Portal Śląska Cieszyńskiego OX.PL
reklama
szukaj w portalu szukaj w google

Żeglarz z ziemi cieszyńskiej w służbie Jego Majestatu

Edward Tarkowski

Żeglarz z ziemi cieszyńskiej w służbie Jego Majestatu

 

Skończył się ROK KOLUMBA (1492-1992). Minęło 500-lecie historycznej podróży wielkiego żeglarza-odkrywcy. Dziejopisarze morscy, sięgając do Kalendarium Odkryć Geograficznych, jeszcze raz przypomnieli światu o słynnym marynarzu z Genui.
Także w Polsce powtarzał się temat Roku Kolumba.

Eksponowali go dziennikarze, artyści i żeglarze. Publikaq'e prasowe przypominały epokę wielkich odkryć geograficznych, nazwiska kapitanów wielkich żaglowców tamtych czasów oraz ich ryzykowne i pełne przygód rejsy w nieznane.

Artyści zgotowali widowiska teatralne, nawiązujące do perypetii dawnych wypraw morskich (Daniel Olbrychski w roli Kolumba w pięknej scenerii na tle Daru Pomorza w Gdyni). Żeglarze z całego świata, a wśród nich i załogi polskich żaglowców, brali z powodzeniem udział w kilku regatach pod szyldem „Columbus Sail". Trasa głównych regat wiodła oczywiście z Europy do Nowego Świata, a jedna z mniejszych — po Bałtyku, też z międzynarodową obsadą żeglarzy — zakończona w Gdyni. I choć w tych regatowych rejsach nikt z majtków współczesnych nie wydał okrzyku „TERRA, TERRA!", jakim wsławił się Juan Rodriąues Bermajo, marynarz z floty Kolumba, gdy zobaczył wyspę San Salvador na Bahamach, każdy z nich przeżył swoją własną przygodę, płynąc pasatowym wiatrem z Europy ku brzegom wysp, odkrywanych kolejno przez Kolumba. Zapewne ci dzisiejsi marynarze, może podobnie, choć nie tak samo, jak tamci z floty Kolumba, zmagali się z wiatrem, złorzeczyli na ciszę i przeklinali sztormy.

Na pewno jedni i drudzy racjonowali wodę pitną, co na każdym żaglowcu, dawnym czy współczesnym, jest rytuałem, a czasem wręcz uciążliwym reżimem. Jaka była wtedy nawigaq'a, jaki system wacht morskich — tego tak naprawdę i dokładnie nikt nie wie.

Płynęli w nieznane, podbudowani sugestywną, narzuconą wiarą, że dopłyną do wcześniej obiecanego celu.I dopłynęli, choć nie tam, gdzie dopłynąć zamierzali. Ich wysiłki, zwątpienie, a może i rozpacz przed ciągle pustym horyzontem, dobry Bóg wynagrodził im wylądowaniem na boskich Karaibach. Cóż, można się tylko domyślać w jakim szale radości stąpali po białym piasku plaży na Trynidadzie, z jakim zaciekawieniem podglądali tubylców na wyspie i ile ukojenia, radości, znalazły w cieniu palm kokosowych obolałe ciała majtków po trudach długotrwałego rejsu.

A cóż takiego robią dzisiejsi żeglarze na rajskich Karaibach? Zapewne tak samo suną wolnym krokiem po złocistym piasku plaż, schodzą pod wodę, by tam zobaczyć bajecznie kolorowy świat życia podwodnego tropiku, wysłuchują melodii latynoskich i rytmów wystukiwanych na metalowych beczkach, mogą kupić względnie tanio antałek rumu na Barbadosie, no i zobaczyć wiele pamiątek z dawnych czasów, a wszystkie one wprowadzą zadumanego przybysza w epokę dawnych żaglowców.


W roku przypominania słynnych i odkrywczych podróży morskich nadarza się okazja, aby wspomnieć wyprawę żaglowca o dużo mniejszym znaczeniu. Ale wyprawa ta warta jest przypomnienia nam, mieszkańcom ziemi cieszyńskiej, bo wśród załogi okrętu-żaglowca był autentyczny mieszkaniec Cieszyna, którego rodzinne korzenie sięgają do naszego Skoczowa.


