratował życie setkom tysięcy Polaków zaprzęgniętym do niewolniczej pracy w całej Rosji. Wreszcie Polacy przestali być traktowani jako wrogi „element kryminalny", tym bardziej, że potrzebni byli do walki z najeźdźcą hitlerowskim w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, która wybuchła w czerwcu 1941 r. Odtąd Rosenbergowie mogli już sami decydować o miejscu zamieszkania i pracy. Skorzystali z tego czym prędzej i wyjechali do wsi Deller, do kołchozu niedaleko Saratowa, gdzie za jedzenie i kąt do spania, pośród poniewierki i poniżeń imali się najróżniejszych zajęć. Pracowali m. in. w młynie, w kołchozowej kuźni i przy naprawie maszyn rolniczych pochodzących z czasów carskich. Byli tam do grudnia 1942 r. Szybko zbliżający się front sprawił, że pośpiesznie ewakuowano ludzi, sprzęt i wszystko co tylko się dało na wschód. Jednym z transportów wyjechali do Ałmaty, do tamtejszego kołchozu im. Feliksa Dzierżyńskiego, w którym przez 3 miesiące po nocach paśli setki koni, a w dzień orali wołami kilkuset hektarowe pola. Tu też rozstały się ich drogi. Szymon Rosenberg po kilku miesiącach wyjechał do Dowotiskie doży przy granicy z Chinami gdzie zmarł 20 października 1943 r., a syn w marcu 1943 r. otrzymał paszport sowiecki. Obywatelem rosyjskim został zaocznie i pod przymusem, po czy wcielono go do batalionów roboczych.


Dopiero w grudniu 1943 r. dowództwo Armii Czerwonej zezwoliło mu na wstąpienie do armii polskiej formowanej w Sielcach nad Oką od blisko 7 miesięcy. W dywizji im. Romualda Traugutta zameldował się 16 grudnia 1943 r. i po kilku miesięcznym, forsowym szkoleniu bojowym otrzymał przydział do I Zapasowego Pułku Piechoty. W jednej kompanii służył z por. Wojciechem Jaruzelskim. Późniejszy prezydent, młodszy od Ottona Rosenberga o dwa lata, jak wszyscy Polacy, których zawierucha wojenna wygnała do Rosji, przeszedł piekło sowieckich obozów i łagrów. Wyginęła w nich prawie cała jego rodzina i gdy przybył nad Okę był tak chudy i zabiedzony, że starsi żołnierze z litości pomagali mu przyjść do siebie.


Szlak bojowy Ottona Rosenberga wiódł przez Żytomierz, Lubartów, Warszawę, Łowicz do Berlina. Za męstwo i odwagę na polu wieki bitew odznaczony został Medalem za Warszawę, Medalem za Odrę, Bałtyk i Nysę, Odznaką Grunwaldzką, Medalem Zwycięstwa i Wolności, Medalem za Udział w Walkach o Berlin i Srebrnym Medalem Zasłużonych na Polu Chwały.


W sierpniu 1945 r. przeniesiony został do Samochodowego Batalionu Transportowego, a w marcu 1946 r., po demobilizacji zakończył służbę w wojsku.


Do Skoczowa Otton Rosenberg wrócił w połowie marca 1946 r. Dom rodzinny zastał w opłakanym stanie. Wszystkie meble i sprzęt zostały rozkradzione. Na dodatek budynek zasiedlony został przez dwie miejscowe rodziny, a na parterze mieścił się posterunek milicji. Dopiero po wielu interwencjach w Urzędzie Miasta przydzielono mu w jego własnej kamienicy zupełnie pusty, jeden pokój. Ponad rok był lokatorem we własnym domu, a kiedy został jego właścicielem, w majestacie prawa obciążono go wysokim podatkiem od wzbogacenia. Z ogromnym trudem zdobył żądane pieniądze choć doskwierała mu bieda, (w mundurze wojskowym chodził ponad dwa lata bo nie miał w co się ubrać).


Wtedy też dowiedział się gdzie i jak zginęli jego najbliżsi. Wujek Herman z żoną i matka Rozalia. W Oświęcimiu pośród rzeczy po zamordowanych rozpoznał jej walizkę dodatkowo opisaną jej imieniem, nazwiskiem i datą urodzenia. Dla Ottona Rosenberga był to kolejny wstrząs. Nie zdobył się jednak na wyjazd na stałe do Izraela, mimo że gorąco namawiali go do tego różni krewni, którzy tak jak on przeżyli sowieckie łagry i piekło okupacji. W trakcie wojny i bezpośrednio po jej zakończeniu większości z nich wyemigrowało do Palestyny. Między innymi dwie jego bliskie ciotki z Buczkowic. Nawet Artur Rosenberg, syn Hermana nie chciał pozostać w kraju kojarzącym się mu z zagładą Żydów.