Nazywał się Wacław Jan Lehmann. Młodzieniec ów musiał być szykownym, bystrym, a przede wszystkim zdrowym chłopcem, skoro zaciągnięto go do cesarskiej, austriackiej marynarki wojennej. Było to prawie 140 lat temu. W owym czasie c.k. austriacka marynarka wojenna liczyła się na morzach świata, przede wszystkim jednak na Morzu Śródziemnym. Jej okręty bazowały w portach Adriatyku, głównie w Trieście. Młody marynarz Wacław Lehmann został wcielony do załogi okrętu-żaglowca o nazwie „Novara". Była to fregata drugiego rzędu, o uzbrojeniu 44 dział,

mająca dość liczną, bo aż 400 osobową załogę. Jednostka ta była okrętem szkolnym, szkoliła oficerów marynarki wojennej.


W 1857 r. „Novara" sposobił się (bo to okręt) do podróży wokółziemskiej. W swoją podróż na około globu ziemskiego wyruszył 30 kwietnia z portu Triest. Do takiej podróży zapewne długo się przygotowywał. Władze austriackie podały oficjalnie, że rejs okrętu ma charakter badawczy, ale w podtekście tego oświadczenia należało się domyślać, że podróż taka będzie miała znaczenie prestiżowe dla bandery austriackiej. Okręt, zgodnie z charakterem rejsu wziął na swój pokład naukowców, badaczy, a także rysowników i malarzy, aby (ci ostatni) utrwalali na rycinach i szkicach cały dorobek ludzi nauki w czasie trwania rejsu. „Gwiazdka Cieszyńska" z tamtych lat podaje dokładnie, ile rycin sporządzono, jakie i przez kogo zostały opracowane dzieła, opisy, książki, a nawet miejsce ich zdeponowania. Cała podróż morska „Novary" trwała 2 lata i 3 miesiące.


Jak już wspomniano, w załodze tego żaglowca był rodowity syn ziemi cieszyńskiej — Wacław Jan Lehmann. Pochodził on z zacnej i szanowanej rodziny cieszyńsko-skoczowskich rzemieślników. W metrykach urodzeń męskich potomków tej rodziny przeważają szewcy i powroźnicy.


Wacław miał na okręcie przydzieloną funkcję maszynisty. Oczywiście na żaglowcu w owym czasie nie było żadnej maszyny parowej, obsługiwał więc pompy okrętowe, jak sam o sobie pisze.


Przede wszystkim jednak chłopak miał talent do pióra. Z podróży, z dalekich mórz i oceanów, z kontynentów i wysp, słał listy do swojej rodziny, listy pisane po polsku. Były one na tyle interesujące, że drukowano je w całości w gazecie Pawła Stalmacha, czyli w „Gwiazdce Cieszyńskiej". Być może, sam zacny redaktor „Gwiazdki", Paweł Stalmach, osobiście te listy korygował i oddawał do druku. Język opisowy maszynisty Lehmanna jest prosty i autentycznie autorski. Czytając go w dzisiejszych czasach, czujemy jego anachroniczność, zwłaszcza w terminologii morskiej. Ale to stanowi dowód, że 140 lat temu marynarze właśnie takim językiem się posługiwali, zwłaszcza, gdy niemieckie nazwy trzeba było jakoś spolszczyć (głównie terminologię morską, której wtedy jeszcze nie mieliśmy, przynajmniej w formie ujednoliconej).


Sam opis rejsu ma również tę autentyczną wartość zapisu, że autor nie sili się na ubarwienie narracji, lecz pisze jakby potocznie, wiarygodnie i treściwie. Na przykład bardzo zabawnie opisał chrzest morski na równiku. Jest dokładnie odmalowany i zawiera wszystkie scenki współczesnego scenariusza

chrztu morskiego, powielanego do dzisiaj tradycyjnie na statkach Polskiej Marynarki Handlowej.