Arturowi udało się przeżyć tylko dzięki bardzo dobrej znajomości języka niemieckiego i typowo nordyckim rysom twarzy, rudej czuprynie i niebieskim oczom. Od r. 1940ukrywał się on w Warszawie pod przybranym nazwiskiem mieszkając nawet w niemieckiej części miasta. W r. 1943 dostarczał broń i amunicję do warszawskiego getta. Poznał przy tym swoją przyszłą żonę, z którą w następnym roku bral udział w Powstaniu Warszawskim. Po jego upadku dostał się do niewoli i koniec wojny zastał go w jednym z obozów jenieckich na zachodzie Polski. Po wyzwoleniu pracował na Ziemiach Odzyskanych, a przed wyjazdem do Izraela w r. 1956 zatrudniony był w wałbrzyskiej fabryce porcelany.


Otton Rosenberg, jako jedyny z całej rodziny pozostał w Polsce. Zbyt silnie związany był uczuciowo ze swoim rodzinnym miastem i ziemią, którą zawsze była dla niego ukochaną ojczyzną, mimo że nie szczędzono mu na niej upokorzeń. Wszystkie te przeciwności losu dzieliła z nim Florentyna Smółka poślubiona końcem 1946 r. w kościele katolickim. W chwilach zwątpienia podtrzymywała męża na duchu i zachęcała do reaktywowania starej rodzinnej firmy blacharskiej. Po wielu kłopotach odzyskali w końcu maszyny ściągając je od różnych ludzi z Ustronia, Cieszyna i Zaolzia. Jeszcze we wrześniu 1946 r. warsztat blacharski Ottona Rosenberga rozpoczął działalność. Jednak już w lutym następnego roku został on zamknięty z powodu podatków przerastających zyski. Aby utrzymać powiększającą się rodzinę wiosną 1947 r. Otton Rosenberg podjął pracę w Pierwszej Śląskiej Fabryce Koców, a po roku w Gminnej Spółdzielni w Skoczowie, w której zatrudniony był do końca 1951 r. Wiosną następnego roku znowu otworzył własną firmę blacharską przy ulicy Ustrońskiej, którą prowadził przez kolejne 35 lat, a którą obecnie kieruje jego syn Józef.


Uczył solidnej i uczciwej pracy. Wykształcił wielu mistrzów blacharskiego fachu pracując nie tylko jako nauczyciel zawodu, lecz także jako wieloletni członek komisji . egzaminacyjnej Izby Rzemielśniczej w Bielsku-Białej.


W roku 1961 wstąpił do skoczowskiego kołą ZBOWID-u. Przez dwie kadencje pełnił funkcję wiceprezesa, a potem długoletniego członka zarządu i sekretarza. Energiczny i zawsze aktywny znajdował czas na pracę społeczną, której poświęcał każdą, wolną od obowiązków zawodowych chwilę.


Jego pasją było fotografowanie. Lubił także gotować. Świetnie wypiekał macę i sporządzał znakomite trunki i nalewki. Bliscy i znajomi wspominają Ottona Rosenberga z dużym rozżewnieniem podkreślając jego skromność i rzetelność.


Ten skoczowski bohater nie lubił mówić o sobie, zwłaszcza zaś chwalić się swymi doświadczeniami wojennymi. Na zwierzenia i wylewność pozwalał sobie jedynie w wyjątkowych sytuacjach, jak choćby w trakcie spotkania z gen. Zygmuntem Berlingiem w lecie 1965 r. w Rządowym Ośrodku Wypoczynkowym w Arłamowie w Bieszczadach.


Za dokonania w czasie wojny i w powojennej Polsce we wrześniu 1986 r. udekorowany został Krzyżem Orderu Odrodzenia Polski.


Wierny swemu pochodzeniu zajmował się historią skoczowskich Żydów i świata, który wraz z nimi bezpowrotnie przeminął.


Zmarł 22 lipca 1987 r. W pamięci skoczowian zawsze pozostanie pełnym afirma-cji życia pięknym i szlachetnym człowiekiem, który godność ludzką i istotę człowieczeństwa własną postawą wobec przeciwności losu wyniósł na poziom wartości najwyższych. Jeszcze przed śmiercią chciał zobaczyć swoich krewnych w Izraelu. Żyje ich tam bowiem ponad 15. W tym żona Artura Rosenberga zmarłego w Remat Avio 6.11.19991 r. Opiekuje się ona ciężko chorą córką. Starsza zmarła już kilka lat temu. Niedawno też umarł 93 letni Izydor Juekier z Buczkowic.


Starsze pokolenie kilka razy odwiedziło już swoją dawną ojczyznę. Młodsze nie bardzo się do tego kwapi. Ma przecież swoje własne problemy, których nie brakuje w kraju o skomplikowanej sytuacji narodowościowo-politycznej. Żywa jest jednak wśród nich pamięć o przodkach, którzy na zawsze pozostali nad Wisłą.

 

Kalendarium pochodzi z „Kalendarza Miłośników Skoczowa” 1996, udostępnionego dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.