Wacław Lehmann był tylko szeregowym majtkiem na okręcie, ale jakże dużo rzeczy i zjawisk postrzegał wokół siebie. Niektóre z nich opisuje poważnie, inne z humorem, posługując się zapożyczonym z języka niemieckiego nazewnictwem. Wtedy właśnie tak marynarze traktowali służbę na okręcie w czasie rejsu. Przejęci dyscypliną, egzotyką morza i lądów, zdystansowani do swoich przełożonych i bardzo po ludzku przeżywający oddalenie od domów i swych rodzin. A działy się w rejsie także wydarzenia smutne. Pogrzeby morskie, choroby i deportacje marynarzy do ojczyzny.


Przemilczał maszynista Lehmann sztukę nawigacji okrętu, pracę przy żaglach, nie podaje niczego, co działo się na mostku kapitańskim. Ale trzeba zważyć, że Wacław w czasie rejsu stał daleko od kabiny nawigacyjnej, od map, od locji, bo jego stanowiskiem pracy były pompy okrętowe, niechybnie bardzo ważne, gdyby tak miało dojść do ich awaryjnego użycia w czasie niebezpieczeństwa, grożącego zalaniem okrętu.


Jednakże bystry pumpermann daje sobie doskonale radę z opisem zjawisk meteo w czasie drogi, zna pojęcie kursu, współrzędne statku, a więc jego przybliżone pozycje i znakomicie opisuje to, co widzi na lądzie. Zwłaszcza, gdy po nim chodzi. W Brazylii, w Chinach, Indiach czy w Australii.


Może w następnym „Kalendarzu" przeczytamy wybrane fragmenty listów, opisy rejsu? Zatrzymamy wtedy w wyobraźni czas na roku 1857 i prześledzimy uważnie wraz z naszym ziomkiem Wacławem Lehmannem jego podróż dookoła świata...

Lehmannowie


Nazwisko Lehmann pojawiło się w katalogu mieszczan cieszyńskich w 1637 r., kiedy to pod numerem 44 wpisany został Johann Lehmann, niewiadomego pochodzenia i zawodu. Od tego czasu są Lehmannowie obywatelami miasta, figurują w metrykach parafialnych i licznych dokumentach miejskich aż do początków XX wieku. Są właścicielami domów i rzemieślnikami wykonującymi przez pokolenia zawód szewca lub powroźnika.


Wymieńmy kilku najstarszych przedstawicieli tego rodu (w nawiasach podano rok uzyskania praw miejskich Cie-szyna): Adam, szewc (1668), Andrzej, powroźnik (1680), Adam, szewc (1697), Adam, szewc (1704), Andrzej, powroźnik (1717), Adam, powroźnik przybyły ze Skoczowa, (1718), Andrzej, powroźnik (1745), Józef, powroźnik (1747), Wacław, powroźnik (1747)...


Skoczowska linia Lehmannów także sięga XVII wieku. Posiadali kamienicę przy rynku i wiele innych nieruchomości w mieście. Z dziada pradziada byli powroźnikami. Dopiero ostatni z rodu Jan Lehmann (zm. 1979) był nauczycielem.


Bohater artykułu, dwojga imion Wacław Jan Lehmann, syn Wacława i Agnieszki, urodził się 23 września 1827 roku w Cieszynie. W dniu następnym ochrzczono go w kościele św. Marii Magdaleny. Jego ojciec Wacław był powroźnikiem i właścicielem kamienicy na Saskiej Kępie 9 (Czeski Cieszyn). On został marynarzem w służbie c.k. marynarki austriackiej. W cieszyńskiej książce adresowej z 1886 r. figuruje jako emerytowany „k.k. Marinen-Maschi-nist" i właściciel posesji nr 34 i 35 na Kamieńcu w Cieszynie (Saska Kępa). Zmarł w 63. roku życia, 23 stycznia 1890 r. na zapalenie płuc w cieszyńskim szpitalu. Pozostawił trzech synów — Otto, Leo i Hugo.

W rodzinnych albumach skoczowskich Lehmannów znajdują się fotografie z początków XX wieku, świadczące o tym, że nie był to jedyny marynarz w tej rodzinie.

 

Kalendarium pochodzi z „Kalendarza Skoczowskiego” 1993, udostępnionego dzięki uprzejmości Towarzystwa Miłośników Skoczowa.